RODZINA KASI

11 godzin temu

Rodzina Michała

Przyjaciółki Marii szeptały, iż przyszła żona syna została wybrana w pośpiechu, pod wpływem kilku kieliszków w knajpie przy Starym Mieście. Michał wrócił ze służby, krew w żyłach wrzała, a wtedy pojawiła się przebiegła dziewczyna i wszystko się rozgrzało Zgodziła się, nie kwestionowała, przyjmowała każde życzenie. Niska, krępa, krótkonoga, bez talii, twarz szeroka, oczy małe, wąskie. Według Marii imię Jadwiga nie pasowało jej przyszłej synowej, a przyjaciółki przytakiwały.

– Dziewczyna nic nie ma, ocena na minus trójkę.
– Pedagog i Uniwersytet Warszawski?

Michał był przystojnym sportowcem, uczniem pierwszej klasy, po demobilizacji od razu wrócił na studia. A dziewczyna, którą ledwie poznał, spotkał się z nim raz i natychmiast zaszła w ciążę

– Ona to podstęp!
– Jadwiga mu nie pasuje!

Michał postanowił się ożenić. Maria w spotkaniach z dawnymi koleżankami odlewała serce, wyrażała opinie, a w domu w krótkich dialogach z synem milczała. Jego oczy świeciły tak mocno, iż bała się, iż nocna kukułka zagłuszy dzienny śpiew? Albo nie chciała rozczarować Michała?

Przypomniała sobie, jak sama zaszła w ciążę w wieku dziewiętnastu, zanim skończyła dwadzieścia, na miesiąc przed urodzinami urodziła dziecko? Mały chłopiec w dzieciństwie często chorował, ale dorósł, stał się silny, uprawiał sport. Zaskakiwał nie tylko chęcią małżeństwa. Maria, choć nie była zadowolona, starała się tego nie okazywać. Dziecko nie jest winne błędów rodziców. Chciała, by syn zachowywał się przyzwoicie, nadał imię i nazwisko, był ojcem popierała to zdecydowanie.

Postanowiła nie zachowywać się jak własna teściowa, która od pierwszego dnia nie przyjęła synowej i do rozwodu z ojcem Michała nie wypowiedziała jednego dobrego słowa. Nie mieszkali razem, choć byli w tym samym mieście. Rozwiedzioną Marię z dzieckiem przyjęła, przygarnęła babcia. Udało się spisać ją, zanim umarła. Cieszyła się, iż mieszkanie nie zginie, a rodzinne krwinki będą mieć dach nad głową.

Marta, choć nie wierzyła w Boga, regularnie zamawiała msze za duszę babci w kościele. Wiedziała, iż to dla niej ważne i wspominała staruszkę z wdzięcznością. Nie wyrzuciła jej ulubionych zdjęć, przechowywała albumy w swoim pokoju. Portret z dziadkiemfrontowcem powiesiła w nowej ramie, teraz stał nad stołem w kuchni. Babcia w młodości przypominała trochę miłość z filmów starego kina.

Marta była zupełnie inna, a Michał wyrośnięty piękniutkiem. Jesienią syn zapytał, czy mogą na jakiś czas zamieszkać z mamą? Albo trzeba iść do dziekanatu, przydzielić pokój w akademiku dla rodzin? Gotował barszcz i obiecywał nie robić psikusa, jeżeli matka odmówi.

Zaskoczona samą sobą Maria wydała werdykt:

– Przenieś swoją Jadwigę. Pokoje zamienimy się. Dajemy wam duży pokój na trójkę oddam.

Syn podskoczył, pocałował ją, z gorąca szepnął:

– Mamusiu, jesteś najwspanialszą na świecie! Nie martw się. Podejmę robotę dorywczą. Nie obciążymy cię!

Rozgrzewał się, wierzył w swoje słowa, nie pojętując, co to znaczy dziecko w rodzinie dwóch studentów. Marta nie otworzyła oczu szczęśliwemu synkowi. Życie poradzi sobie lepiej niż ona.

Jednak wiele w początkowym wspólnym życiu młodej rodziny u teściowej szło wbrew wewnętrznym prognozom właścicielki mieszkania! Maria Kowalska pracowała w centralnej bibliotece, kierowała działem, dostawała skromną pensję, ale uważała, iż pieniędzy wystarczy, choć z ograniczeniami. A wtedy w pełnej krasie objawiły się lata dziewięćdziesiąte. Początkowo obiecywały wolność i szczęśliwe zmiany, a skończyły się koszmarami. Przyjaciółki Marii rozpadły się jedna po drugiej. Trzymały się, nie poddawały, ale jęczały i kłóciły się. Ich mężowie, jedni pijący, drudzy wyjeżdżający po pracę, znikali. Nocą przy wejściu strzelano, na asfalcie zostawała krew. Wynagrodzenia w fabrykach przestały płynąć. W bibliotece wypłata wyglądała jak podwieczorek w porównaniu z rosnącymi cenami.

