Ostatnio przyśniło mi się coś bardzo dziwnego: niedawno podjąłem pracę w sklepie zoologicznym, którego podłogi skrzypiały pod stopami jakby z tęsknoty za dawnymi czasami PRL-u. Mój okres próbny zakończył się w czerwcu, po czym płynnie czy raczej ślisko, jak po tłustej podłodze przeszedłem na stały etat. Pozwólcie, iż opowiem, czym to skutkuje w tej przedziwnej rzeczywistości snu.
Personel sklepu zoologicznego w Krakowie mógł raz w miesiącu zabierać do domu produkty wycofane z asortymentu czasem karma w naderwanym opakowaniu, czasem zabawki dla psa z niedoszytym uchem lub kocie drapaki wyglądające jak po bitwie z demonem niewdzięczności.
Rozdzielaliśmy te dary losu wśród siebie, ustalając po cichu, kto co wyniesie tym razem. Ja, choć nie miałem zwierzęcia, za każdym razem wracałem ze sklepu z czymś nowym w siatce z Biedronki.
Pierwszy raz trafiła mi się torba kociej karmy marki, która pachniała wspomnieniem dzieciństwa i żurkiem. Rodzice mojej żony, Zdzisławy, mieli kota w swoim bloku na Nowej Hucie, więc przekazałem im karmę w geście bezinteresownej sympatii.
Wtedy, mimo surrealistycznej logiki marzenia sennego, pojąłem, iż zawsze będę starał się zabierać dla nich coś związanego z kotami.
Następnym razem wyhaczyłem drapak, z którego wystawała sznurówka jak antenka Radiowe. Był lekko popękany; teściowa, pani Irena, natychmiast zszyła go lnianą nitką, jakby mumifikowała faraona.
Ku mojemu zdziwieniu, gdy przyniosłem go rodzicom Zdzisławy, nie byli zachwyceni. Kocie brzuszki wymagały już bowiem nowej porcji karmy. Zamiast wdzięczności z ust pani Ireny popłynęła złowieszcza reprymenda:
Po coś drapak wziął, trzeba było z karmą przyjść!
Czułem się dziwnie, jakbym stał nagi na Rynku Głównym. Przecież już tłumaczyłem, skąd te produkty zdobywam. Teraz powtórzyłem, a oni spojrzeli na mnie, kiwając głową, iż niby rozumieją, ale w ich oczach śniło się coś innego.
Wracając przez Planty, powiedziałem Zdzisławie, iż odtąd co miesiąc będę kupował dobrą karmę dla ich kota. A jak się nadarzy coś darmowego wezmę na zapasowe kieszenie.
Wtedy wydarzyło się coś jeszcze bardziej absurdalnego. Po miesiącu zniknęło nagle dziesięć kilogramów kociej karmy. Zapytałem panią Irenę, co się stało. Wyznała mi konspiracyjnym szeptem, iż obiecała karmę sąsiadce z siódmego piętra, pani Genowefie.
Wiedząc, iż przyjdę z nową torbą, oddała z własnego zapasu. Tymczasem my z Zdzisławą kupiliśmy najdroższą karmę, jaką widział Kraków za 120 złotych, jakby to był bursztyn z plaży w Sopocie. Próbowałem znów tłumaczyć, iż przynoszę tylko dla ich kota, a nie całego osiedla.
Na odpowiedź nie musiałem długo czekać pani Irena ze świętym oburzeniem odpowiedziała:
Przecież pracujesz w zoologu!
Zrozumieli, a jakże, tyle iż we śnie wszystko jest inne: byli przekonani, iż specjalnie nie przynoszę więcej karmy żeby im dokuczyć. W tym momencie, już nie słysząc bicia dzwonów z kościoła Mariackiego, uznałem, iż muszę skończyć tę farsę. Powiedziałem rodzicom Zdzisławy, iż z zasady nie przyniosę już niczego.
To był zły pomysł. Wytłumaczyłem jeszcze raz: niech nie czekają na żadne dary z zoologa ode mnie.
I wtedy obudziłem się, z poczuciem, iż przez moment byłem bohaterem najdziwniejszego snu w całym Krakowie.









