Oleg wracał zimowym wieczorem z pracy – wszystko wokół spowite było szarością i nudą. Mijał lokalny spożywczak, gdy zauważył rudą, kudłatą bezpańską suczkę o oczach zagubionego dziecka. Z początku machnął ręką, ale z dnia na dzień ich drogi przecinały się pod sklepem. Aż w końcu Oleg przyklęknął, pogłaskał psa, nadał mu imię Lada – i od tej chwili samotne, ciche mieszkanie inżyniera zaczęło tętnić życiem, euforią i nadzieją na lepsze jutro. Rutyna stała się wspólną codziennością. Aż pewnego razu w parku zjawiła się kobieta, która twierdziła, iż odnalazła swoją zaginioną suczkę „Gerdę” – i tak oto Oleg musiał zawalczyć nie tylko o opiekę nad Ladą, ale i o prawo do prawdziwej rodziny, którą stworzyli razem mimo przeciwności losu. To opowieść o drugiej szansie, miłości i przywiązaniu – i o tym, iż dom to nie miejsce, ale bliskość serc.

3 godzin temu

Marek wracał do domu z pracy. Ot, zwykły zimowy wieczór w Warszawie szaro, buro i jakby świat przykryty kocem melancholii. Idzie sobie Al. Niepodległości, marzy o ciepłej herbacie, aż tu nagle przed sklepem spożywczym siedzi pies. Kundel. Rudy, kudłaty, oczy jak wielkie, smutne guziki.

A ty czego tu szukasz? burknął Marek, ale na chwilę się zatrzymał.

Pies podniósł łeb, spojrzał. Nic nie prosił. Po prostu patrzył.

Pewnie na właścicieli czeka…, pomyślał Marek i ruszył dalej.

Następnego dnia to samo. A po dwóch dniach pies wciąż na posterunku. Marek zaczął zwracać uwagę, iż ludzie mijają zwierzaka obojętnie, czasem ktoś rzuci kawałek bułki, inny parówkę.

Hej, czemu tu siedzisz? zapytał w końcu Marek, przysiadając obok. Właściciele gdzie?

Tym razem psiak ostrożnie podszedł, przytulił pysk do Markowej nogi.

Marek znieruchomiał. Kiedy ostatni raz komuś okazał czułość? Trzy lata po rozwodzie, mieszkanie puste, tylko robota, seriale i lodówka.

Laduśka, no… szepnął, sam nie wiedział czemu to imię przyszło mu na myśl.

Następnego dnia przyniósł jej parówki.

Po tygodniu wrzucił ogłoszenie do internetu: Znaleziono psa. Szukamy właścicieli.

Zero odzewu.

Po miesiącu wracał Marek z nocnego dyżuru (jako inżynier bywało, iż tkwił po 24 godziny na budowie) i patrzy zbiegowisko przed spożywczakiem.

Co się stało? zapytał sąsiadki, pani Zosi.

Ano… tego psa potrącił samochód. Ten, co tu od miesiąca siedział.

Serce Marekowi zjechało do butów.

Gdzie jest?

Zabrali ją do weterynarza, na Banacha. Ale tam to ceny wołają jak za zboże… No i kto zapłaci za bezdomnego?

Marek nie powiedział ani słowa. Odwrócił się i ruszył biegiem.

W lecznicy weterynarz pokręcił głową:

Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztować majątek. I nie wiadomo, czy przeżyje.

Ratujcie, powiedział Marek. Ile trzeba, tyle zapłacę.

Gdy ją wypisywali, zabrał ją do siebie.

I pierwszy raz od trzech lat w jego mieszkaniu zrobiło się… żywo.

Zmieniło się wszystko. Z dnia na dzień.

Marek przestał budzić się na dźwięk budzika teraz to Lada trącała go nosem w rękę. W stylu wstawaj, bo dzień ucieka! On wstawał. Z uśmiechem.

Dawniej poranki zaczynały się dla niego od kawy i Faktów. Teraz od spaceru na Polu Mokotowskim.

To co, psinko, ciągniemy do parku? mówił, a Lada merdała ogonem jak helikopter.

W lecznicy załatwili wszystko: paszport, szczepienia. Teraz była oficjalnie Markowa. Marka cieszyło wszystko choćby każdą fakturę od weterynarza wrzucał do folderu Lada przezornie.

Znajomi się dziwili:

Marek, ty chyba młodniejesz! Tak cię energia roznosi.

No i faktycznie pierwszy raz od lat Marek czuł się komuś potrzebny.

Lada okazała się psią Einsteinką. Słyszała z pół słowa. jeżeli Marek dłużej siedział w pracy czekała pod drzwiami z wyrazem pyska gdzieś tak długo był?!.

Wieczorami spacerowali długo po parku. Marek gadał do niej o robocie, o życiu, czasem narzekał, czasem żartował. Śmieszne? Może. Ale Lada słuchała z uwagą, od czasu do czasu cicho popiskiwała, jakby odpowiadała.

Wiesz, Laduś, kiedyś myślałem, iż samemu łatwiej. Nikt nie przeszkadza, nikt nie ględzi. Ale adekwatnie… głaskał ją po rudym łbie chyba bałem się znowu kogoś pokochać.

Sąsiedzi przywykli. Pani Zosia zawsze trzymała kosteczkę dla ładnej psiny.

Fajna sunia mówiła. Widać, iż kochana.

Miesiąc minął, potem drugi.

Marek choćby rozważał założenie Ladzinego Instagrama. W końcu była z niej modelka rude futro w słońcu błyszczało złotem.

I wtedy przyszedł zwrot akcji.

Zwykły spacer w parku. Lada węszy przy krzakach, Marek scrolluje telefon na ławce.

Gusta! Gusta!

