Sąsiadka nocami wynosiła mój obornik całymi workami. Wczoraj hojnie podsypałam do niego drożdży.
Wiesia, znowu byłaś przy mojej pryzmie z wiadrami? to nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu.
Wiesława, sąsiadka zza siatki, ani drgnęła brwią. Stała po środku swojego warzywniaka, oparta o motykę, i patrzyła na mnie wzrokiem obrażonego burmistrza, jakby to ją oskarżono bezpodstawnie.
Basia, no daj spokój Przecież tego masz cały kopiec! Obścisz się tym obornikiem? Szkoda dla sąsiadki, dla koleżanki z dzieciństwa?
To nie dobro, Wiesia. To dwadzieścia pięćset złotych za wywrotkę plus dowóz mrugnęłam w stronę mocno już wygłodniałej kupki na moim podwórku. Poza tym, to jest moja własność.
Oj tam, rozpuść się tym swoim obornikiem! przewróciła teatralnie oczami. Myślisz, dwie wiadra na ogórki, co za problem. Ja mam emeryturkę jak na waciki tylko, żadnych wywrotek sobie nie mogę zamawiać.
Wiedziała gdzie uderzyć. Wiesia umiała zrobić z siebie ofiarę: a to rząd zły, a to pogoda, a to słońce, a to oczywiście JA bo moje pomidory czerwienieją szybciej niż jej.
Wróciłam do domu, czując jak w gardle rośnie gula irytacji. Chodziło nie o dwa wiadra, nie o pieniądze tylko o bezczelność i te głębokie poczucie, iż robią z ciebie jelenia.
Każdej nocy, około drugiej, słyszałam charakterystyczne szur szur. To nie było pojedyncze wiadereczko. Wiesia działała z rozmachem: pakowała łajno w czarne, grube worki i wynosiła zapasy, jakby szykowała się na oblężenie.
Staś siedział w kuchni, gryząc kanapkę i walcząc z krzyżówką.
Znowu targała? rzucił, nie odrywając się od liter.
Ta, i znowu mnie wyzwała od skąpych.
To sobie zastaw pułapkę.
Jasne, i potem tłumacz się, czemu sąsiadka nagle ma kłopoty z nogą. Tu trzeba sprytu, nie siły.
Podeszłam do okna i spojrzałam na jej szklarnię lokalny obiekt zazdrości. Wiesia uwielbiała opowiadać, iż ma specjalną ziemię i rękę do warzyw. Rękę lekką, szczególnie do cudzych kopców.
W nocy spać nie mogłam. Słuchałam: gdzieś szczekał pies, świerszcze grały, aż w końcu znowu szur, szur. Łopata wbijała się w mój kompost. Pielęgnowałam tę kupę, przykrywałam folią, dbałam, a ona przychodziła w nocy i brała jak swoje.
Rano wyszłam na ganek Wiesława już krzątała się przy grządkach.
Dzień dobry, Barbaro! zaświergotała. Widzę, kabaczki ci żółkną, nie chorują?
Promieniała. Po śladach widać, iż wyniosła w nocy trzy worki minimum.
Cześć, Wiesia. Nie licz na mnie.
Poszłam do szopki i kątem oka rzuciłam na półkę z ogrodniczą chemią: nasiona, nawozy i wielka żółta paczka suszonych drożdży do truskawek. W mózgu zaiskrzył genialny plan.
Wiesia upychała ukradzione złoto w grube worki budowlane, szczelnie zawiązywała i chowała w szklarni, żeby jej dobra podgrzały się i przefermentowały. A w szklarni tropiki idealne miejsce na eksperymenty z fermentacją.
Wlałam do wiadra ciepłej wody, wsypałam resztki cukru z szafki i całą paczkę drożdży. Zabulgotało i zaczęło pachnieć domowym bimbrem, a przez kuchnię przemknęła fala słodkiej satysfakcji.
Gdy się ściemniło, a Wiesia jeszcze nie zaczęła nocnej zmiany, obeszłam płot od drugiej strony. Wiedziałam, którędy się wślizguje przez dziurę w siatce. Tam właśnie wylałam wiadro magii, lekko mieszając wierzchnią warstwę. Lubisz cudze? To masz z dodatkiem mojej serdeczności.
W domu umyłam ręce i poszłam spać z poczuciem, iż sprawiedliwość właśnie wygrała.
Co się tak uśmiechasz? wymamrotał Staś spod kołdry.
Będą piękne sny odpowiedziałam i przykryłam się po uszy.
Noc była wyjątkowo spokojna. choćby nie drgnęłam na typowy szelest. Chyba tym razem Wiesia działała ostrożnie, bez hałasu.
Za to rano… zamiast kawy, wszyscy na osiedlu przywitał ryk, jakby w ogródku Wiesi dzik się pojawił.
Ze Stasiem podskoczyliśmy równocześnie. Mój mąż, w samych bokserkach, rzucił się do okna.
