PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
Obudziłem się w środku nocy i nie mogłem już zasnąć do świtu. Coś nie dawało mi spokoju może niespokojny sen, może jakieś irracjonalne lęki. Serce miałem ciężkie, aż łzy same napływały do oczu. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego. Ciężko mi się oddychało, a poczucie nadciągającego nieszczęścia narastało ze zdwojoną siłą.
Podszedłem do łóżeczka, w którym spał mój mały syn, Staś. Uśmiechał się przez sen i śmiesznie mlaskał ustami. Poprawiłem mu kołderkę i przeszedłem do kuchni. Za oknem panowała egipska ciemność.
Staszek, znowu nie śpisz? za moimi plecami odezwała się żona, Zuzanna.
Znowu to samo! Nie rozumiem, co się ze mną dzieje, Zuzka odpowiedziałem cicho.
Pewnie to ta słynna poporodowa depresja próbowała żartować.
Nie sądzę. Staś ma już prawie pół roku, nigdy nie miałem żadnych stanów, a tu nagle takie rzeczy
Różnie bywa! Hormony, nerwy Nie przejmuj się, jakoś to będzie.
Ale coś mnie naprawdę niepokoi, mam złe przeczucia szepnąłem, przytulając się do niej.
Będzie dobrze zapewniła, obejmując mnie.
Trzy tygodnie później Zuza dostała zaproszenie na kontrolę do pediatry. Wcześniej byli z Stasiem na badaniach chłopiec skończył pół roku. Oddali krew, odwiedzili specjalistów. Telefon od pielęgniarki zaskoczył Zuzannę.
Coś się stało? spytała z niepokojem.
Proszę się nie martwić, pani Zuzanno, wszystko wyjaśni lekarz odpowiedziała pielęgniarka.
W poczekalni czekali długo. Napięcie rosło. Gdy wreszcie weszli do gabinetu, Zuza była spięta jak struna.
Proszę usiąść zaczęła pani doktor. Pani Zuzanno, muszę coś przekazać. Proszę się nie bać, potrzebujemy dodatkowych badań.
Co się dzieje? wyszeptała.
Wyniki Stasia są niepokojące. Wysoka liczba leukocytów, inne parametry też odbiegają od normy. Proszę powtórzyć badania w szpitalu specjalistycznym.
Gdzie? dopytywała cicho.
W wojewódzkim centrum onkologii padła odpowiedź.
Nie pamiętam, jak wróciłem do domu. Zuza już była, przepustkę z pracy wziąłem od razu po jej wiadomości.
Staszek, co się dzieje? spytałem.
Łzy płynęły jej po policzkach, jakby ich nie czuła:
Kierują nas na onkologię wyszeptała.
Może to tylko kontrola? próbowałem ją pocieszyć.
Zwykła kontrola by nie wystarczyła Czuję to. Cały czas czułam, tylko nie wiedziałem, z której strony to przyjdzie.
Tuliła Stasia i płakała. Śpiący syn choćby nie przeczuwał, iż jego życie właśnie się zmienia.
Ostra białaczka powiedział starszy lekarz po badaniu Musimy natychmiast rozpocząć leczenie.
Zuzanna płakała. Nie była w stanie pogodzić się z sytuacją. Chemia odbywała się beze mnie Staś leżał na OIOM-ie, a ja godzinami na korytarzu.
Proszę, wróć pan do domu nalegała dyżurna pielęgniarka. I tak dziś nie zobaczy pan dziecka!
Nie mogę! Co będę robić bez niego?
Osiem lat temu wzięliśmy z Zuzką ślub. Przez długi czas nie mogliśmy doczekać się dziecka, choć badania nie wykazały przeciwwskazań. Ciąża przyszła dopiero po tylu latach. Byłem najszczęśliwszy na świecie, dbałem o żonę i nie pozwalałem jej choćby kubka podnieść Ostatni miesiąc spędziła w szpitalu, lekarzka zaleciła pobyt, bo groził nam przedwczesny poród. Po pół roku od narodzin nadaliśmy synowi imię po moim ojcu, który zginął kilka lat wcześniej w wypadku samochodowym.
Zuzka, nie dawaj imienia po zmarłym mówiła jej babcia. To przynosi nieszczęście!
To tylko zabobony odpowiadała. Byliśmy szczęśliwi i nie chciałem, by coś to psuło
Zuzanna siedziała przy łóżeczku Stasia. Chłopiec w ciągu miesiąca sfilczał się, wychudł, jego policzki były przerażająco blade. Zuza płakała, łzy nie przestawały spływać. Sterylna sala, do której została wpuszczona tylko po awanturze z ordynatorem bał się o infekcję, immunologia Stasia była wtedy żadna. Ale matka nie mogła być z dala.
