Dwa krótkie filmy w mediach społecznościowych wystarczyły, by o interwencji w Kowalach zrobiło się głośno. Inspektorzy bielskiego inspektoratu Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt Animals przedstawili dramatyczny obraz zaniedbanych, głodnych i chorych zwierząt. Sołtys Kowali Ewa Hutta odpowiada, iż psy miały zapewnione jedzenie, wodę i odpowiednie warunki, a opublikowane materiały pokazują sytuację jednostronnie.
Emocje, jakie wybuchły wśród miłośników zwierząt, były ogromne. Pod postami organizacji w serwisie Facebook pojawiło się wiele komentarzy, w tym niewybrednych i obraźliwych, skierowanych przeciwko sołtys Kowali. Tymczasem relacje obu stron na temat tego, co inspektorzy zastali na miejscu, znacząco się różnią.
Lenny i zarzuty Animalsów
Pierwszy wpis bielski inspektorat OTOZ Animals opublikował 5 września. Dotyczył starszego psa, któremu po odebraniu nadano imię Lenny. Według organizacji zwierzę było wychudzone i zaniedbane, miało skołtunioną sierść oraz problemy skórne i wymagało pilnej pomocy. Po przejęciu psa rozpoczęto diagnostykę i leczenie. Lenny został odrobaczony i zabezpieczony przeciwko pchłom, przeszedł też specjalistyczną kąpiel. „Wykonaliśmy badanie kału, które wykazało tasiemca. Zostało wdrożone odpowiednie leczenie” – napisali działacze organizacji.
Pies został też wykastrowany, a podczas zabiegu usunięto mu guzowatą zmianę na jednym z jąder. Wykonano również zeskrobinę w kierunku grzybicy. „To pies, który został skrzywdzony” – napisali inspektorzy, przekonując, iż zwierzę zastali „w tragicznym stanie”.
Już dzień później organizacja poinformowała o odebraniu kolejnych psów przebywających w tym samym miejscu – suki ze szczeniętami. Także w tym przypadku obraz przedstawiony przez Animalsów był bardzo niepokojący.
Według relacji inspektorów zwierzęta były „wygłodzone, zapchlone, zarobaczone” i wystraszone. Organizacja podała również, iż suka miała być na tyle głodna, iż w obecności inspektorów zjadała własne odchody. OTOZ zwracał uwagę na zachowanie zwierząt. Miały bać się ludzi, nie znać smyczy ani obroży i nie być przyzwyczajone do spacerów.
„Skoro starszy pies Lenny został doprowadzony do takiego złego stanu, trudno było uwierzyć, iż młode psy w tym samym miejscu będą miały lepsze życie” – argumentowali inspektorzy. Jak dodawali, nie chcieli czekać, aż za kilka lat młode zwierzęta znajdą się w podobnym stanie.
Organizacja poinformowała, iż psy zostały objęte opieką weterynaryjną i czekają je dalsze badania, szczepienia oraz – we właściwym czasie – sterylizacja lub kastracja.
Rzeczywistość nie tak drastyczna
Zupełnie inaczej sytuację przedstawia sołtys Kowali Ewa Hutta. Zapewnia, iż może udokumentować, iż zwierzęta miały aktualne szczepienia, a także zapewnione jedzenie i wodę. – Mogę wszystko udowodnić – stwierdza. Nie zgadza się również z obrazem warunków, jaki – jej zdaniem – wyłania się z filmów zamieszczonych w internecie.
– Nie mam ogrodzonego domu, a kojce są dwa, po trzy na trzy metry. Kojce są zadbane, ocieplone i zadaszone. Psy nie były na łańcuchach i wcale nie było tak drastycznie, jak przedstawia to bielski Animals – przekonuje.
Pani sołtys przyznaje jednocześnie, iż najstarszy pies rzeczywiście był schorowany. Kwestionuje jednak twierdzenia, iż pozostałe zwierzęta znajdowały się w złym stanie.
– Reszta psów była zdrowa, więc nie wiem, dlaczego je odebrali – mówi.
Tłumaczy też, iż zwierzęta należały do jej męża, który z powodu choroby przestał się nimi zajmować. Opieka nad nimi spadła wówczas na nią. – A ja, ile mogłam, tyle robiłam – mówi krótko.

Spór także o sposób odebrania zwierząt
Kontrowersje dotyczą nie tylko stanu psów, ale również okoliczności samej interwencji. Ewa Hutta twierdzi, iż podczas odebrania zwierząt nie było jej w domu. Jak relacjonuje, na miejscu nie było również policji ani lekarza weterynarii. Według jej relacji nie otrzymała też protokołu ani innego dokumentu dotyczącego odebrania zwierząt. Zgłosiła więc policji fakt zabrania psów.
– W najbliższych dniach będę rozmawiała na ten temat z przedstawicielami OTOZ – zapowiada. Jak mówi, inspektorzy mieli początkowo zapowiadać skierowanie sprawy do sądu, ale – według jej obecnej wiedzy – na razie z tego zrezygnowali. Sołtys deklaruje, iż chce wyjaśnić sprawę polubownie.
– Rozmawiam z nimi. Filmy zostały nagrane bardzo tendencyjnie. Nie wszystko jest prawdą, ale nie chcę ich oskarżać. Nie chcę też szeroko wypowiadać się w tej sprawie, natomiast próbuję się z nimi dogadać – przekonuje.
Interwencja przeniosła się do internetu
Sprawa psów z Kowali gwałtownie przestała być wyłącznie sporem pomiędzy organizacją zajmującą się ochroną zwierząt a ich dotychczasowymi opiekunami. Po publikacji filmów i opisów interwencji dyskusja rozgorzała w mediach społecznościowych. Pojawiło się tam wiele ostrych, również obraźliwych komentarzy pod adresem Ewy Hutty.
Dziś sołtys uważa, iż rozgłos byłby mniejszy, gdyby nie pełniona przez nią funkcja. – Gdyby na domu nie było tabliczki „sołtys”, sprawa inaczej by wyglądała. Czytałam komentarze pod postami, ale może lepiej tego nie robić i nie denerwować się na ten hejt. Co jednak zrobić? Sprawa poszła i stała się głośna – mówi.
Ewa Hutta nie zamierza jednak zabiegać o odzyskanie zwierząt. – Ja już nie chcę żadnych psów, nie chcę kolejnych kłopotów, bo problemów w domu mi wystarczy – stwierdza krótko.
Nie rozstrzyga to jednak sporu o warunki, w jakich przebywały zwierzęta, ani o sposób przeprowadzenia interwencji. O tym, czy doszło do naruszenia przepisów dotyczących ochrony zwierząt i czy sposób ich odebrania był prawidłowy, nie powinny przesądzać emocjonalne wpisy i komentarze w mediach społecznościowych, ale ustalenia adekwatnych organów oparte na dokumentach, dowodach i – przede wszystkim – ocenie stanu zwierząt.

1 godzina temu




