Przeczucie nieszczęścia
Kasia obudziła się w środku nocy i nie mogła już zasnąć aż do rana. Sama nie wiedziała, czy coś jej się przyśniło, czy to po prostu jakieś dziwne napięcie, ale nie dawało jej to spokoju. Czuła się okropnie przytłoczona, łzy same ciekły jej po policzkach. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje. Jakiś duszący strach z potężną siłą osiadł jej na sercu.
Wstała i podeszła do łóżeczka, gdzie spał jej mały synek, Jasio. Spał smacznie, choćby się lekko uśmiechał i coś tam mamrotał przez sen. Kasia poprawiła mu kołderkę i poszła do kuchni. Za oknem była jeszcze kompletna ciemność.
Kasiu, znowu nie możesz spać? usłyszała za sobą znajomy głos Tomka.
Znowu to samo, Tomek. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje szepnęła cicho.
Ej, może to ta cała poporodowa depresja. próbował obrócić w żart.
Sama nie wiem. Przecież Jasio ma już pół roku, nigdy nie miałam żadnej depresji, a tu nagle
Różnie bywa. Hormony, stres, wszystko się kumuluje. Nie martw się, kochanie, wszystko się ułoży próbował ją pocieszyć, przytulając mocniej.
Ale ja się boję, Tomek wyszeptała, tuląc się do niego.
Wszystko będzie dobrze, zobaczysz!
Trzy tygodnie później Kasia dostała telefon z przychodni. Akurat kończyło się pół roku Jasia, byli po badaniach kontrolnych i standardowych testach. Zadzwoniła pielęgniarka Kasia nie spodziewała się, iż będzie coś nie tak.
Coś się stało? dopytywała z niepokojem.
Kasiu, nie martw się zawczasu, wszystko wyjaśni pani doktor usłyszała.
W przychodni, jak zwykle, musiała odstać swoje, a nerwy rosły z każdą minutą. Gdy weszła do gabinetu, nogi niemal się pod nią uginały.
Proszę, niech się pani uspokoi, Kasiu Tomaszewska. Trzeba powtórzyć niektóre badania Jasia, potrzebujemy jeszcze kilku wyników zaczęła spokojnie pani doktor.
Ale dlaczego?! Kasia czuła już, iż jej najgorsze przeczucia mogą się spełnić.
Wyniki Jasia są niepokojące. Leukocytów jest znacznie więcej niż powinno, inne parametry też są złe. Musimy sprawdzić ponownie krew, najlepiej w specjalistycznym ośrodku.
W jakim?
Na onkologii w województwie odparła lekarz.
Nie pamiętała, jak wróciła do domu. Tomek był już tam, zwolnił się pracy, gdy tylko przeczytał jej wiadomość.
Kasia, powiedz, co jest?
Po jej twarzy ciekły łzy, ale jakby tego nie zauważała.
Wysyłają nas na badania do szpitala onkologicznego wyjęła z siebie cicho.
Może to tylko rutynowe sprawdzenie, może przesadzają próbował ją uspokajać Tomek, ale ona już wiedziała.
To nie są rutynowe badania, czułam to już wcześniej. Nie mogłam zrozumieć, czego się boję wyszeptała.
Przytuliła mocno maluszka i rozpłakała się szczerze i głęboko. Jasio zaczął poruszać się we śnie jeszcze nie wiedział, z czym mierzą się jego rodzice.
Ostra białaczka, musimy natychmiast rozpocząć leczenie orzekł starszy lekarz po przejrzeniu badań.
Kasia nie mogła się pogodzić z tym, co słyszała. Chemioterapia odbywała się bez jej obecności, Jasio był w izolatce, a ona czuwała za drzwiami.
Proszę iść do domu, i tak dziś do niego nie wejdzie pani przekonywała pielęgniarka dyżurna.
Nie zostawię syna samego, nie dam rady
Kasia i Tomek pobrali ślub 8 lat temu. Kasia przez lata starała się o ciążę, przeszli mnóstwo badań i lekarzy, żadnych odchyleń nie było, a jednak ciąża pojawiła się dopiero w ósmym roku małżeństwa. To był najszczęśliwszy i jednocześnie najtrudniejszy czas. Tomek dmuchał na nią i chuchał, nie pozwalał dźwigać więcej niż filiżankę herbaty… Ostatni miesiąc spędziła w szpitalu lekarz kazał być ostrożnym, groziły wcześniejsze poródki. Aż w końcu pojawił się na świecie ich wymarzony synek. Nazwali go na cześć ojca Tomka, który kilka lat wcześniej zginął w wypadku samochodowym.
