Mam na imię Adam. Dobijam już do sześćdziesiątki piątki. Przez 34 lata byłem mężem swojej żony, Grażyny, a teraz los postanowił spłatać mi figla i zakochałem się w innej kobiecie. Grażyna ma 62 lata, a nasz syn, Marcin, dawno już wyszedł z domu, ożenił się i choćby dorobił się gromadki dzieciaków, które rozrabiają jak na pikniku grillowym w długi weekend majowy.
Kiedy Marcin wyfrunął z gniazda, Grażyna i ja nagle jakby przestaliśmy się znać. Każde z nas zaczęło żyć swoim życiem, trochę jak lokatorzy w kamienicy, którzy tylko machają sobie przez okno. Po przejściu na emeryturę zacząłem snuć plany chciałem przeprowadzić nas na wieś, żeby złapać drugi oddech, wyhodować własne ogórki i może w końcu odpocząć od miejskich korków. Grażyna przewracała tylko oczami, ale udało mi się ją przekonać. Kupiliśmy domek pod Radomiem niewielki, ale uroczy, z ogródkiem, w którym mogłem wreszcie popracować łopatą, zamiast klawiaturą.
Mnie wieś od razu przypadła do gustu. Latem czułem się tam jak król ogrodu. Tylko Grażyna była wiecznie niezadowolona. Najchętniej nie ruszałaby się z kanapy czytała kryminały, oglądała seriale i mówiła mi, iż na grzebanie w ziemi to jej lat i zdrowia szkoda. Przy każdej próbie zachęcenia jej do pomocy słyszałem tylko: Adam, nogi mnie bolą! No to wszystko, od grabienia grządek po podlewanie pelargonii, spadło na moją głowę.
Kiedy tylko przyszła jesień, Grażyna szybciutko spakowała manatki i wróciła do mieszkania w Warszawie. Była w siódmym niebie, znów mogła biegać do bibliotek i piekarni pod domem. Ja nie wytrzymałem tego zgiełku. Po tygodniu wróciłem do swojego wiejskiego królestwa. Tak jakoś wyszło, iż coraz rzadziej widywaliśmy się z Grażyną ona w życiu miejskim, ja z kurami i własnymi myślami.
No i wtedy pojawiła się ona Jadwiga, 60-letnia wdowa po rolniku. Początkowo patrzyła na mnie nieufnie, jakby podejrzewała, iż uciekałem z cyrku, ale z czasem zaczęła mi coraz bardziej ufać. Zaczęliśmy spędzać razem popołudnia opowiadała mi, jak sadzi ziemniaki, a ja z przejęciem słuchałem, jakby to były wieści ze świata. Teraz łączy nas coś więcej niż wspólna uprawa pomidorów.
Marzę, żeby skończyć wszystko po ludzku rozwieść się z Grażyną i oficjalnie związać z Jadwigą. Ale mam cykora przed reakcją Marcina. Na razie wmawiam Grażynie, iż jestem zajęty remontem, koszeniem trawy i innymi wiejskimi obowiązkami, które w rzeczywistości zajmują mi może godzinę dziennie, a resztę czasu spędzam z Jadwigą, głównie na kawie i plotkach.
Grażyna jeszcze niczego się nie domyśla. Siedzę między dwoma światami niczym śledź w zalewie nie wiem, czy się wygadać, czy jeszcze trochę poudawać. Ech, co ja mam zrobić Sam nie wiem. Chciałbym wszystkim dogodzić, ale chyba tylko na pogrzebie kawy można zadowolić wszystkich naraz.

10 godzin temu





