Pies, widząc swoich dawnych właścicieli, spuścił łeb, ale choćby nie drgnął.
Wszystko zaczęło się w grudniu, gdy śnieg już przykrył podwórka i chodniki naszej dzielnicy grubą pierzyną. Reksio, duży owczarek niemiecki z siwizną przy pysku, pojawił się pod drugim klatką nagle, jakby z zimowego powietrza się wyłonił.
Znowu ten pies wyje pod oknami! zirytowany warknął Włodek, odciągając firanki. Aniela, ty tego nie słyszysz?
Słyszę, Włodku odpowiedziała zmęczona.
Nie dało się nie słyszeć. Ten skowyt przenikał aż do szpiku kości.
Młode małżeństwo spod dwudziestki trójki Andrzej i Jagoda sprowadziło się tu we wrześniu. Z psem. Reksio codziennie witał ich przy wejściu, skakał radośnie i lizał dłonie. Wierny jak zegar.
Ale gdy przyszedł pierwszy mróz, coś się odmieniło.
Podjęliśmy ostateczną decyzję. Pies w kawalerce to koszmar. Wszędzie sierść, a jeszcze ten psi zapach. No i sąsiedzi narzekają na szczekanie. jeżeli chcesz, bierz rasowy jest, papiery są mówiła Jagoda przez telefon do koleżanki na klatce.
Chyba koleżanka odmówiła.
Aniela zauważyła, iż Reksio już czwartą noc śpi w przedsionku, na schodach. Leży na zimnym betonie i drży z zimna.
I co teraz? Włodek nie chciał choćby słyszeć rozterek żony. Sami mamy dość problemów.
Czterdzieści pięć lat. Po zawale rok temu stał się nerwowy, rozdrażniony. choćby w stosunku do niej.
On nie jest podwórkowy cicho zaprotestowała Aniela. Ma właścicieli. Mieszkają pod dwudziestką trzecią.
Mają właścicieli niech go zabiorą. Nie mają? Dzwoń na hycla.
Łatwo powiedzieć. Jak to jednak wytłumaczyć psu, iż został wyrzucony? Że ci, których kochał, zdradzili jego zaufanie?
Rano Aniela nie wytrzymała zeszła do przedsionka z kawałkiem kiełbasy i kromką chleba. Reksio podniósł ciężki łeb, spojrzał jej w oczy z wdzięcznością. Nie rzucił się łapczywie na jedzenie wziął delikatnie, kulturalnie.
A wieczorem podjęła desperacką decyzję.
Co ty wyprawiasz?! Włodek stał w drzwiach, czerwony z oburzenia. Po co tego psa tu wniosłaś?!
Reksio skulił się w kącie przedpokoju, jakby był winien całej awanturze. Uszy przyciśnięte, ogon pod siebie przepraszał za samo istnienie.
Tylko na jedną noc, Włodku. Mróz będzie, zamarznie tam.
Jedną noc?! niemal się zapowietrzył z wściekłości. A jutro co? Jeszcze jedną? Potem ostatni raz? Aniela, skleroza cię dopadła? Ostatnie grosze wydajemy na leki, a ty tu pasożyta sprowadzasz!
Aniela milczała, głaszcząc drżący łeb. Co tu rzec? Mąż miał rację. Ledwo starczało im do pierwszego. Jego renta była symboliczna, jej emerytura kilka lepsza.
A kto karmę kupi? nakręcał się Włodek. Za co weterynarz? Dla siebie już brakuje!
Włodek jej głos był miękki, ale twardy. Pies stary. Na ulicy zginie.
I trudno! Co dzień setki psów giną! Chcesz wszystkie ratować?
Reksio drgnął od wrzasku i próbował być jeszcze bardziej niewidoczny. Aniela usiadła obok i przytuliła go za szyję. Sierść była gęsta, ale kołtunowata. Nikt dawno się nim nie zajmował.
Nie wszystkie mruknęła. Tylko jego.
Trwali tak pięć dni na beczce prochu. Włodek trzaskał drzwiami, przeklinał za każdy psi włos na dywanie, domagał się pozbycia się pasożyta.
Reksio jakby sam czuł, iż jest nieproszony jadł niechętnie, po pokojach nie chodził, tylko oczy wiecznie przepraszające.
Aż w niedzielę przyszli właściciele.
Pukanie do drzwi było stanowcze, nieustępliwe.
