PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
To było dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam w małym mieszkanku w Łodzi. Tej nocy obudziłam się nagle i już nie mogłam zasnąć. Coś śniło mi się złego albo zwyczajne niepokoje cisnęły się do serca, a ciężar nieznanej troski stał się tak wielki, iż łzy same napływały mi do oczu. Nie rozumiałam, skąd się to bierze po prostu było ciężko oddychać, a przeczucie nadchodzącego nieszczęścia tłumiło każdy oddech.
Podeszłam do łóżeczka, w którym spał mój synek, Jaś. Przez sen uśmiechał się delikatnie, cmokając usteczkami. Poprawiłam mu kołderkę i cicho wyszłam do kuchni. Za oknem była głucha ciemność.
Julka, nie śpisz znowu? usłyszałam cichy głos mojego męża, Andrzeja.
Znowu to samo Sama nie wiem, co się ze mną dzieje, Andrzejku odpowiedziałam szeptem.
Pewnie to ta słynna depresja poporodowa! zażartował mąż, próbując mnie pocieszyć.
Ale przecież Jasiek ma prawie pół roku, nigdy nie było po tym śladu, a teraz nagle zaczęłam wariować?
Kobiety tak mają. Hormony, zmęczenie Nie martw się, wszystko się ułoży!
Ale mnie jakiś lęk ściska, Andrzejku wyszeptałam, przytulając się do niego mocno.
Wszystko będzie dobrze! objął mnie z całych sił.
Po trzech tygodniach dostałam telefon z przychodni. Wcześniej byliśmy z Jasiem na badaniach, bo właśnie skończył pół roku. Jeszcze nie zapomniałam, jak pobierali mu krew, a tu nagle dzwoni pielęgniarka.
Co się stało? zapytałam niepewnie.
Julciu, nie denerwuj się, doktor wszystko wyjaśni odpowiedziała.
W przychodni jak zwykle kolejka, a mój niepokój narastał. Gdy wreszcie weszliśmy do gabinetu, prawie drżałam na całym ciele.
Proszę usiąść powiedziała łagodnie pani doktor Julio Szymonowicz, muszę pani coś powiedzieć. Proszę się nie bać, potrzebne są tylko dalsze badania.
Ale co się dzieje?! wymamrotałam, już wiedząc, iż mój lęk zaraz się spełni.
Jaś ma złe wyniki. Leukocyty w jego krwi są znacznie ponad normę, inne parametry też niepokojące. Trzeba powtórzyć badania w specjalistycznym ośrodku.
W którym? zapytałam z trudem.
W wojewódzkim onkologicznym centrum padła odpowiedź.
Nie pamiętam nawet, jak wróciłam do domu. Andrzej już czekał, urwał się wcześniej z pracy dostał mój SMS i od razu przyszedł.
Julka, co się dzieje? spytał.
Płakałam, nie znajdując choćby siły, by otrzeć łzy.
Musimy jechać do onkocentrum w sprawie Jasia wyszeptałam.
To tylko badania! Może nic nie wyjdzie! próbował mnie uspokoić Andrzej.
Przecież ci mówiłam, coś złego się wydarzy! Wiedziałam, tylko nie wiedziałam, skąd to przyjdzie! wychrypiałam.
Przytuliłam synka i płakałam. On spał jeszcze niewinnie, nieświadom tego, co działo się wokół.
Ostra białaczka oznajmił stary lekarz, wpatrując się w badania trzeba natychmiast rozpocząć leczenie.
Płakałam. Nie umiałam przyjąć do siebie tego, co się działo. Wszystko działo się poza mną. Jasia zabrali na oddział intensywnej terapii, ja siedziałam pod drzwiami na korytarzu.
Proszę wracać do domu przekonywała mnie wieczorna pielęgniarka dziś i tak nie wpuścimy pani do syna!
Nie mogę Po co mi dom bez niego?
Ja i Andrzej byliśmy razem już osiem lat. Przez długie lata nie mogliśmy doczekać się dziecka: wszystko było niby w porządku, a jednak byłam w ciąży dopiero w ósmym roku naszego małżeństwa. To był najszczęśliwszy, ale i najbardziej niepewny czas. Andrzej nosił mnie na rękach, nie pozwalał mi nic dźwigać. Ostatni miesiąc ciąży spędziłam na oddziale patologii ciąży tak zaleciła lekarka, ponieważ istniało ryzyko przedwczesnego porodu. I oto pół roku temu urodził się upragniony synek. Daliśmy mu imię po tacie Andrzeja, który zginął kilka lat wcześniej w wypadku samochodowym.
