Synowa oświadczyła, iż na działce nie będzie pracować, ale po plony przyjechać chciała

polregion.pl 15 godzin temu

Oj, Grażyno, no proszę Cię Przecież rozmawiałyśmy: działka ma być miejscem odpoczynku, żeby zebrać siły na nowy tydzień, a nie jakąś harówą. Ja tu przyjeżdżam sobie odetchnąć, a nie ganiać z motyką w ręku i garbić się po ziemniakach. Paznokcie świeżo zrobione, kręgosłup po całym tygodniu pracy przy biurku ledwo daje radę. Nie po to haruję w tygodniu, żeby w sobotę się utytłać w ziemi.

Klaudia, przyszła synowa Grażyny, poprawiła przeciwsłoneczne okulary i ułożyła się wygodnie w ogrodowym fotelu. Jedną ręką trzymała szklankę z chłodną lemoniadą, w drugiej miała telefon, coś tam scrollowała na spokojnie. Ani myślała zerkać w stronę teściowej, która uwieszona na motyce ocierała pot z czoła.

Grażyna westchnęła ciężko. Słońce smażyło niemiłosiernie, a ziemia, sucha jak pieprz, domagała się podlewania i pielenia. Chwasty rosły jak na drożdżach, zagłuszając ledwo co wychodzącą marchew i buraczki. Obok, przy drugiej grządce, dumał jej mąż Marian, zgięty w pół, czasem jęknął i się wyprostował, żeby rozruszać plecy. Stary już chłop, ale swoje robił bez szemrania wiedział, iż ziemia karmi.

Klaudynko, przecież nie proszę Cię o to, żebyś orała hektary Grażyna starała się mówić łagodnie, bo czuła już jak się gotuje w środku. Tylko byś chwasty powyrywała przy truskawkach, tam dosłownie dwadzieścia minut roboty, a ja się już nie wyrabiam. Zobacz, jak zarosły! A Mateusz jak przyjedzie, to przecież będzie miło zjeść czyste owoce.

Mateusz zje sobie truskawki z Biedronki, jak będzie chciał prychnęła Klaudia, nie podnosząc choćby wzroku znad telefonu. Teraz wszystko można kupić: truskawki, maliny, choćby arbuz w styczniu. Po co tak harować? No sami powiedzcie, przecież hodowanie warzyw nie ma sensu. Jak policzyć benzynę, nawozy, zakup nasion i lekarstwa na plecy, to wychodzą złote warzywa.

To była ich stała przepychanka. Odkąd Mateusz jedyny syn Grażyny i Mariana ożenił się z Klaudią, działka stała się polem bitwy dwóch światów. Stare pokolenie pamiętało czasy, kiedy latem robiło się zapasy, a własne, choćby byle jakie, zawsze było smaczniejsze i zdrowsze od tego z marketu. Klaudia dziewczyna z miasta do szpiku kości nie pojmowała, po co się babrać w ziemi, skakać wokół szkodników, skoro można iść na zakupy i mieć wszystko gotowe, czyste i ładnie zapakowane.

Mateusz w tym czasie kręcił się przy grillu. Udawał neutralnego: z jednej strony serce pękało, patrząc na harujących rodziców, z drugiej bał się awantury z żoną. Klaudia umiała urządzić ciche dni tak, iż lepiej samemu wykopać grządkę, żeby potem nie żyć w napięciu. Tyle iż i na to krzywo patrzyła twierdziła, iż facet przyjeżdża na działkę odpocząć, a nie orać z rodzicami.

Dajcie spokój, mamo, tato zawołał Mateusz, przewracając szaszłyki. Zaraz zjemy, posiedzimy na spokojnie, a wieczorem przy podlewaniu pomogę.

Podlewanie to dobrze, synu, ale grządki same się nie wypielą mruknął Marian. Dobra, Grażynko, róbmy sami swoje. Pomocnicy mają ważniejsze sprawy.

Grażyna przełknęła żal, nie powiedziała już nic. Zanurzyła ręce w marchwi i zaczęła ostro wyrywać zielsko, aż jej się ręce trzęsły. Bolało ją to już choćby nie fizycznie. Kochali tę ziemię. Dom i sad budowali z Marianem na wspólną przyszłość, marzyli: tu będzie miejsce na rodzinne spotkania, wspólne prace i odpoczynek. A tu nagle czuje się jak obsługa ośrodka wypoczynkowego dla młodych.

Lato mijało, tydzień za tygodniem ten sam rytuał. Mateusz z Klaudią przyjeżdżali w piątek po południu, przywozili mięso na grilla, napoje, czasem jakieś ciasto. Klaudia spała do południa, potem wylegiwała się przy baseniku (który, rzecz jasna, rozstawiał Marian), rozkładała pled na trawie i łapała słońce. W tym samym czasie Grażyna uwijała się jak w ukropie: pielenie, podlewanie, nawożenie, walka ze szkodnikami. Do tego śniadania, obiady, kolacje dla całej ferajny, bo na świeżym powietrzu to je się jak wilk.