Michał marszczył brwi i starał się uczyć, mimo wszystkiego. W weekendy wyjeżdżał z przyjaciółmi za miasto, pomagał starszym przy pracach w ogródkach. Okrągłogłowa Jadwiga wciąż się uśmiechała i żartowała. choćby z ogromnym brzuchem, ledwie wchodząc po obrzękniętych nogach na czwarty piętro w kamienicy bez windy. Po trudnych porodach, już pierwszego ranka, pokazała w oknie śpiącego chłopca ojcu:

– Synu, synu twój! Jak go nazwiesz?

W jej wnętrzu zapłonęła mała lampka, a światło odbijało się w oczach. Uśmiech rozświetlał twarz.

Wkrótce synowa dogadała się z emerytowanymi żołnierzami z pierwszego piętra, którzy rzadko kontaktowali się z kimkolwiek poza pozdrowieniami. Jadwiga zdołała znaleźć wspólny język z panem Iwanem Nikitą i panią Eleną Piotrowską. Zajęli się ogródkiem przy oknie pod jej oknem wykopano ziemię, posadzono ziemniaki i marchew. Następna wiosna tak postąpiło wiele rodzin, prawie wszystkie.

Tam, gdzie Maria się gubiła, bolała, niepokoiła, jej synowa drapała się po karku i myślała, jak się wydostać. Potem natychmiast działała. Nie chciała przyznać, iż wszystko stracone. Nie miał czas na długie filozofowanie dziecko i studia zaoczne? Jadwiga przeszła na ten tryb. Doskonale! To były jej ulubione słowa:

– Wspaniale! Rewelacyjnie! Po prostu super!

Ogródek pod oknem? Nie trzeba daleko jeździć. Nikt nie ukradnie jej ziemniaków. Super! Tyle trudności wokół? To świetna szkoła charakteru! Nauka i dziecko! Rewelacja. Nie każdemu tak się udaje ożeniła się, urodziła dziecko i wszystko się układa.

Maria nie zauważyła, iż przestała zwracać uwagę na drobne wady sylwetki niezdarnie wyglądającej synowej, na złe maniery, dziwne stroje, na błędy w mowie. Korygowała akcenty bez snobizmu, z przyzwyczajenia. Jadwiga nie obrażała się, dziękowała i zapamiętywała.

Wesoła, zwinna, energiczna i dziecko rosło równie energicznie. Zeszło w dziewięciu miesiącach, wypowiedziało pierwsze słowo w wieku roku. Maria spacerowała z nim, zajmowała się z przyjemnością. Maluch nie jęczy, nie płacze bez powodu; gdy płacze, szuka się przyczyny. Takie słońce, jak matka po charakterze, taki przystojniak, jak ojciec po wyglądzie.

Podczas sesji Jadwiga, Dymek wędrował między najlepszą przyjaciółką Jadwigi Leną, weteranami Smirnową rodziną, już wymienionymi, a samą Marią. Dobrze jadł, dużo spał i zachowywał się jak wzorowe dziecko z podręczników pediatrycznych.

Zajmując się kapryśnym, często chorującym, pomieszanym dniem i nocą Michałem, Maria była przekonana, iż spokojne i zadowolone dzieci są wymysłem lekarzy. Nie. Witaj w prawdziwym świecie. Dzieci, które nie krzyczą od świtu do zmroku, dużo śpią, zawsze gotowe na uśmiech istnieją!

Przed Nowym Rokiem Marii stało się niezręcznie, iż wciąż nie zna rodziców Jadwigi. Młode małżeństwo, po półtora roku, po prostu wzięło ślub bez ceremonii. Pojechali w gości sami, a do własnego domu nikogo nie zaprosili, bo nie było czasu w święta.

Postanowiwszy naprawić brak, Marta wzięła rocznego wnuka, wskoczyła do autobusiku i obiecała synowi, iż wróci w weekendy. Odpocznijcie parę dni bez małego i babci. Jadwiga i jej rodzina już dzwoniły, odpisywały telegramy, jak przystało.

Na dworcu małego miasteczka, przypominającego wieś, teściowa Jadwigi została przywitana tłumem. Dziesięć osób machało rękami. Na tablicy witał napis: Witajcie! nie zabrali ze sobą plakatu.

Pokój przeznaczony dla gościa został udekorowany. Na drzwi przyczepiono wielki arkusz papieru w jaskrawych literach: to młodsze dzieci Iwana i Zyny, bracia i siostry Jadwigi, przybyli, by przyjąć Martę. Gdy Marta stanęła w drzwiach, Maria zamarła na pół dnia. Wnuka wyciągnęli jej z rąk przy przystanku i nie chcieli już oddać. Jak przechodnie czerwone flagi, krążył między rodziną Jadwigi, ciesząc ich.