Julio, nie można dawać dziecku imienia po tym, kto zmarł w młodym wieku! upominała babcia, gdy poznała nasz wybór.
Babciu, nie wierz w zabobony! śmiałam się wtedy. Byłam taka szczęśliwa
Siedziałam obok łóżeczka w sterylnej sali. Jaś przez ten miesiąc zmizerniał, policzki wyblakły, pod oczami miał sine podkówki. Pielęgniarki nie chciały mnie wpuścić na oddział, jego odporność była praktycznie zerowa, ale w końcu dopuścili mnie do dziecka po moim rozpaczy i rozmowie z ordynatorem.
Takich operacji tu nie wykonujemy rzekł następnego dnia ordynator, dr Gienek Drzewiecki.
Gdzie się je robi?! spytałam, głosem, w którym nie było cienia wahania.
W Niemczech. Tylko oni mają odpowiedni sprzęt, ale to bardzo drogi zabieg.
Nazbieramy. Proszę tylko przygotować papiery.
Dokumenty zostały wysłane do kliniki w Monachium specjalizującej się w leczeniu białaczek dziecięcych. Odpowiedź przyszła szybko: są gotowi przyjąć Jasia, ale koszt leczenia to ponad 1 300 000 złotych.
Julka, choćby jeżeli sprzedamy mieszkanie i samochód, nie uzbieramy połowy martwił się Andrzej już ogłosiłem zbiórkę, ale to nie takie proste
Mamy najwyżej dwa miesiące! płakałam. Musimy coś wymyślić
Wszyscy nam pomagali: koledzy z pracy, znajomi, sąsiedzi, miejscowa parafia i fundacja charytatywna. Część pieniędzy dorzuciła łódzka Rada Miejska, trochę zebrali ochotnicy. Ledwo uzbieraliśmy połowę kwoty, a czas naglił.
Julka, jedźcie z Jasiem, a ja będę przesyłał kolejne pieniądze, jak tylko się uda zdobyć. Może ktoś kupi mieszkanie zapewniał Andrzej.
Cała nasza dzielnica żyła naszą historią, ale zebranie takiej kwoty było nierealne.
Po załatwieniu papierów poleciałam z synkiem do Niemiec. Pieniędzy brakowało, ale Jaś natychmiast trafił na oddział po badaniach zaczęto przygotowywać go do operacji. Bałam się myśleć o reszcie kwoty liczyłam wyłącznie na cud. Za miesiąc Jaś miał skończyć rok.
W sąsiedniej sali leżała pani Basia z synem, trzyletnim Wojtkiem. Okazało się, iż są z Pabianic, więc prawie sąsiedzi. Basi udało się uzbierać na zabieg, choć z jej synem było trudniej chorobę wykryto bardzo późno, lekarze nie mogli jej opanować, więc operację ciągle przekładano.
Nie płacz, Julka pocieszała mnie Basia Wyjdziecie jeszcze na spacer do zoo, do cyrku. My z Wojtkiem byliśmy ostatnio w lodzińskim zoo, tak bardzo pokochał tamtego wielkiego, czarnego niedźwiedzia. Siedział i z zachwytem patrzył przez pół godziny. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, iż jest chory W zoo po raz pierwszy leciała mu krew z noska, nie mogłam zatrzymać I potem znowu. Dopiero potem poszliśmy do lekarzy: trzecie stadium. Jak mogłam nie zauważyć!
Basieńko, nie płacz Jeszcze pójdziemy razem z dziećmi do zoo zapewniałam ją, choć wiedziałam, iż słowa tu nie pomagają.
Parę dni później Wojtek dostał się do reanimacji. Basię przegoniono spod oddziału, bo i tak nie mogła wejść, ale siedziała na korytarzu, nie chcąc się ruszyć.
Basia, połóż się chociaż! prosiłam.
Muszę czuwać tutaj. Wojtek to czuje. Tylko wtedy tam się nie boi upierała się.
Zrobiono jej zastrzyk na uspokojenie: już nie płakała, tylko patrzyła gdzieś w dal i czekała już tylko na cud.
Wieczorem Andrzej zadzwonił.
Przelałem następne 50 tysięcy powiedział Mieszkanie właśnie oglądała młoda para, jeszcze się zastanawiają, ale może się zdecydują.