Kasiu, nie należy dawać dziecku imienia po kimś, kto tragicznie zginął! mówiła jej babcia, gdy poznała ich pomysł.
Babciu, zabobony! machała tylko ręką, bo wtedy była naprawdę szczęśliwa i nie chciała psuć tego radością.
Kasia całymi godzinami czuwała przy łóżeczku Jasia. Za ten miesiąc bardzo schudł, zrobił się blady, policzki już nie miały dawnych rumieńców, pod oczami pojawiły się okropne sińce. Tylko łzy cicho ciekły jej po twarzy. Była już w sterylnej sali udało jej się wywalczyć u ordynatora zgodę na wejście, bo nie wytrzymałaby już bez kontaktu z synem.
My takich operacji nie przeprowadzamy! powiedział pewnego dnia szef oddziału, doktor Górski.
To gdzie takie się robi?
W Izraelu. Tylko tam jest realna szansa dla waszego Jasia. Ale to kosztuje fortunę.
Znajdziemy pieniądze, panie doktorze. Proszę tylko przygotować dokumenty.
Dokumenty wysłano do jednej z izraelskich klinik specjalizujących się w leczeniu białaczek. Odpowiedź przyszła gwałtownie mogą operować, ale cena ponad 2 miliony złotych.
Kasia, choćby jak sprzedamy mieszkanie i samochód, nie uzbieramy i połowy westchnął Tomek. Już ogłosiłem zbiórkę, ale to potrwa.
My nie mamy tyle czasu! szlochała Kasia musimy działać.
Zbiórka ruszyła pełną parą. Pomagali wszyscy znajomi, sąsiedzi, organizacje z Częstochowy, choćby wolontariusze z fundacji. Część dorzucił lokalny urząd miasta, część kluby sportowe, część zupełnie obcy ludzie na platformie internetowej. Udało się zebrać nieco ponad połowę. Czas uciekał.
Kasia, jedźcie już, będę przelewać ci każdą złotówkę, jak tylko się znajdzie kupiec na mieszkanie! mobilizował Tomek.
Ich małe osiedle żyło tragedią tej rodziny, ale suma była przecież nie do wyobrażenia.
Po wszystkich formalnościach Kasia i Jasio polecieli do Izraela. Wciąż brakowało niemało pieniędzy, ale zaczęto od badań, podawania leków, przygotowań do operacji. Kasia powtarzała sobie, iż musi stać się cud. Za miesiąc Jasio miał skończyć rok.
W sąsiedniej sali spotkała Martę z trzyletnim synkiem, Kubą. Okazało się, iż są z okolic Opola. Im się udało zebrać całą kwotę, ale Kuba był w cięższej sytuacji, bo chorobę wykryto zbyt późno i ciągle operację przekładano, bo jego stan nie pozwalał.
Nie płacz, Kasia, jeszcze wszyscy razem pójdziemy z maluchami do zoo, do cyrku… Rok temu byliśmy z Kubą w zoo, pół godziny stał wpatrzony w niedźwiedzie… Wtedy pierwszy raz poleciała mu krew z nosa nie umiałam zatamować, strasznie się przestraszyłam Potem się powtórzyło, aż w końcu poszliśmy do szpitala. Było już za późno Marta mówiła przez łzy.
Przestań, Marta… Wrócicie jeszcze do tego zoo, jeszcze będziemy tam wszyscy razem starała się ją przytulić Kasia, choć sama ledwo trzymała się na nogach.
Po kilku dniach stan Kuby gwałtownie się pogorszył. Zabrali go na OIOM, a Marty nie wpuszczali do środka. Całymi godzinami siedziała na korytarzu i łkała.
Chodź, Marta, musisz odpocząć… próbowała przekonywać ją Kasia.
Nie, tu czuję mojego Kubusia, on wie, iż jestem blisko, to daje mu siłę! odpowiadała.
W końcu pielęgniarki podały jej coś na uspokojenie. Przestała płakać, patrzyła już tylko w pustkę. Miała jeszcze nadzieję.
Tego wieczora Tomek zadzwonił do Kasi.
Kasiu, przelałem jakieś sto tysięcy, więcej na razie nie mam… dziś nasze mieszkanie oglądała młoda para, jeszcze się wahają.