W kuchni Klaudia też nie miała parcia:

Grażynko, Ty to gotujesz taki pyszny barszczyk, ja takich nigdy nie zrobię rozczulała się, pałaszując ze smakiem. I te pierogi z cebulką mistrzostwo świata!

A Grażyna miękła, zapominała o bólu w krzyżu, znów stawała przy piecu, podczas gdy Klaudia przewracała kolejne strony kolorowych magazynów na tarasie.

Był taki dzień, kiedy dojrzewały maliny. Krzaki aż uginały się od owoców, trzeba było zebrać jak najszybciej, bo zaraz się osypią. Grażyna od rana męczyła się z ciśnieniem, ból głowy nie dawał żyć.

Klaudio, pomogłabyś zebrać te maliny? Szkoda, żeby się zmarnowały. Ugotuję konfiturę na zimę dla Was.

Klaudia spojrzała na malinowe chaszcze z wyraźną odrazą:

Tam pokrzywy, ugryzą mnie komary. Mogę co najwyżej do sklepu podjechać i kupić słoik dżemu.

Ale ja nie chcę sklepowego! nie wytrzymała Grażyna. Tam sama chemia! To nasze, prawdziwe, naturalne! Tyle roboty na pół godziny!

Za ciężka robota! odburknęła Klaudia. Nie jestem tu do zbierania owoców. Chcecie dżem to róbcie. Ja i bez dżemu przeżyję, chociaż sylwetka na tym skorzysta.

W malinach grzebał wtedy potajemnie Mateusz, kiedy Klaudia poszła pod prysznic. Wyszedł ze śladami po kolcach, ale z pełnym koszykiem. Grażynie aż łzy stanęły w oczach na widok syna był między młotem a kowadłem. Owoce przerobiła sama, zakisiła grzecznie w słoiki. Pomyślała: Niech stoi. Zima zapyta, co lato zbierało.

Sierpień przyniósł upały i zatrzęsienie pomidorów. W szklarni Grażyny powiesiły się okazałe owoce: Bawole serce, Malinowy król, Czarny książę. Każdy pomidor pachniał słońcem, a ogórki na grządce aż chrupały. Cała kuchnia zamieniła się w fabrykę przetworów: sterylizacja słoików, zalewy, zapachy kopru i czosnku roznosiły się po kątach.

Klaudia krążyła wokół stołu i zachwycała się:

Mmm, jak tu pachnie! Te ogórki kiszone są genialne. Mateusz uwielbia do ziemniaczków. A robiliście leczo? W zeszłym roku zjedliśmy od razu cały słoik!

Robiłam, Grażyna tylko odburknęła, stawiając kolejną zakrętkę na słoiku. Bolały ją ręce, nogi drętwiały. Odpoczęła tego dnia może pięć minut.

To super Klaudia się ucieszyła. Weźmiemy kilka słoików na zapas. Sklepowe nie takie, tam sam ocet. U Was to inny smak.

Grażyna spojrzała na Mariana, który siedział kątem i czyścił cebulę. Wzrok mieli zgodny aż nie trzeba było nic dodawać.

Przyszedł wrzesień zbieranie ziemniaków, finał sezonu. Najcięższa robota: wykopać, zebrać, wysuszyć, posortować, znosić do piwnicy. Grażyna liczyła, iż choć teraz młodzi się zaangażują ziemniaków posadzili przecież dla dwóch rodzin.

Ale w piątek zadzwonił Mateusz głos miał nieśmiały:

Mamo, w ten weekend nie damy rady. Klaudia idzie świętować urodziny koleżanki, idziemy do restauracji. Dacie radę, prawda? Albo zróbmy to za tydzień?

Za tydzień deszcze, synu. Kartofle zgniją powiedziała cicho Grażyna.

No to wynajmijcie jakiś chłopaków z miasteczka. Ja Wam przeleję pieniądze.

Skończyło się tak, iż Grażyna z Marianem sami wyrwali się w pole.

Tych dwóch dni nie zapomną nigdy. Plecy mieli jak z waty. Marian kopał, Grażyna zbierała do koszy. Robili przerwy, pili krople na serce, smarowali bolące plecy i znowu w pole. W niedzielę kartofle były wykopane, wysuszone, posortowane i schowane w workach. Dwadzieścia pięć worków dorodnego kartofla. Do tego marchewka, buraki, kabaczek, dynia. Piwnica pełna po brzegi: konfitury, kiszonki, sałatki, dżemy.

