Ostatnia podróż nad Solinę

polregion.pl 1 dzień temu

Grażyna Kopeć ma sześćdziesiąt jeden lat i od trzydziestu pracuje jako pielęgniarka w przychodni na osiedlu Klimczoka w Bielsku-Białej. Widziała niejedną śmierć na oddziale, niejedną rozmowę z rodziną w korytarzu pod jarzeniówką. Ale to, co przeżyła w tę środę, dziesiątego września, nie miało nic wspólnego z pracą.

Bury miał trzynaście lat. Owczarek podwórkowy, znaleziony kiedyś przy śmietniku na Wapienicy, z jedną klapniętą uszą i charakterem uparciucha. Ostatni rok chodził już z trudem, tylne łapy odmawiały posłuszeństwa, a weterynarz z gabinetu przy ulicy Cieszyńskiej powiedział wprost: nowotwór kręgosłupa, operacja nic nie da, zostały tygodnie, może miesiąc.

Grażyna tego dnia nie poszła do pracy. Zadzwoniła do przełożonej, powiedziała, iż ma sprawę rodzinną, i to choćby nie było kłamstwo.

Noc wcześniej pies skomlał do trzeciej. Próbowała go ułożyć na boku, potem na plecach, podkładała złożony koc, dawała tramadol przepisany przez lekarza — nic nie pomagało. Leżała obok na podłodze kuchni, ręka na jego klatce piersiowej, i czuła każdy urwany oddech jak własny. Lodówka szumiała, za oknem przejechał ostatni nocny autobus na Aleję Armii Krajowej, a ona liczyła sekundy między jednym jękiem a drugim.

Rano zadzwoniła do córki. — Mamo, ty serio? — Serio, Kasiu. Nie mogę patrzeć, jak on się męczy dla mnie.

Zdecydowała w nocy z wtorku na środę: dzień wcześniej pojadą tam, gdzie Bury zawsze najbardziej lubił być — nad wodę.

Wybrała Jezioro Solińskie. Trzy godziny drogi starą Astrą, pies na tylnym siedzeniu, na starym kocu w kratę, który wożą w bagażniku odkąd pamięta. Przez okno wpadał zapach lasu, gdzieś koło Rytra minęli stragan z oscypkami i Grażyna kupiła kawałek, choć wiedziała, iż pies już nie ugryzie. Zjadła go sama, prowadząc jedną ręką.

Nad zaporą w Solinie usiedli na pomoście. Bury z trudem, ale sam, oparł łeb na jej kolanach. Woda była spokojna, po drugiej stronie ktoś łowił ryby z łódki, a z głośnika przy wypożyczalni kajaków sączyła się jakaś stara piosenka disco polo, zupełnie nie na temat, i to akurat rozśmieszyło Grażynę do łez.

— Pamiętasz, jak uciekłeś mi na tym parkingu w Wiśle i szukałam cię trzy godziny? — powiedziała do niego, gładząc go po grzbiecie. — Byłeś wtedy szczeniakiem, a teraz jesteś moim staruszkiem.

Wrócili do domu po zmroku. Ostatnia noc minęła spokojniej — dała mu więcej leku przeciwbólowego, niż zwykle by się odważyła, bo tej jednej nocy zasady już jej nie obchodziły.

Rano przyjechała lekarka weterynarii, ta sama, która prowadziła Burego od lat, Anna Wojtyczka z gabinetu na Cieszyńskiej. Przyjechała do domu, nie do gabinetu — na to jedno Grażyna się uparła, żeby ostatnie, co pies zobaczy, to była jego kuchnia, jego dywanik, nie zimny stół z nierdzewki.

Grażyna usiadła na podłodze, wzięła jego głowę na kolana i mówiła mu cicho, iż tata by go kochał, gdyby go poznał, iż ona kochała go za dwoje, odkąd zmarł mąż cztery lata temu i Bury był jedynym, kto spał w jej łóżku. Powiedziała, iż może już odpocząć. Że nie musi dłużej walczyć w ciele, które go zawiodło.

Zastrzyk zadziałał w niecałą minutę. Bury westchnął, tak jak wzdychał zawsze, kiedy kładł się wieczorem przy kominku, i już się nie obudził.

Anna Wojtyczka zapisała w karcie godzinę zgonu i cicho wyszła, zostawiając Grażynę samą z psem jeszcze na kwadrans, bo wiedziała, iż o to trzeba poprosić, a nie każdy prosi.

Tydzień później Grażyna pojechała do zakładu kremacyjnego dla zwierząt przy Komorowicach, zapłaciła sto osiemdziesiąt złotych za kremację indywidualną i odebrała metalową urnę wielkości puszki po kawie. Postawiła ją na parapecie w kuchni, obok zdjęcia z Soliny, tego z pomostu, gdzie oboje mrużą oczy od słońca.

Nie zawiesiła obroży na haczyku przy drzwiach, tak jak wisiała trzynaście lat. Zdjęła ją, złożyła razem z legitymacją szczepień i włożyła do pudełka po butach, które schowała na górnej półce szafy. Miskę oddała sąsiadce z dołu, która akurat wzięła kundelka ze schroniska w Kętach. Nie z pośpiechu i nie dlatego, iż chciała o nim zapomnieć — po prostu wiedziała, iż pusta miska stojąca przy lodówce będzie bolała bardziej niż jej brak.

Do przychodni wróciła w poniedziałek. Koleżanka z rejestracji spytała, czy wszystko u niej dobrze. Grażyna odpowiedziała, iż tak, iż miała po prostu długi weekend, i zajęła się kartoteką następnego pacjenta.

Idź do oryginalnego materiału