Wraz z nadejściem wiosny moi rodzice wpadli na pomysł, żeby wystawić działkę na sprzedaż. W końcu dorośliśmy, a ze zdrowiem coraz gorzej nie ma już siły pielić i przekopywać grządek. Córka wychowała już dzieci, pracuje, nie ma czasu, żeby pomóc. Emeryci długo się wahali, ale w końcu podjęli decyzję.
Starsza córka, Aldona, westchnęła z ulgą: nareszcie nikt się nie będzie na nią patrzył z wyrzutem, iż nie pomogła przy marchwi. Tym bardziej, iż działka była na dalekim końcu Poznania. Aldona wielokrotnie mówiła rodzicom, żeby sprzedali ogródek. W zamian mogłaby kupić coś bliżej domu. Zamiast tracenia weekendów na plewienie, wolała miejsce, w którym można rozłożyć koc, zjeść kanapki i poczytać książkę. A dla rodziców ogródek był źródłem konfitur i ogórków.
Weekendy przeleciały Aldonie i jej mężowi szybciej niż mrugnięcie okiem. Na domowe porządki nie starczało już energii. Mąż pracował tak, iż choćby w sobotę mógł dostać telefon od szefa. Aldona doskonale wiedziała, iż działka przynosi więcej zmęczenia niż odpoczynku. Po każdym wypoczynku na działce potrzeba jeszcze dwóch dodatkowych dni urlopu.
Tak więc Aldona była zadowolona z tej decyzji. Działka poszła do ludzi. Przez parę lat żyli spokojnie, aż tu pewnego dnia Aldona zatęskniła za skrawkiem zieleni. Marzyła się jej enklawa odpoczynku pod Warszawą, więc mąż zaproponował: Kupmy działkę rekreacyjną!
W pracy się wreszcie unormowało, więc można było odetchnąć w weekend świeżym powietrzem. Dzieciom też się to przyda podrosną, zjedzą trochę malin prosto z krzaka, witaminy na przekąskę. Od razu wszystkim ogłosiliśmy: żadnych grządek, żadnego kopania ziemniaków działka tylko do wypoczynku! Pomysł wszystkim się spodobał. Zostało już tylko wybrać odpowiednie miejsce.
Przeglądaliśmy ogłoszenia całe wieczory. W końcu znaleźliśmy ideał: domek całkiem przyzwoity, kilka drzewek, maliny pod płotem. Sprzedawał starszy pan, pan Zbigniew. Został sam, ogrodu już nie uprawiał, więc postanowił sprzedać.
Doszło do transakcji, wszystkie papiery podpisane, Aldona chodziła cała w skowronkach. Domek można było od biedy zamieszkać, nie musiał być od razu remontowany. Ustalili, iż w lato zaczną go dopieszczać i choćby urlop postanowili spędzić na działce.
Pierwszy tydzień na działce przebiegł w błogiej ciszy. Aż tu nagle pojawił się pan Zbigniew, poprzedni właściciel. Uprzedził, iż wpadnie po resztę swoich rzeczy. Nikt nie miał nic przeciwko, ale wtedy się zaczęło. Najpierw musieliśmy się tłumaczyć z porzeczki, którą wyrwaliśmy bo sucha była jak wiór. Potem z kaliny, która nikomu nie była potrzebna.
Pan Zbigniew się obruszył, iż nie tak się umawialiśmy. Przecież z żoną latami to sadzili, a kalina zawsze się przydawała. Zobaczył też, iż zamiast truskawek teraz są kamienie. To była nasza skalniakowa fantazja, a on się krzywił, iż truskawki to nie kamienie.
Starszy pan obszedł cały teren z miną kontrolera z nadzoru budowlanego i wszędzie znalazł powód do marudzenia. W końcu mężowi puściły nerwy. „Panie, działka kupiona, pieniądze oddane, według papierów to już nasza sprawa, co tu będzie rosło”.
W końcu transakcja nie przewidywała, iż poprzedni właściciel będzie koczował pod furtką. Gdybyśmy to wiedzieli, nie robilibyśmy umowy. Pan Zbigniew poszedł, ale na drugi dzień wrócił… z krzakiem agrestu pod pachą. I uparcie chodził po sadzie, szukając miejsca do zasadzenia.
Mąż spytał, czy może się jednak zamienimy: my regres pieniędzy, on mieszkanie na działce. Pan Zbigniew się nie zgodził, ale agrest zasadził i sobie poszedł. Wtedy zajrzała sąsiadka, pani Barbara. Była szczerze zdziwiona wizytą pana Zbigniewa, a ten od razu zaczął się żalić na tych nowych.
Sąsiadka przytaknęła, iż przecież mamy prawo urządzać działkę po swojemu, ale panu Zbigniewowi nie da się przetłumaczyć. Potem zdradziła, iż starszy pan pokłócił się już ze wszystkimi na ulicy. Po śmierci żony robił się coraz osobliwszy, a spokoju nie mamy się co spodziewać będzie przychodził, aż mu się znudzi. Chciała nas wcześniej ostrzec, ale za późno się ogarnęła. Zasugerowała, iż może rada ogrodowa przemówi mu do rozsądku.
Podczas tej rozmowy pan Zbigniew zdążył jeszcze posadzić krzaczek i zniknął. Po paru dniach znowu się pojawił, dokładał coś na działce, potem odszedł bez słowa.
Rano mąż pojechał do pracy. Pracował w firmie budowlanej, chłop jak dąb i z humorem. Opowiedział kolegom całą historię. Koledzy stwierdzili, iż takie działki czasem idą w komplecie z wianem. Ale nie zostawili nas samych zaraz zorganizowali akcję i postawili porządny płot.
Gdy pan Zbigniew przyszedł po kilku dniach ze zdziwieniem odkrył, iż wejść na stare śmieci się już nie da. Trochę pobluzgał, próbował szturmem, aż w końcu pomaszerował do zarządu działek. Tam już wiedzieli, iż pan Zbigniew lubi się czepiać nowych właścicieli. Co mu nagadali nie wiadomo, ale od tej pory pojawił się tylko raz, zabrał resztę rzeczy i nasza działka w końcu odetchnęła z ulgą.