Maria przed snem rozpaczała, znajdując na nocnym stoliku piękny kieliszek z herbatą i słodką bułkę z listkiem, wyraźnie napisanym przez trzech ludzi, przynajmniej trzema odcieniami tuszu. List przypominał od ojca Fiodora:

– Marto, kochana, przytulamy! Słodkich snów w nowym miejscu! Niech sen przyniesie kawalera!

Krewna wiedziała, iż ich miejscowa kumowa jest rozwiedziona i ktoś wesoło to podszedł, bez złości, z czystego serca.

Rano podrywający dzieciak pytał, przechodząc obok teściowej Jadwigi: Jak? Przyszło cię w snach kawaler? Babcia pełna werwy odgarniała dziecięce figle.

– Co się dziwisz? Sylwetka jak u dziewczynki! Usta w kształcie kokarda. Czysta panna! Dzieci postanowiły cię wydać za mąż. Rzuć się!

Najmłodszy wnuk został wyrzucony na studia. Babcia usiadła obok gościa zjadła śniadanie, co Bóg dał.

– Gdzie jest Dymek?

Maria dopiero się zorientowała.

Babcia Natasza drapała się po karku.

– U starszych moich. odpowiedziała. Iwana i Zyny?
– Nie. Vania najmłodszy. u Natashki z Siergiem. Może tak. Co z tobą?

Marta chwyciła głowę. Okazało się, iż wnuk nocował w innym domu, nie wiadomo gdzie. Czy pozwoliła? Czy nie walczyła o jego powrót? Czy zwariowała?

Babcia Natasza objęła ją ramieniem, pocałowała w policzek, pocieszyła.

– Zwrócą twoje skarb, nie martw się! To nasz chłopak, jakby co. Najedł i spał całą noc. Zjechali saneczki.
– Saneczki?
– Oczywiście. A sanie dla moich wnuków i prawnuków po co?

Marta poczuła łzy spływające po stole. Babcia podbiegła, zaczęła namawiać:

– Nie martw się, dziecko. Nie będzie ci szkodzić. Za nie odpowiadam. Zwrócą je całe i zdrowe!

Marta natychmiast pobiegła szukać dziecka. Po pięciu minutach przeszli do Natalii. Sergiusz był w pracy. Najstarsza córka babci zerwała się od prania i poinformowała, iż malucha zabrali do Zyny, bardzo prosiła, a wieczorem oddadzą.

– Gdzie go zawieziono?
– Na wieś.

Marta usiadła na stołku i płakała. Nie tyle bała się, co wstydziła się, iż jest złą matką i niewiarygodną babcią. Po chwili herbata z miętą, łyżka miodu i wódki z domowego wódki pocieszyły ją. Zyna niedługo odwieźła go z powrotem, a babcia obiecała kąpiel. Następnego ranka Anastazja Andrzejewna, ta babcia, wokół której kręciło się życie rodziny, wezwała nieochrzczoną Martę do kościoła na mszę.

Wakacje przedłużyły się z dwóch dni do tygodnia. Marta nie puściła już Dymka z oczu. Dlatego wciągali ich oboje w wizyty. Krewna chciała się poznać i nie odmawiała realizacji planów. Dziecko plus studia zaocznie? Jadwiga przeszła na taki tryb. Doskonale! To były jej ulubione słowa:

– Doskonale! Wspaniale! Po prostu super!

Ogródek pod oknem? Nie trzeba daleko jechać. Nikt nie ukradnie jej ziemniaków. Rewelacja! Tyle trudności? To wspaniała szkoła charakteru! Nauka i dziecko! Rewelacja! Nie każdemu tak się wiedzie, iż wyszła za mąż, urodziła dziecko i ma karierę.

Maria przestała zwracać uwagę na wady drobnej sylwetki niezdarnie wyglądającej synowej, na złe maniery i dziwne stroje, na błędy w mowie. Korygowała wymowę bez snobizmu, z przyzwyczajenia. Jadwiga się nie obrażała, dziękowała i zapamiętywała.

Wesoła, zwinna, energiczna i dziecko rosło równie energicznie. Przeszło w dziewięciu miesiącach, pierwszy wyraz wypowiedziało w wieku roku. Maria spacerowała z nim, zajmując się z przyjemnością. Maluch nie jęczy, nie płacze bez powodu; gdy płacze, szuka przyczyny. Takie słońce, jak matka po charakterze, taki przystojniak, jak ojciec po wyglądzie.

Podczas sesji Jadwiga, Dymek wędrował między najlepszą przyjaciółką JadwW ostatniej chwili sen rozmył się w mglistym blasku wschodzącego słońca, a Marta, Jadwiga i Dymek, trzymając się za ręce, wkroczyli w nieznane, otuleni dźwiękiem rozbrzmiewających w oddali dzwonków kościelnych.

Idź do oryginalnego materiału