Takich operacji w naszym szpitalu nie wykonujemy powiedział stanowczo ordynator, dr Gennady Radosław.
Gdzie się je robi? Zuza była zdeterminowana.
W Niemczech. Tylko tam jest szansa. Ale to bardzo drogie.
Znajdziemy pieniądze odparła. Proszę przygotować dokumentację.
Wysłaliśmy papiery do jednej z niemieckich klinik onkologicznych. Odpowiedziano szybko: są gotowi operować Stasia, ale koszt przekraczał 500 000 złotych.
Zuza, choćby gdybyśmy sprzedali mieszkanie i samochód, nie uzbieramy połowy mówiłem zrezygnowany. Umieściłem ogłoszenia, ale to nie tak prosto.
Mamy dwa miesiące! rozpłakała się żona. Musimy coś wymyślić!
Zbiórkę prowadziła cała rodzina, nasi znajomi, koleżanki z pracy, lokalna fundacja dobroczynna, sklepy, sąsiedzi. Część przekazali urzędnicy, część wolontariusze. Zebraliśmy trochę ponad połowę. Czas naglił nie mogliśmy odkładać operacji.
Zuza, lećcie powiedziałem stanowczo. Ja będę przesyłał każdą kolejną złotówkę. Może uda się sprzedać mieszkanie.
W naszym Otwocku wszyscy przeżywali nasze nieszczęście, ale takiej sumy tu nie dało się zebrać.
W końcu wylecieliśmy z Zuzą i Stasiem do Monachium. Zabrane pieniądze nie wystarczały. Zaczęły się kolejne badania i przygotowania do zabiegu. O brakującym funduszu starałem się nie myśleć. Liczyłem na cud. Za miesiąc Staś kończył rok.
W sąsiedniej sali leżała mama z synem, chłopczyk miał trzy lata. Okazało się, iż pochodzili z Pruszkowa. Gosi się udało zebrać całość potrzebnej sumy, ale niestety u Piotrusia choroba była bardziej zaawansowana, leczenie nie przynosiło efektów, operację przekładano.
Nie płacz! Gosi próbowała pocieszać Zuzę. Jeszcze zabierzesz Stasia do zoo czy do cyrku! My byliśmy tu w ubiegłym roku, Piotrusowi tak się podobał niedźwiedź, iż gapił się pół godziny. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, iż jest chory. W zoo pierwszy raz leciała mu krew z nosa nie umiałam zatamować. Przestraszyłam się. Potem się powtarzało Dopiero potem poszliśmy do szpitala a tu już trzecie stadium. Czemu wcześniej nie zauważyłam?
Gosiu, nie płacz, będzie dobrze! Jeszcze razem pójdziemy z dzieciakami do zoo! teraz to Zuzanna ją pocieszała.
Zuza, wiedziałam, iż coś nie tak! Piotruś chudł, mizerniał, nie jadł Matka mi też mówiła A ja nie słuchałam! Gosia łkała. Nie wiedziałem, jak ją pocieszyć czy słowa tu pomogą?
Kilka dni później Piotrusowi się pogorszyło. Trafił na OIOM. Gosię nie wpuszczali. Siedziała pod drzwiami i cicho płakała.
Chodź, zdrzemniesz się próbowała namawiać ją Zuzka.
Muszę tu być! On wie, iż jestem! To mu pomaga! odpowiadała koleżanka.
I tak czuje twoją obecność. Chodź, kochana.
Gosia została na posterunku. Po zastrzyku na uspokojenie już nie płakała. Siedziała i czekała. Nadzieja umiera ostatnia.
Późnym wieczorem zadzwoniłem do żony. Kołysała Stasia na rękach, każdą chwilę starała się przy nim być nie wiadomo, ile jeszcze tych chwil zostało.
Zuza, przelałem sto tysięcy, więcej na razie nie mam. Dziś przyszła młoda para obejrzeć mieszkanie, obniżyłem cenę, powiedzieli, iż się zastanowią.