Dobrze odpowiedziałam cicho a ty
Nagle krzyk dobiegł z korytarza. Telefon upadł mi na podłogę, Jaś się wybudził i popłakał. Pogłaskałam go czule, westchnął i zasnął znowu. Odłożyłam synka i wybiegłam. Już wiedziałam, co się stało, chociaż nie chciałam w to uwierzyć. Pod drzwiami reanimacji Basia leżała na kolanach i płakała rozpaczliwie; pielęgniarki krzątały się, próbując ją pocieszyć, podać coś do picia, zrobić kolejny zastrzyk. Płakała najstraszliwiej na świecie. Jeszcze nigdy nie widziałam tyle bólu w oczach.
Basia, musisz być dzielna! tuliłam ją do siebie Musisz żyć dla Wojtka!
Po co, jak Wojtka już nie ma! Wszystko przez mnie! Jak ja mam z tym żyć?! krzyczała z rozpaczy.
Przytrzymałam ją, aż dostała kolejny zastrzyk. Odprowadziłam do sali, gdy już nic nie rozumiała.
Niech odpocznie szepnęła wieczorna lekarka Jeszcze zdąży się wypłakać
Tej nocy nie spałam. Bałam się zasnąć choć na chwilę, patrzyłam na synka, by napatrzeć się na zapas
Rano przyszła do mnie Basia. Nie płakała już. W jedną noc postarzała się o dziesięć lat, a w oczach miała pustkę. Stałyśmy długo, obejmując się w ciszy.
Skorzystajcie z tej szansy, Jaś musi żyć też za mojego Wojtka. Idźcie do tego zoo, pogłaszczcie mi ode mnie czarnego niedźwiedzia… głos jej się łamał, wręczyła mi kopertę.
Dobrze odpowiedziałam.
Po odejściu Basi świat wydał mi się jeszcze smutniejszy. Jasia zabrali na zabieg. Otworzyłam kopertę.
Kochana Julio! drżącym pismem pisała Basia Bardzo chcę, żeby Jaś żył. Niech żyje też za mojego Wojtusia: dorasta, uczy się, cieszy się każdą chwilą, jeździ na sankach i gania z piłką. A kiedy będziecie w zoo, uściskajcie ode mnie chociaż czarnego misia. W kopercie są pieniądze na waszą operację. Nie zdążyły się przydać Wojtkowi, niech pomogą Jasiowi!
Nie mogłam powstrzymać łez. Płakałam ze szczęścia, iż wreszcie jest za co ratować synka I z bólu, iż przyszło mi dostać to aż taką ceną
Andrzej, nie musisz sprzedawać mieszkania! powiedziałam mu przez telefon Przecież musimy kiedyś wrócić do domu!
Jak to? Skąd pieniądze?
Są. Wszystko będzie dobrze!
Zamilkł, ale usłyszałam w jego głosie iskrę nadziei. Ja sama też już głęboko w to wierzyłam.
Operację przeprowadzono dzień po pierwszych urodzinach Jasia. Przez kolejne dni siedziałam pod salą reanimacyjną, jak Basia przedtem. Ale w naszym przypadku rokowania były dobre. Po pewnym czasie mogłam znowu przytulać synka, potem przenieśli nas na wspólną salę. Przyszedł miesiąc kwarantanny i długie tygodnie rehabilitacji. Ale to już były szczegóły najważniejsze, iż operacja się udała, a Jaś z dnia na dzień nabierał chęci do życia.
Zaczął znów się bawić zabawkami, jeść, choćby się uśmiechać. I kiedy pierwszy raz powiedział mama, łzy same napłynęły mi do oczu. Udał się cud.
Misiek! pokazywał palcem na wielkiego czarnego niedźwiedzia w zoo w Łodzi.
Nie Misiek, tylko niedźwiedź! śmiałam się przez łzy.
Pojechaliśmy do ZOO, tak jak Basia chciała. Jaś biegał podekscytowany, jadł lody, wskakiwał na ramiona Andrzeja i oglądał zwierzęta. Szpital odszedł w niepamięć, choć czasami, gdy budziłam się w nocy, brałam Jasia w ramiona i nasłuchiwałam jego równomiernego oddechu. Lęk odpływał. Przed nami była długa droga życie nie tylko dla nas, ale i za tego małego chłopca, który podarował Jasiowi nową szansę.

2 godzin temu



