Stefan uratował bezdomnego kota – po miesiącu jego mieszkanie zmieniło się nie do poznania

5 godzin temu

18 października, poniedziałek

Październik rozszalał się w Warszawie. Poza oknem wciąż lało jak z cebra, wiatr hulał po podwórku, a w kominach wyły deszczowe szumy. Ja, Stanisław Kowalski, siedziałem w kuchni, wpatrując się w pustą ścianę. Od dwóch lat moje dni toczyły się według ściśle ustalonego planu: wstaję o siódmej, śniadanie o ósmej, wiadomości o dziewiątej. Wszystko poukładane, wszystko na miejscu kapcie po lewej stronie drzwi, kubki w szafce ustawione równo, rączki wszędzie w tym samym kierunku. Tak żyłem po śmierci żony, Małgorzaty.

Cóż za piękno, naprawdę piękne, mruknąłem pod nosem, Grażynie by się spodobało.

Wieczorem, jak zwykle, poszedłem po chleb do sklepu przy ul. Marszałkowskiej. Przy wejściu na klatkę usiadł na schodach kociak. Rudy, wyplątany, sierść podarta, jedno oko lekko przymrużone. Drżał, jakby nie wiedział, czy to zimny deszcz, czy strach go trapi.

Hej, przyjacielu, usiadłem obok i powiedziałem. Wyglądasz na zmęczonego.

Kotek spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: Nie rozumiesz, staruszku. Życie boli.

Wyciągnąłem rękę. Zwierzak nie uciekł, po prostu pozwolił się dotknąć i cicho zamruczał.

Mój mały lódku, pokręciłem głową. W tym momencie usłyszałem kroki schodów. Zeszła ze trzeciego piętra sąsiadka, Grażyna Nowak, niosąc worki na śmieci.

Stasiu! Co ty robisz z tym stworzonkiem? zawołała.

Zmarzł biedak.

I to dobrze! Nie ma tu miejsca na takie rzeczy. Kleszcze, choroby.

Spojrzałem najpierw na Grażynę, potem na kota.

Chodźmy, bo w cieple będzie lepiej szepnąłem.

Co ty szalejesz! Nie wprowadzaj brudu do domu! protestowała Grażyna. A jeżeli tu umrze, będzie jeszcze czyściej!.

Z kotem wróciłem do mieszkania. Szedł niepewnie, ale nie oddalał się ode mnie. Na progu zatrzymał się i węszył w powietrzu.

Nie bój się, wejdź, to nie ulica dodałem, popychając go do środka.

Najpierw zaniosłem go do łazienki. Ciepła woda i odrobina szamponu sprawiły, iż kot zamknął oczy z przyjemności. Biedaku mój, mruknąłem, przeglądając blizny i otarcia. Kto ci to zrobił?

Nakarmiłem go kiełbasą i serem; posiłek zniknął w mgnieniu oka.

Zostaniesz Rudkiem zdecydowałem. Idealny.

Położyłem stare ręczniki przy grzejniku; kot zwija się w kulkę i od razu zasnął. Patrzyłem na niego i myślałem: Co teraz? Trzeba go dokarmić, wezwać weterynarza. W mieszkaniu jednak poczułem, iż coś się zmieniło coś żywego.

Jedną noc przechowasz tu, a potem zobaczymy powiedziałem sobie.

Rano obudził mnie huk. W kuchni chaos. Doniczka przewrócona, ziemia po podłodze, filiżanka rozbita. Rudek siedział, wywyższony, wycierając łapę językiem.

Co ty kombinujesz? krzyknąłem.

Kotek spojrzał na mnie obojętnie, jakby mówił: Dzień dobry, jak spałeś?.

Wystarczy! Oddam go z powrotem, nie jestem gotowy na to westchnąłem, patrząc na zniszczoną kuchnię. Dwa lata idealnego porządku i w jednej nocy wszystko się rozpadło. To był jakiś obóz.

Bracie, zwróciłem się do kota. Nie dam rady. Wziąłem go na ręce i podszedłem do drzwi. Tam spotkałem Grażynę, trzymającą listę na klatkę.

Aha! westchnęła, widząc bałagan przewidziałam, iż źle się skończy!

Spojrzałem najpierw na nią, potem na Rudka, który przygniótł się do mojego piersi i mruczał cicho.

Nie oddam go powiedziałem nagle.