W porządku Zuzka wyszeptała. A ty
Nagle przerwał jej rozpaczliwy krzyk ze szpitalnego korytarza. Telefon wypadł jej z rąk. Obudził się Staś i zaczął płakać. Głaskała go delikatnie po głowie, chłopczyk ziewnął i zasnął. Odłożyła go i wybiegła na korytarz. Wiedziała już, co się stało, choć nie chciała w to uwierzyć. Przed OIOM-em klęczała Gosia i szlochała, otoczona pielęgniarkami, które próbowały podać jej coś do picia, zrobić zastrzyk. Koleżanka po prostu krzyczała. W jej oczach była rozpacz, jakiej nigdy nie widziałem.
Trzymaj się, Gosiu płakała Zuzka, obejmując przyjaciółkę. Musisz żyć dla Piotrusia!
Po co mi to życie?! Mój syn umarł! To moja wina! Jak ja z tym będę żyć?! szlochała.
Zuzanna trzymała ją, gdy robili jej zastrzyk, potem odprowadziła nieprzytomną koleżankę do sali.
Niech odpocznie powiedział znużony lekarz. Będzie jeszcze czas na łzy.
Tej nocy Zuzka nie zasnęła. Siedziała przy łóżeczku Stasia i patrzyła na niego, jakby chciała zachować każdy szczegół w pamięci.
Następnego dnia przyszła do niej Gosia. Już nie płakała. Wyglądała na starszą o dekadę. W jej oczach była tylko pustka. Długo stały wtulone w siebie.
U was musi być dobrze szepnęła na odchodnym Gosia. Macie szansę wykorzystajcie ją! Ja muszę teraz zadbać o synka: pogrzeb, dziewięć dni, czterdziestka Postawię nagrobek, potem otarła łzy. Przeczytasz, jak cię nie będzie, nie dam rady powiedzieć dała Zuzannie zaklejony list.
Dobrze odpowiedziała cicho żona.
Po jej wyjściu ogarnął Zuzię smutek. Stasia zabrali na zabieg.
Otworzyłem list:
Kochana Zuzanno drżącą ręką pisała Gosia Bardzo chcę, by Staś żył. Niech przeżyje dzieciństwo także za Piotrusia: niech dorasta, uczy się, cieszy się każdym dniem, gra w piłkę, jeździ na sankach. Idźcie kiedyś do naszego zoo i przekaż niedźwiedziowi pozdrowienia od Piotrusia! W kopercie są pieniądze na waszą operację. Nam się nie przydadzą niech uratują Stasia.
Zuzka płakała. Płakała ze szczęścia miała jak uratować syna. Płakała z żalu ta pomoc miała ogromną cenę.
Nie sprzedawaj mieszkania! powiedziała mi następnego dnia przez telefon. Musimy mieć dokąd wrócić!
Ale jak z pieniędzmi?
Są. Wszystko będzie dobrze!
W jej głosie pierwszy raz od tygodni wyczułem nadzieję. Wiedziałem, iż naprawdę w to wierzy.
Operacja odbyła się dzień po pierwszych urodzinach Stasia. Spędzaliśmy godziny pod drzwiami intensywnej terapii, ale rokowania były pomyślne. Po kilku tygodniach pozwolono nam być razem w jednej sali, czekał nas jeszcze miesiąc kwarantanny i rehabilitacja. To już nie miało znaczenia najważniejsze, iż operacja się powiodła.
Staś odżywał zaczynał się bawić zabawkami, jeść, uśmiechać się. Gdy pierwszy raz powiedział coś na kształt tata, popłakałem się z radości. Stało się coś cudownego.
Miedźwiedź! pokazywał Staś na ogromnego czarnego zwierza w klatce.
Nie miedźwiedź, tylko niedźwiedź! śmiała się Zuzka.
Odwiedziliśmy zoo w Warszawie, dokładnie to, do którego chodził Piotruś.
Pozdrów, niedźwiadku, od Piotrusia! szepnęła Zuzka do zwierzęcia.
Staś biegał, jadł lody, siedział mi na ramionach, podziwiając zwierzęta. Teraz jego życie znów przepełniała dziecięca euforia i interesujące odkrycia. Szpital został za nami, wspomnienia nocnych lęków czasem jeszcze wracały, gdy sprawdzałem oddech syna we śnie. Ale lęk mijał. Przed nami była cała przyszłość życie i za siebie, i za chłopczyka, który okazał się jego wybawicielem.
Wiem dziś, iż nie wolno tłumić złych przeczuć, ale nigdy nie wolno też tracić nadziei. choćby w najtrudniejszej chwili zawsze może pojawić się pomoc i szansa na cud. Trzeba tylko wierzyć i być z bliskimi zawsze, bez względu na okoliczności.

4 godzin temu