Co sobie wyobrażacie?! Jagoda stała na progu w futrze z norki, obok Andrzej w markowej kurtce. Ukradliście naszego psa! To kradzież!
Jak to kradzież? zmieszała się Aniela. Leżał przecież w przedsionku.
To nasz pies! wtrącił Andrzej. Mamy wszystkie dokumenty. Paszport, rodowód. Sami zabraliście!
Na głosy Reksio wyszedł z kuchni. Ogon zadrżał cieszyć się, czy kryć?
Chodź do domu, Reksio! rozkazała Jagoda.
Pies podszedł, obwąchał jej rękę. ale został przy Anieli.
Co za absurd! fuknął Andrzej. Reksio, do mnie! Marsz!
Pies spuścił łeb, ale nie ruszył się z miejsca.
Przepraszam ostrożnie zaczęła Aniela. Ale on spał na zimnie przez całe noce. Pomyślałam…
Nie myśl pani! To nie twój pies, nie twoje zmartwienie! Jagoda aż syknęła z oburzenia.
Na betonie w przedsionku? nie wytrzymała emerytka.
Choćby na balkonie! Nasz pies robimy, co chcemy!
A tu co za zamieszanie? Do przedpokoju wszedł Włodek z gazetą w ręku, dopiero co wrócił z rodzinnego ogródka dorabiał zimą jako stróż.
Twoja żona ukradła nam psa! wypaliła Jagoda. Prosimy o zwrot! Albo idziemy na policję!
Aniela skuliła się w środku. Tylko nie skandal z prawem, nie dość, iż Włodek już jest zły.
Anielko, oddaj psa, kończmy temat westchnął mąż. Nie chcemy spraw z policją.
Ale gdy spojrzał na Reksia, coś mu zadrżało na twarzy. Pies trwał przy żonie, patrząc błagalnie.
Proszę pokazać dokumenty nagle powiedział Włodek.
Co? zdębieli właściciele.
Dokumenty psa. Rodowód. Skoro są.
Andrzej spojrzał na Jagodę.
W domu zostały.
To proszę przynieść, wtedy pogadamy uciął Włodek.
Oszaleliście?! wrzasnął Andrzej. To nasz Reksio!
Wasz? To czemu marznie w przedsionku?
Nie pańska sprawa!
I owszem moja. jeżeli zwierzę cierpi na moich oczach, to moja sprawa. Włodek zrobił krok, a jego głos stwardniał.
Kto tu kogo męczy? oczy Jagody zrobiły się wielkie. My nikogo nie męczymy! Jesteście normalni?
Nie męczycie?! Starego psa na mróz wyrzuciliście, to nic? Włodek podniósł głos. Aniela z podziwem spojrzała na męża dawno nie widziała go tak stanowczego.
My nie wyrzuciliśmy! próbował się bronić Andrzej. To tylko na chwilę. Mamy remont!
Jaki remont?! huknął Włodek, aż pies zadrżał. Trzy miesiące tu mieszkacie! Co za bajki?!
Małżeństwo zawahało się. Po ich minach widać było, iż się pogubili.
To nasza prywatna sprawa zaczęła Jagoda drżącym głosem.
Wasza sprawa to znęcać się nad zwierzęciem? Włodek podniósł ton. Wiecie co? Idźcie sobie stąd! Weźcie psa od razu, teraz!
Aniela zaniemówiła. Nie spodziewała się tego po mężu sam chciał pozbyć się psa!
Włodku, naprawdę?
Cicho! przerwał ostro, patrząc tylko na nieproszonych gości. No jak? Będziecie zabierać?
Oczywiście! Jagoda próbowała rządzić. Reksio, do domu!
Pies podniósł łeb, spojrzał na dawnych właścicieli… i po prostu położył się na podłodze w korytarzu. Jakby mówił: Nie idę.
Reksio! wrzasnął Andrzej. Zaraz idziesz!
Pies nie drgnął.
Coście zrobili?! głos Jagody zabrzmiał histerycznie. Nastawiliście go przeciwko nam!
Nikogo nie nastawialiśmy spokojnie odparła Aniela. Wybiera sam.
Sam?! To pies, tylko pies!
Pies, który już was nie uznaje surowo powiedział Włodek. Wiecie czemu? Bo psy nie wybaczają zdrady.
Co wy tam wiecie?! zapiszczała Jagoda. Kochaliśmy go, karmiliśmy!