Co? Dlaczego nie oddasz? pytała zaskoczona.

Przyzwyczaję się. Wychowam.

On wszystko rozerwie!.

Niech tak będzie, nie mam pałacu.

Grażyna zamrugała, po czym zamknęła drzwi. Zostałem sam z kotem i zrujnowaną kuchnią.

Dobrze, Rudku, podjąłem się tego. Nie będziesz już taki psotny wziąłem głęboki oddech. Przez pół godziny sprzątałem, a kot obserwował mnie jakby był sędzią moich działań.

Widzę, jak to wygląda? mruczałem, zamiatając. Ja tu się męczę, a ty tylko patrzysz. Co cię tu trafiło?.

Kotek mruknął w aprobacie.

Do obiadu kuchnia znów lśniła. Ale kiedy usiadłem, Rudek wskoczył na szafkę i zrzucił stos książek.

Masz mnie! wykrzyknąłem. Nie wytrzymam.

Złość przeszła, a w sercu coś kliknęło. Może to był moment, w którym przyjąłem chaos.

Po zmroku poszedłem po karmę do sklepu. Sprzedawczyni podniosła brew:

Kociak przygarniłeś?.

Wygląda na to.

A w domu masz zwierzak? No nie!.

Jestem w szoku odparłem.

W domu podzieliłem się nową karmą z Rudkiem. Kot pożerał ją z zadowoleniem.

Podoba ci się? zapytałem.

Rudek potrącił się o nogę, jakby chciał podziękować.

Po tygodniu nie rozpoznawałem swojego życia. Wstawałem nie na budzik, a na ryczenie Rudka, który wywierał na mnie atak na klatkę piersiową. Wieczorami nie oglądałem już wiadomości, ale bawiłem się z kotem sznurkiem.

Grażyna by się śmiała myślałem. Co stało się z jej perfekcyjnym mężem.

W mieszkaniu pojawiło się wiele: domek przy oknie, drapak, dwie miski. Zniknęła bezwzględna cisza. Dom ożył.

Grażyna pojawiała się regularnie, przynosząc sól, nieistotne pytania, ale zawsze zwracała uwagę na Rudka.

Rozsadzasz tu zoo! rzekła, drapiąc w nos. Poczekaj, zobaczysz karaluchy.

Jakie karaluchy? zaśmiałem się. Czyścimy lepiej niż wiele domów.

Ona wzdychała, potrząsając głową, i odchodziła. W mieszkaniu unosił się nowy zapach nie sterylna pustka, ale ciepło i życie.

Trzy tygodnie później: malowałem grzejnik, stojąc na stołku, a Rudek, przemykając pod rękę, wpadł łapą w farbę i rozlał białe plamy po całym pokoju.

Artysto! ryczałem, podnosząc kota.

Usłyszeliśmy pukanie.

Co znowu tam masz? wtrąciła Grażyna, wchodząc.

Rudek tworzy sztukę pokazałem mu plamy.

Zamieszanie!.

Odpuść, Grażyno. To piękno!.

Czwarty tydzień, kolejny wyjazd do sklepu po zabawki. Sprzedawczyni tylko wzdychała:

Rozwieszacie już ptaszek swojego kota.

Warto, bo on jest wart tego odpowiedziałem, nieśmiało.

Rudek przywitał mnie mrucząc przy wejściu.

Tęskniłeś? szepnąłem. Ja też.

Czułem, iż potrzebuję go, jak powietrza.

Miesiąc później Grażyna przyszła z prośbą:

Mogę zrobić zdjęcie? Wyslę wnuczce.

Oczywiście.

Fotografowaliśmy kota, który pozował jak profesjonalista. Grażyna rozbawiła się po raz pierwszy od dawna. Po jej wyjściu pomyślałem: Grażyna się zmieniła. Czy to naprawdę?

Rano obudziła mnie cisza. Znów ta sama, niepokojąca cisza.

Rudku? zawołałem, wstając gwałtownie. Nie było odpowiedzi, nie było stukotu po klatce.

Gdzie jesteś, bratku?.

Przeszukałem pod kanapą, w szafie, za lodówką. Nic. Na podłodze miska z karmą, nie dotknięta.

To niemożliwe wyszeptałem, drżąc.

Obszukałem mieszkanie wielokrotnie, ale Rudka nie było widać.

Balcony! nagle przypomniałem sobie. Pobiegłem na balkon. Okno było otwarte, na podłodze leżały kawałki glinianego doniczka.

