Pewna starsza pani, pani Zofia Nowak, mieszkała w swoim domku pod Warszawą i postanowiła sprawić sobie szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Piesek rósł jak na drożdżach i bacznie strzegł całej posesji. Potrafił w kilka chwil opróżnić miskę wielkości wiadra, drapał się o drewniany płot tak intensywnie, iż ten wykrzywił się pod jego ciężarem, a czasem jednym szarpnięciem próbował dosięgnąć staruszki, która przechodziła obok. Szczeniak musiał mieć się czym zabawić od czasu do czasu.
Niestety, pewnego dnia pani Zofia zmarła. Nie z powodu psa po prostu nie dożyła dziewięćdziesiątki. Po jej odejściu do domu zjechali się dzieci i wnuki, by posprzątać i uporządkować rzeczy. W ogrodzie, na grubym łańcuchu, siedział pies. Po jego spojrzeniu od razu było widać, iż gości wita bardzo serdecznie. W końcu nie na co dzień przyjeżdżają całe stada witamin i rozmaite przysmaki. Rodzina zaczęła się zastanawiać, co zrobić z mocarnym czworonogiem. Uśpienie wydawało się okrutne, trzymanie w domu – straszne, a wypuszczenie na wolność nie po chrześcijańsku. Świat nie powinien być wystawiany na takie próby losu. Postanowili więc oddać psa w dobre ręce i jeżeli trzeba choćby dopłacić. Dla człowieka, który przygarnie tego sympatycznego potwora, nie byłoby im niczego szkoda.
Znaleźli pana Andrzeja Malinowskiego, który od zawsze marzył o karmieniu psa łopatami i czesaniu go grabiami za uchem. Ludzie mają różne psychologiczne marzenia. Sprowadzili więc doktora weterynarii.
Weterynarzowi przedstawili plan działania. Uzgodniono, iż zwierzak zostanie uspokojony zastrzykiem nasennym, po czym błyskawicznie przewieziony do nowego domu. Trzeba będzie przeżegnać nowego właściciela i zapalić świeczkę czy to za zdrowie, czy za spokój duszy, na wszelki wypadek.
W wyznaczonym terminie przyjechał weterynarz odważny jak każdy w jego fachu. Karabin do zastrzyków załadowano środkiem nasennym, jeden strzał i pies pogrążył się w Krainie Morfeusza. Odpięli go z łańcucha, położyli na plandece i zaczęli przenosić.
Włożyli psa do bagażnika, który był połączony z wnętrzem auta. Weterynarz postanowił, iż pojedzie z przodu, bo profesjonalista powinien przecież jechać wygodnie. Nowy właściciel, pan Andrzej, usiadł za kierownicą, a z tyłu usadowiła się cała rodzina pani Zofii. Ruszyli w drogę, rozmawiając o tym i owym, gdy nagle pies zaczął się budzić.
Uniósł głowę i z ciekawością rozejrzał się po wnętrzu. Wszędzie ludzie. Siedzą, spoglądają na niego.
Weterynarz miał ogromne oczy ze zdziwienia. Nowy właściciel również. choćby ani razu nie spojrzał na drogę, chociaż prowadził. W tym momencie jazda samochodem była już nieistotna.
Ale tu ciekawie pomyślał pies.
Ciekawe, czy tam będzie raj myśleli ludzie.
Piesek postanowił nie zwlekać i zaczął gramolić się do środka, bliżej wszystkich. Nie czekał długo. Nowy właściciel próbował szarpać za klamkę, żeby wyskoczyć z auta. Jemu też wcale nie przeszkadzało, iż prowadzi samochód. Pies ze stoickim spokojem wylizał wszystkich po kolei i rodzinę pani Zofii, bo przecież to nie są obcy, i nowego właściciela, bo to już prawie bratnia dusza. choćby weterynarza nie ominął, mimo iż w niego strzelał. Człowiek to człowiek, co tam.
Wtedy wszyscy przekonali się, iż z tym ludojadem grubo się pomylili. Jechali resztę drogi przemoczeni do suchej nitki. Od góry, bo pies obdarował ich swoimi całusami, a od dołu, bo ekscytacja i wzruszenie nie dawały im spokoju.
Dom rodzinny i działka, które zostały po babci, zyskały nowego przyjaciela a wszyscy zrozumieli, iż czasem najbardziej obawiamy się tego, czego tak naprawdę nie znamy. Warto otworzyć serce choćby dla największego straszaka, bo miłość potrafi rozproszyć każdy lęk.

1 dzień temu




