pokój doczepny, niby z twórczości Bruno Schulza.
tylko nasz nie wyrasta nagle i dziko pomiędzy
już istniejącymi, nie wżera się w strukturę domu,
nie wdrukowuje pomiędzy ornamenty tapet.
ten jest dźwigany w bukłakach
przewieszonych przez zwierzęce grzbiety,
ten niesiemy przez meandrujące koryta wyschłych
szos, taszczymy na plecach w górę wysokich jak
wieżowce, szklanych wodospadów.
zamieszkiwane przez pajęczaki miejsce fuzji,
gdzie można dostrzec czerwone osady na krysztale
pozostałe po dawnych wizytach karafkoidów
(dziś – czas wymuszonej abstynencji),
przestrzeń, której pilnują ceramiczne i pyzate
kuzynki, fajansowi pradziadkowie, zwierzęta-pleciugi
wyplecione z wikliny. metry sześcienne, w których
mogę zadać ci blask, wsączyć go i patrzeć,
jak robi się jeszcze przytulniej.
...a potem ktoś zasypie cały pokój solą
(próbę schwycenia puenty.
wilgoć pomiędzy palcami).