O Boże upadł! myślący głos w głowie.

Czwarty piętro, pod spodem surowy beton.

Rozbiegłem się wzdłuż podwórka, przeszukiwałem krzewy, rabaty, zaglądałem pod samochody i do piwnic.

Rudku! wołałem. Gdzie jesteś, mały?.

Przechodnie odwracali się, patrząc ze współczuciem.

Dziadku, co się stało? zapytała młoda mama z wózkiem.

Zniknął kot ledwo powstrzymywałem łzy.

Może po prostu wybiega? Zdarza się.

Nie wiem.

Obszukałem cały blok i okolicę, ale śladu Rudka nie było.

Wieczorem, wyczerpany, wróciłem do kuchni, usiadłem przy pustej misce i poczułem ciężar w sercu.

Zapukała do drzwi Grażyna.

Stasiu, krzyczałeś na podwórzu Coś się stało?

Rudek zniknął powiedziałem cicho.

Jak? zapytała, wchodząc.

Obudziłem się i go nie ma. Może spadł z balkonu, może uciekł. Nie wiem.

Grażyna rozejrzała się po mieszkaniu.

Szukaliście wszędzie?

Wszędzie.

A może ktoś go zabrał? Przygarnięto?

Myśl o tym przygniotła mnie jeszcze mocniej. Po raz pierwszy zwróciłem się do niej po imieniu.

Grażyno, nie wiem, co myśleć.

Nie zadręczaj się tak, znajdzie się. Koty są sprytne, wytrwają.

Słowa nie koiły.

Nocą nie mogłem zamknąć oczu. Słuchałem za drzwiami, czekając na znajome mruczenie, ale cisza trwała.

Do rana przekonałem się, iż bez Rudka nie mogę żyć. W ciągu miesiąca stał się częścią mnie.

Drugi dzień poszukiwań od świtu do zmierzchu kroczyłem po okolicy, pokazywałem przechodniom zdjęcie: Rudy, biały brzuszek.

Ludzie kiwali głowami. W sklepie zoologicznym sprzedawczyni zaproponowała, by zamieścił ogłoszenie w internecie i na tablicach.

Nie znam się na tym przyznałem.

Pomogę! uśmiechnęła się i wzięła zdjęcie, rozniosła je po sieci.

W sieci pojawił się wpis: Zaginął kot Rudek. Ulica Pokoju. Zapłata gwarantowana. Telefon milczał.

Trzeci dzień prawie się poddałem, siedząc przy oknie, patrząc na szare miasto i rozmyślając, jak gwałtownie życie się odwraca.

Miesiąc temu wszystko było przewidywalne. Potem przybył Rudek chaos, ciepło, śmiech. I zniknął, zostawiając po sobie głęboką dziurę.

Tak powinno być, mruknąłem, patrząc w swoje odbicie w lustrze. Stary nie zasługuje na szczęście. Ma siedzieć cicho i odchodzić.

Jednak serce kazało inaczej. Chciałem znów usłyszeć mruczenie, poczuć, iż nie jestem zbędny.

Pod koniec trzeciego dnia wypiłem herbatę automatycznie, by zająć ręce. I nagle usłyszałem z daleka przytłumione miauczenie.

Na początku pomyślałem, iż to halucynacja, ale dźwięk powtórzył się. Pobiegłem po klatkę, w górę, na drugi piętro.

Tam, w szparze okna, drżał Rudek, chudy, brudny, ale żywy.

Boże jak się tam dostałeś? szarpałem się, otwierając ramę i wyciągając zamrożonego kota.

Kiedy przytuliłem go, mruknął słabo. Łzy popłynęły po policzkach, po raz pierwszy od dwóch lat.

Głupku czemu tak ze mną? Znalazłem cię, znalazłem.

W domu podawałem mu ciepłe mleko i powoli karmiłem. Wieczorem kot ożył, zaczął łapać patyczkiem.

Wspaniale, przyjacielu uśmiechałem się przez łzy. Właśnie tak powinno być.

Luty. Minął już trzeci miesiąc od przyjścia Rudka i kolejny od jego zniknięcia. Stałem przy oknie, ogrzany, a na parapecie leżał RudekPatrząc na spokojnie schnącego Rudka, poczułem, iż w końcu odnalazłem w sobie dom, którego długo szukałem.

Idź do oryginalnego materiału