Po dwóch tygodniach, jak już wszystko było ogarnięte i działka zabezpieczona na zimę, przyjechali młodzi. Przywieźli pustaki i skrzynki, zaczęli nosić do piwnicy.

Dzień dobry! Klaudia w świetnym humorze. To co, zamykamy sezon? Przyjechaliśmy po plony. Mateusz, dawaj pudła, będziemy ładować!

Szefowa ruszyła do domu, wyjęła z lodówki jabłko, zęby aż zatrzaskały.

O, jabłka super w tym roku! Weźmiemy z pięć skrzynek, postawię na balkonie. I ziemniaków, z cztery worki, żeby starczyło do wiosny. Marchewka, buraki też. Po te słoje to sama zejdę, wybiorę. Ogórków więcej, pomidorów, leczo oczywiście. No i malinowego dżemu, skoro już jest.

Grażyna spojrzała przez okno i aż ścisnęło ją w gardle. Przed oczami miała siebie w upale na grządkach, Mariana skręcającego się z bólu nerek, Klaudię z lemoniadą na hamaku. Łzy szczypały w oczy, ale ukryła to, poprawiła chustkę i wyszła na ganek.

Mateusz akurat sięgał po łopatę, a Klaudia rządziła z tarasu.

Synu, zostaw to, Grażyna powiedziała stanowczo, głośno.

Obrócił się zaskoczony. Klaudia zamarła z jabłkiem.

Co się stało? Klucze do piwnicy potrzebne? Wiem, gdzie wiszą!

Nie potrzeba. Skrzynki możecie spakować do auta. Puste.

Że co?! Klaudii szczęka opadła. Grażyno, o co chodzi? Po produkty przyjechaliśmy. Zima za pasem.

O, właśnie, zima przed nami. A jak się mówiło w bajce: kto nie pracuje, niech nie je. Pamiętasz tę opowieść o mrówce i koniku polnym?

Mamo, żartujesz? Ziemniaków przecież tyle, mówiłaś, iż urodzaj. A nam są potrzebne.

Urodzaj, tylko nie na Wasz rachunek. To nasze z ojcem, bo to my sadziliśmy, my podlewaliśmy, my zwalczaliśmy robaki i zbieraliśmy plony. Słoiki zaprawiałam, aż płakałam z bólu stóp.

Przecież jesteśmy rodziną! Klaudia ruszyła w ich stronę, cała czerwona na twarzy. Swojego syna będziecie żałować? Tyle wam nie zjedzie, połowa się zmarnuje!

No to się zmarnuje. To będzie mój zmarnowany trud. Może sprzedamy, oddamy sąsiadce, która nam nieraz pomogła, jak Wy balowaliście w restauracji. Ale Wam nie dam ani słoika, ani ziemniaka.

To co, kara teraz? Uczysz nas jak dzieci?

Nie kara, tylko sprawiedliwość. Całe lato powtarzałaś, iż ogrodnictwo nie ma sensu, warzywa złote, w sklepie wszystko taniej i pod ręką. To skorzystajcie ze sklepu. Po co się męczyć, wszystko jest, czyste, gotowe do wzięcia.

Ale sklepowe to sama chemia! wyrwało się Klaudii. Twoje domowe najlepsze!

A za domowe płacisz pracą. To nie żaden luksus, tylko ciężki kawałek chleba. Ty, dziecko, palcem nie kiwnęłaś malin Ci się nie chciało zebrać. Teraz z pustymi skrzynkami zajeżdżasz jak do darmowego sklepu. Koniec żartów.

Mateusz stał spąsowiały, aż mu wstyd było. Wiedział, iż mają rację. Przypomniał sobie, jak kręcił, kombinował, przytakiwał żonie.

Mamo, tato, przepraszam powiedział cicho, patrząc w ziemię. Ja rozumiem. Klaudia, wsiadaj do auta. Wracamy.

Nigdzie się nie ruszę! tupnęła wyraźnie wściekła. To jest upokorzenie! Mateusz, jesteś facetem czy nie? Twoja matka zwariowała żałować jedzenia dzieciom! Opowiem wszystkim, jacy Wasi rodzice są skąpi!

Zamknij się! Mateusz pierwszy raz aż się wydarł, aż stado wron z drzewa zerwało się z wrzaskiem. Do auta!

Klaudia stanęła jak wryta. Z focha rzuciła ogryzek w rabatę (Grażyna aż prychnęła z odrazą) i ruszyła do samochodu, trzaskając drzwiami.

Mateusz podszedł do rodziców.

Przepraszam Was Zasłużenie wszystko. Nie umiałem się postawić macie rację.

Jedź, synu Grażyna powiedziała łagodnie, głos jej drżał. Nie miej żalu. Zapamiętaj tylko: nie da się całe życie brać, nic nie oddając. Szacunek do pracy drugiego człowieka to podstawa w rodzinie.

