Nazywam się Marek Wolski, mam czterdzieści dwa lata, mieszkam sam w bloku na Bemowie od rozwodu, czyli od trzech lat. Adoptowałem Lunę w kwietniu, ze schroniska przy ulicy Judyma. Pięcioletnia labradorka, złota, trochę już siwa na pysku. Wolontariuszka mówiła, iż jest łagodna, iż nadaje się dla kogoś, kto pracuje z domu. Pracuję z domu, więc pasowało.
Pierwsze dwa tygodnie było dobrze. Luna chodziła za mną po mieszkaniu, siadała przy biurku, kiedy pisałem faktury. Problem zaczął się w nocy.
Ona nie chciała spać w swoim koszu. Kupiłem jej porządny, z pianką, ustawiłem w salonie, obok kaloryfera. Pierwszej nocy wytrzymała tam może godzinę. Potem usłyszałem pazury na parkiecie, drzwi do sypialni były uchylone, weszła i po prostu się położyła. Nie na łóżku, obok, na podłodze, tuż przy krawędzi materaca, tak żeby dotykać mnie łapą albo nosem.
Powiem szczerze, co wtedy czułem. Nie wzruszenie. Irytację. Budziłem się kilka razy w nocy, bo słyszałem jej oddech tuż przy uchu, bo poruszała się, wzdychała, czasem popiskiwała przez sen. Miałem wtedy urwane noce, trzy projekty na głowie, klienta z Wrocławia, który dzwonił o siódmej rano. Myślałem: ja potrzebuję spać, nie mam siły na terapię dla psa z traumą.
Bo wolontariuszka mówiła mi o jej historii. Poprzedni właściciele oddali ją, bo "za bardzo się narzucała w nocy". Tak to ujęli w papierach. Śmieszne sformułowanie, pomyślałem wtedy, kto oddaje psa za to, iż chce być blisko. A teraz sam to zrobiłem.
Próbowałem różnych rzeczy. Zamykałem drzwi do sypialni na klucz, ale wtedy Luna skrobała w nie do rana i sąsiad z dołu, pan Zdzisław, zaczął pukać kijem od szczotki w sufit. Przenosiłem jej koc pod same drzwi sypialni, myślałem, iż to wystarczy. Nie wystarczało. Ona i tak wchodziła, cicho, ostrożnie, jakby wiedziała, iż robi coś zakazanego, ale i tak próbowała, bo potrzeba była silniejsza niż strach.
Miałem wtedy taki moment, pamiętam dokładnie, była środa, druga w nocy, telewizor w tle grał powtórkę jakiegoś serialu kryminalnego, którego nie oglądałem, tylko puściłem dla hałasu. Luna leżała przy łóżku, a ja patrzyłem na nią z góry i myślałem: co jest ze mną nie tak, iż to mnie męczy. Bo to nie była złość na psa. To było coś innego, coś, co nie chciało, żeby ktokolwiek był aż tak blisko. choćby pies.
Zadzwoniłem do schroniska w piątek. Powiedziałem, iż nie radzę sobie z nocami, iż potrzebuję psa, który śpi sam. Kobieta na infolinii zapytała tylko, czy próbowałem kojca albo transportera jako bezpiecznej przestrzeni dla niej. Nie próbowałem. Nie chciało mi się.
W sobotę zawiozłem Lunę z powrotem. W samochodzie siedziała spokojnie, wystawiała nos w szparę okna, merdała ogonem, kiedy zatrzymaliśmy się na światłach przy Powstańców Śląskich. Myślała, iż jedziemy na spacer do lasku, tak jak zwykle w weekend.
Kiedy zobaczyła bramę schroniska, przez cały czas machała ogonem. Podeszła do wejścia, obwąchała klamkę, obejrzała się na mnie, jakby czekała, aż razem wejdziemy do środka jak zawsze. Nie zrozumiała od razu. Ja zrozumiałem od razu, już w drodze powrotnej, kiedy fotel pasażera był pusty i pachniał psią sierścią.
Dwa miesiące nie wracałem tam. Bałem się spojrzeć jej w oczy, jeżeli tak można powiedzieć o psie. W październiku wolontariuszka, ta sama, Kasia, napisała do mnie SMS-a. Że Luna leży cały czas w kącie kojca, iż kuli się, kiedy ktoś podchodzi za szybko, iż przestała podchodzić do siatki, żeby się przywitać, tak jak robiła to wcześniej z każdym.
Przeczytałem tę wiadomość trzy razy, siedząc w kuchni z niedopitą kawą, już zimną. Za oknem sąsiedzi wracali z Biedronki z siatkami, ktoś włączył radio w aucie na parkingu, grała stara piosenka Budki Suflera. Zwykły wtorek, a ja czułem, jakby ktoś mi coś wyjął ze środka.
Pojechałem w sobotę. Nie zapowiedziałem się, po prostu przyjechałem. Kasia zaprowadziła mnie do kojca numer jedenaście. Luna leżała na kocu, zwinięta w kłębek, mniejsza niż ją zapamiętałem, jakby próbowała zajmować jak najmniej miejsca na świecie. Podniosła głowę, zobaczyła mnie, na chwilę zamarła, jakby nie wierzyła, i nie podeszła.
Usiadłem na betonowej podłodze, w kurtce, którą Kasia ostrzegała, żebym nie brudził. Nie ruszałem się. Czekałem, tak jak ona wcześniej czekała na mnie przez tyle nocy. Po jakichś dziesięciu minutach podeszła. Położyła pysk na moim kolanie. Nie merdała ogonem, po prostu tam została.
Zabrałem ją do domu tego samego dnia. Kupiłem po drodze w markecie przy Górczewskiej większy materac do sypialni, taki, żeby zmieścił się obok łóżka, nie w salonie. Umowę adopcyjną podpisałem drugi raz, Kasia dopisała w papierach jedno zdanie odręcznie: "właściciel zobowiązuje się nie oddawać zwierzęcia z powodu potrzeby bliskości". Nie musiała tego pisać, ale napisała, i miała rację, iż powinna.
Teraz Luna śpi na tym materacu, tuż przy moim łóżku, łapą czasem dotyka mojej dłoni zwisającej z krawędzi. Budzę się w nocy, tak jak wcześniej, ale już nie liczę tego jako stratę. Liczę to jako coś, co zostało mi zwrócone, chociaż to ja pierwszy je oddałem.

3 godzin temu