Co się dzieje?!
Narzuciłam szlafrok, wyszłam na ganek. W powietrzu czuć było dziwny, kwaśny zapach. Wiesia stała przy swojej nowej szklarni z poliwęglanu, szeroko rozwartą.
Wyglądała nietuzinkowo. Cała w brązowych plamach, jakby ją ktoś twardą kawą potraktował. Podeszłam do płota z miną zaskoczonej sąsiadki.
Wiesia, co się stało? Rury ci wybiło?!
Odwróciła się powoli, z twarzą pełną grozy i tej samej brei.
To… to WYBUCHŁO! wykrztusiła. Basia! To żyje!
Zajrzałam przez płot i ledwo się powstrzymałam, żeby nie gwizdnąć. W szklarni rozegrała się prawdziwa bitwa kompostowa. Tam, gdzie wieczorem leżały worki, wybuchły dość widowiskowo.
Drożdże w gorącym, szczelnym środowisku zaczęły radośnie fermentować, produkować gaz i nadmuchały worki do rozmiaru balonów. Fizyczna konieczność dopięła swego plastik nie wytrzymał, zawartość z hukiem uleciała po wszystkich ścianach. Sufit ucierpiał nie mniej. Grządki z papryką wyglądały jak po ostrzale artyleryjskim. Na środku Wiesia królowa kiszonki.
To co ci tak walnęło? zapytałam z udawaną troską.
Worki! wrzasnęła. Weszłam sprawdzić, jeden wybuchł! Potem drugi! Basia, CO TAM DOSYPAŁAŚ?!
Ja? zdziwiłam się uczciwie. To mój obornik, na moim podwórku. Nic nie sypałam oprócz tego, co krowa dała.
A skąd się znalazł w twojej szklarni w workach, to już magiczna sprawa.
Wiesia zamarła. Na jej twarzy widać było, jak myślenie przegrywa z rzeczywistością. Przyznasz się, iż moje przyznasz się do kradzieży. Uznasz za swoje to czemu ci na łeb wystrzeliło? Stała i dosłownie, i w przenośni ściekała.
To sabotaż! wysyczała. Chciałaś mnie otruć!
Czym? Czystym naturalnym nawozem? Może masz aurę do pecha w szklarni? Albo cię ktoś chycił? Sama mawiałaś, iż masz lekką rękę.
Staś wyszedł na ganek, spojrzał na spustoszenie, parsknął do rękawa i zwiał do domu, żeby nie pęknąć ze śmiechu. Wiesia chwyciła wąż i zaczęła zmywać stratę swojej przedsiębiorczości.
Woda lała się po szlafroku, ale zapach okazał się nie do zdarcia. To już nie był tylko aromat obornika bardziej woń ostatecznej klęski.
Przez cały dzień po wiosce krążyły plotki: a to, iż Wiesia pędzi bimber, a to iż meteoryt spadł. Sama pani sołtysowa milczała jak grób, do wieczora szorując szklarnię.
Musiała wynieść wszystkie sadzonki i zmienić wierzchnią warstwę ziemi podkarmka była zbyt treściwa choćby dla mutantów. Wieczorem nie wyszła już na herbatkę przed dom rzadkość.
Tydzień później zamówiłam kolejną wywrotkę obornika wysypali go jak zwykle. Noc była dziwnie cicha. Żadnego szelestu przy płocie, ani chrupania łopaty, ani szumu worków.
Rano wyszłam do ogrodu księżyc świecił na nietkniętą pryzmę.
Wiesia przeszła obok płota, demonstracyjnie patrząc w drugą stronę. Teraz kupowała nawóz w sklepie kolorowa paczka, własnym sumptem.
Hej, sąsiadko! zawołałam. Jak twoje papryki, rosną?
Zatrzymała się, popatrzyła. Ani krzty skruchy w spojrzeniu, za to wyraźnie czułam strach przed nauką chemii stosowanej.
Rosną. mruknęła. Sama sobie radzę, bez twoich darów.
Doskonale, w razie czego przepis na wyjątkową podkarmkę już znasz.
Warknęła coś pod nosem i prawie biegiem pomaszerowała do siebie. Ja wróciłam do domu i zaparzyłam mocną, czarną herbatę.
Spokój wewnętrzny wrócił; bez triumfu i bez złości. Po prostu wszystko wróciło na swoje miejsce. Moje jest moje, cudze nie ruszam.
Granice określa nie wysokość płotu, tylko lekcja, jaką można komuś dać. Lepiej w cudzą kupę nie włazić, jeżeli nie jest się gotowym na konsekwencje.
A zapas drożdży trzymam teraz na górnej półce, profilaktycznie. Nigdy nie wiadomo, który kolejny stonka ziemniaczana postanowi sprawdzić moją gościnność a z każdym trzeba umieć rozmawiać po swojemu.

3 godzin temu