Mateusz przysunął się, przytulił mocno mamę, ojcu uścisnął dłoń szorstką, spracowaną. Odszedł do auta.

Po wyjeździe cisza aż zadzwoniła w uszach. Liście wirują na ścieżce, wieje jesienny wiatr.

Grażynko Marian przytulił żonę. Może za ostro zareagowaliśmy. Ale może inaczej by nie zrozumieli.

Inaczej już nie umiem, Marian. Trzeba raz, a stanowczo. Inaczej dalej będą myśleć, iż chleb rośnie na drzewach.

Minął miesiąc, drugi kontaktu prawie nie było. Mateusz dzwonił pytając o zdrowie, rozmowa sztywna. Klaudia milczała.

Nadeszła zima. Prawdziwa śnieg, mróz. Grażyna i Marian w swoim mieszkaniu w bloku: piwniczka na balkonie i w garażu pełna zapasów. Kartofle miód w środku, ogórki chrupią, leczo palce lizać.

W połowie grudnia, tuż przed świętami, dzwonek do drzwi. Grażyna patrzy przez Judasza Mateusz. Sam.

Otwiera. Syn z wielką reklamówką, naręczem kwiatów.

Cześć, mamo. Mogę wejść?

No pewnie. Marian, Mateusz przyszedł!

Siedzieli przy herbacie, do której Grażyna otworzyła ten domowy dżem malinowy. Mateusz jakiś wychudzony, poważniejszy.

A Klaudia? nieśmiało zapytała Grażyna.

Pracuje. Było trochę spięć Mateusz urwał. Kupiłem w sklepie ziemniaki, takie w siatce. Ugotowaliśmy siano, nie ma smaku, drugiego dnia trzeba było wyrzucić. Ogórki kiszone z Piotra i Pawła za trzy dychy sama ciecz i ocet. Skończyło się w koszu

Grażyna nalała mu jeszcze herbaty.

Powiedziałem wtedy Klaudii: widzisz? Brakuje Twojemu relaksowi odrobiny wysiłku. Kłóciliśmy się, ale zaczęła się zastanawiać. Wczoraj mówi: Może przegięliśmy? Rodzice się napracowali, a my wszystko tylko braliśmy

Wyciągnął kopertę.

Mamo, tato Tu są pieniądze. Przeliczyłem po cenach z bazarku, za ziemniaki, domowe przetwory Weźcie, to takie wyrównanie. Chcemy odkupić część zapasów. Uczciwie.

Marian aż się spiętrzył: chciał odmówić, iż synowi nie bierze się pieniędzy, ale Grażyna ułożyła mu rękę na ręce.

Dobrze, Mateusz. Przyjmujemy, ale traktujemy to jako fundusz na wiosenny zasiew: na nowe szybki do szklarni, nawozy, dobre nasiona. To Twój wkład.

Wstała, wyjęła z pawlacza wielkiego siatę.

Chłopaki, idźcie na balkon zapakujemy im wałówkę na zimę.

I zapakowali mu wszystkiego po trochu ogórki kiszone, pomidory w zalewie, ulubione przez Klaudię leczo, słoiczek grzybów, worek ziemniaków i marchew.

Dzięki, Mateusz spojrzał na rodziców z wdzięcznością. A gadałem z Klaudią, iż na wiosenne święta przyjedziemy Nie na relaks. Szklarnię sam poskładam, poliwęglan już zamówiłem. Klaudia chce zająć się rabatkami i grządką z zieleniną. Mówi, iż i z rękawiczkami można mieć zadbane paznokcie.

O to chodzi uśmiechnął się Marian. Pracy dla wszystkich nie zabraknie. Po pracy szaszłyczka i do sauny.

Mateusz wrócił do domu, a Grażyna jeszcze długo patrzyła przez okno na śnieg za oknem. Poczuła ulgę. Lekcja, choć może nieprzyjemna, była konieczna. I już wiedziała, iż przyszłego lata znowu będą razem jako rodzina wszyscy coś damy od siebie. A ta działkowa kartoflanka będzie smakować jeszcze lepiej bo nikt się nie obrazi, wszystko po partnersku.

Na noworocznym stole u młodych stały ogórki od rodziców. Klaudia, nakładając grzyby, pierwszy raz zamiast typowego: Jakie dobre! powiedziała zamyślona:

Mateusz, a może w przyszłym roku posadzimy więcej cukinii? Znalazłam przepis na domową pastę podobno petarda, lepsza niż sklepowa. Sama zrobię.

I to był dla Grażyny najlepszy prezent, o którym potem Mateusz jej opowiedział.

Słuchaj, bliska mi historia. Powiedz szczerze Ty byś zrobiła tak samo, czy może babcia przesadziła?

Idź do oryginalnego materiału