Chciała coś powiedzieć, ale nagle z korytarza dobiegł przeraźliwy krzyk. Telefon wypadł jej z ręki, Jasio się przebudził i rozpłakał, ale po chwili znowu zasnął. Kasia wybiegła na korytarz i już wiedziała, co się stało. Marta płakała na kolanach pod drzwiami OIOM-u, pielęgniarki próbowały ją ratować, podać kolejne środki uspokajające. Krzyczała jak zranione zwierzę. Taki ból Kasia widziała pierwszy raz w życiu. Zamknęła ją w objęciach, płakały razem.
Musisz żyć, dla Kuby! powtarzała.
Po co? Moje dziecko nie żyje. To ja zawiniłam, jak mam z tym żyć? Marta wyła.
Kasia siedziała z nią, póki pielęgniarka nie podała zastrzyku. Zaciągnęła ją do sali, by mogła odpocząć.
Niech odpocznie, łez jeszcze będzie miała wiele powiedział tylko cicho lekarz dyżurny.
Tamtej nocy Kasia nie zmrużyła oka, cały czas czuwała przy łóżeczku Jasia. Chciała się napatrzeć, na wypadek gdyby by zostały jej te chwile.
Na drugi dzień do jej sali weszła Marta. Przez ostatnie godziny postarzała się chyba o dziesięć lat. Milczały długo w uścisku.
Wasz Jasio ma szansę, korzystajcie z niej. Ja teraz muszę wszystko przygotować po Kubusiu. Najpierw pogrzeb, potem dziewiąty dzień, czterdziesty Postawię mu pomnik, a potem ci napiszę… nie zdołam wszystkiego powiedzieć na głos podała jej zapieczętowaną kopertę.
Oczywiście, dziękuję
Gdy Marta wyszła, Kasi zrobiło się jeszcze ciężej. Jasia zabrano na kolejne procedury. Otworzyła kopertę.
Kochana Kasiu! Bardzo chcę, żeby Jasio żył. Niech żyje za mojego Kubę, niech dorasta, cieszy się życiem, gra w piłkę, jeździ na narty, chodzi z wami do zoo. Chciałabym, żebyś poszła z nim do naszego zoo w Opolu i pozdrowiła dużego czarnego niedźwiedzia! W kopercie są pieniądze na operację mnie nie będą już potrzebne, niech uratują twojego Jasia!
Kasia płakała ze szczęścia i bólu. Były już pieniądze na ratowanie syna, ale jakim kosztem
Tomek, nie sprzedawaj mieszkania! powiedziała mu przez telefon. Musimy do czegoś wrócić!
Jak to? Skąd pieniądze?
Już mamy wszystko, wszystko będzie dobrze!
Tomek się uśmiechnął po raz pierwszy od wielu dni. Usłyszał w jej głosie coś, co dało mu nadzieję. Kasia też była pewna: tym razem się uda.
Operacja odbyła się dzień po pierwszych urodzinach Jasia. Kasia dniami i nocami czuwała pod oddziałem intensywnej terapii. Prognozy były dobre, lekarze widzieli poprawę. Po pewnym czasie pozwolili jej być z Jasiem, potem przenieśli razem do sali. Przed nimi był jeszcze miesiąc izolacji i kilka miesięcy rehabilitacji, ale to już były drobiazgi. Liczyło się tylko to, iż operacja się udała.
Jasio wracał do formy: coraz częściej łapał za zabawki, jadł z apetytem, uśmiechał się. Gdy powiedział mama, Kasia płakała ze szczęścia. Stał się cud.
Niedźwiedź! pokazywał Jasio paluszkiem na ogromnego czarnego misia za kratkami.
Nie niec-bieć, tylko niedźwiedź! poprawiała go ze śmiechem Kasia.
Odwiedzili opolski ogród zoologiczny właśnie ten, w którym Kuba pierwszy raz zobaczył niedźwiedzia.
Cześć Ci, misiu, od Kubusia szepnęła Kasia w stronę klatki.
Jasio biegał po zoo, jadł lody, oglądał zwierzęta ze szczęśliwymi rodzicami. Ich świat znów był pełen dziecięcej radości, choroba została daleko w tyle. Tylko czasem, gdy Kasia budziła się w nocy, podchodziła cicho do łóżeczka, by sprawdzić czy Jasio oddycha spokojnie. Nad ranem wracał spokój. Przed nimi była cała przyszłość i za siebie, i za tego chłopca, który podarował im drugi cud.