A potem wystawiliście na śmietnik jak niepotrzebny grat! Włodek był już autentycznie wzburzony. Wybierajcie: albo zabieracie psa i nigdy więcej na zimno nie wystawiacie, albo się wynosicie i więcej nie przychodzicie!
Na jakiej podstawie musimy pana słuchać? Andrzej był oburzony.
Na takiej, iż dzwonię teraz na policję! Włodek sięgnął po telefon. Za znęcanie się nad zwierzętami mamy kodeks karny. Artykuł!
Blefuje pan!
Proszę sprawdzić.
Reksio leżał i gwałtownie oddychał. Aniela stała z mężem i nie wierzyła oczom. To ten sam Włodek, który rano groził wyrzuceniem psa?
Zastanowimy się powiedział przez zęby Andrzej.
Myślcie gwałtownie potaknął Włodek. Czekam do jutra do wieczora. Jak nie Reksio zostaje z nami.
Nie ma pan prawa!
A wy nie mieliście prawa go wyrzucać! odkrzyknął, aż echo poszło po klatce.
Sąsiedzi zaczynali wyglądać przez drzwi z ciekawości.
Co się dzieje? zaniepokoiła się pani Marysia z piątego.
Tu państwo psa trzymają w przedsionku. Na mrozie! Włodek wskazał parę.
Widziałem, widziałem! Biedaczysko aż trzęsło się z zimna! Mówiłem żonie: Co za ludzie bez serca! potwierdził pan Piotr z sąsiedztwa.
Dołączyła do niego pani Jadwiga z czwartego, potem jeszcze państwo Kowalscy z jedynki. Zbierała się gromadka jak na sąd.
Wstyd! Macie zwierzę, to dbajcie o nie po ludzku! kiwał głową pan Piotr.
choćby mój chomik lepiej ma! dodała pani Jadwiga.
Młodzi stali otoczeni potępiającymi oczami. Jagoda płakała, Andrzej rzucał spojrzenia pełne złości.
Dość! Włodek huknął. Decydujcie się: bierzecie do mieszkania, opiekujecie się albo zostawiacie w spokoju!
A jak pójdziemy do sądu? zaszlochała Jagoda.
Idźcie! rzucił. Tylko wyjaśnijcie sędziemu, czemu wasz pies przez dwa miesiące marzł w klatce!
Sąsiedzi przytaknęli. Aniela patrzyła na Włodka i go nie poznawała. Od kiedy był taki silny, stanowczy?
Dobrze! nagle wrzasnął Andrzej. Bierzcie sobie psa! Już go nie chcemy!
I wyszli. Trzasnęli drzwiami tak, iż okna zadrżały.
Reksio podniósł łeb, spojrzał smutno na drzwi i cicho zapiszczał.
Sąsiedzi wrócili do siebie, komentując pod nosem. Zostali tylko mąż, żona i pies, który właśnie należał do nich.
Reksio podszedł do Włodka i ostrożnie dotknął nosa do jego dłoni.
No i jak, psi przyjacielu? Mąż przykucnął, podrapał za uchem. Zostajesz z nami?
Ogon powoli zaczął merdać. Tak, zostaje.
Włodek Aniela nie wiedziała, co powiedzieć. Przecież byłeś przeciwny…
Byłem, już nie jestem powolutku podniósł się, wycierając dłonie o spodnie. Anielko, coś zrozumiałem. Patrząc na nich i na tego psa.
Co takiego?
Długo milczał. Usiadł w fotelu, a Reksio zaraz usiłował się przytulić.
Że my też jak oni żyjemy obok siebie, a osobno. Ja ze swoim zdrowiem, ty ze swoimi troskami. Jak obcy.
Coś ścisnęło Anielę w środku.
I pomyślałem, a jakby ktoś nas wyrzucił? Jak śmieci? Gładził łeb psa. Przeraziłem się, Anielko. Naprawdę.
Usiadła na podłokietniku jego fotela.
Zostawiamy? zapytała cicho.
Zostawiamy Włodek uśmiechnął się pierwszy raz od wielu miesięcy. Będziemy prawdziwą rodziną. Prawda, Reksio?
Pies polizał go w policzek i położył łeb na kolanach.
Po tygodniu cała okolica się dziwiła: Włodek z drugiego mieszkania psa wyprowadza co rano taki radosny, jakby zrzucił dziesięć lat.
A młodzi? Mówią, iż wyprowadzili się gdzieś daleko, po cichu, bez słowa. Chyba zawstydzili się przed ludźmi.
Szkoda ich. Reksio by wybaczył.