Marek podnosi głowę. Idzie kobieta na oko trzydziestoparoletnia blondynka w markowym dresie, mocny makijaż.

Lada sztywnieje, przykleja uszy.

Przepraszam mówi Marek. Ale chyba się pani pomyliła. To mój pies.

Kobieta staje, ręce na biodrach.

Jak to pana? Widzę przecież, iż to moja Gusta! Ja ją pół roku temu zgubiłam!

Słucham?

No właśnie! Wybiegła spod klatki, szukałam wszędzie! A pan ją pewnie ukradł!

Markowi aż ziemia się zachwiała pod nogami.

Proszę poczekać. Jak zgubiła? Ja ją znalazłem pod sklepem. Miesiąc tam siedziała bez domu!

Bo się zgubiła! Ja ją kocham! Specjalnie rasową kupiliśmy z mężem!

Rasową? spojrzał na Ladę. Przecież to kundel.

Ona jest mieszaniec! Bardzo drogi!

Marek wstał, a Lada wciska się mu pod nogę.

Dobrze. jeżeli to pani pies, proszę pokazać papiery.

Jakie papiery?

Paszport. Zaświadczenia o szczepieniach. Cokolwiek.

Kobieta się zawahała:

Zostały w domu. Ale to nieistotne, rozpoznałam ją! Gusta, chodź!

Lada nie drgnęła.

Gusta! Już!

Sunia jeszcze mocniej przykleiła się do Marka.

Widzicie? szepnął. Ona pani nie zna.

Obraziła się po prostu, iż ją zgubiłam! Ale to moja sunia! Żądam jej zwrotu!

Mam dokumenty, spokojnie odparł Marek rachunki z weterynarii po wypadku. Paszport do wglądu. Zakupy z zoologicznego na nią.

Mam gdzieś papiery! To jest kradzież!

Przechodnie zaczęli się oglądać.

Wie pani co? Marek wyjął telefon. Wyjaśnijmy to z policją.

Proszę bardzo! parsknęła. Mam świadków!

Jakich świadków?

Sąsiedzi widzieli, jak uciekła!

Marek już wykręca numer. Serca wali mu jak młot. A jeżeli kobieta ma rację? A jeżeli Lada faktycznie od niej uciekła?

No ale czemu przez miesiąc siedziała pod sklepem? Czemu nie szukała domu? I czemu teraz się go trzyma?

Halo? Policja? Mam niecodzienną sprawę…

Kobieta złośliwie się uśmiecha:

Zobaczymy, kto ma rację. Oddajcie moją Gustę!

A Lada klei się do niego jeszcze mocniej.

Marek zrozumiał będzie walczyć o Ladę do końca.

Bo przez te kilka miesięcy Lada była już nie psem.

Była rodziną.

Dzielnicowy przyjechał po pół godzinie. Sierżant Malinowski typ spokojny, rzeczowy, Marek znał go jeszcze z zebrań wspólnoty.

Opowiadajcie wyciągnął notes.

Pierwsza zaczęła kobieta: szybko, chaotycznie:

To moja Gusta! Kupiłam ją za cztery tysiące złotych! Pół roku temu uciekła, szukałam wszędzie! Ten pan ją ukradł!

Nie ukradłem, znalazłem spokojnie przerwał Marek. Przy sklepie. Miesiąc tam siedziała głodna.

Bo się zgubiła!

Malinowski spojrzał na Ladę. Ta dalej tuli się do Marka.

Ma pan jakiś dowód?

Mam, wręczył teczkę. Przez szczęśliwy przypadek po ostatnim wyjściu od weta zostawił papiery w torbie.

Tu zaświadczenie o leczeniu po wypadku, tu paszport, szczepienia.

Dzielnicowy przegląda dokumenty.

A pani coś ma?

W domu! Ale to nieistotne! To moja sunia!

Proszę opowiedzieć, jak ją pani zgubiła.

Byłyśmy na spacerze w parku. Wyrwała się, uciekła. Szukałam, rozwieszałam ogłoszenia.

W którym parku?

Tu niedaleko, na Polach Mokotowskich.

Adres zamieszkania?

Rakowiecka, blok 45.

Marek aż się wzdrygnął.

Chwileczkę. To dwa kilometry od sklepu, gdzie ją znalazłem. jeżeli uciekła w parku, to jakim cudem była pod sklepem?

No… pewnie się zgubiła, nie wiadomo.

Psy zwykle wracają do domu.

Kobieta się zarumieniła:

Co pan wie o psach!

Wiem jedno, powiedział cicho Marek, iż ukochany pies nie siedzi głodny na jednym miejscu miesiąc. Taki pies szuka pana.

Mam jeszcze pytanie, wtrącił się Malinowski. Rozwieszała pani ogłoszenia. Czemu nie zgłosiła pani na policję?

Na policję…? Nie wpadłam na to.

Przez pół roku?! Psiaka za cztery tysiące i nie policja?

Myślałam, iż się znajdzie.

Dokumenty tożsamości poproszę.

Kobieta drżącymi rękami podała dowód.

Malinowski mruknął:

No, rzeczywiście, adres się zgadza. Kiedy dokładnie pies zaginął?

No… dwudziestego stycznia, może dwudziestego pierwszego.

Marek wyciąga telefon:

A ja znalazłem ją dwudziestego trzeciego stycznia. I już wtedy siedziała tam od miesiąca.

Więc jednak zaginęła dużo wcześniej.

Może pomyliłam datę! kobieta zaczęła się plątać, aż w końcu pękła.

No dobrze, niech już będzie pańska! Ale ja naprawdę ją kochałam!

Cisza.

Jak to się stało? zapytał cicho Marek.

Mąż powiedział: przeprowadzamy się, z psem nie wpuszczą. Sprzedać się nie dało kto weźmie mieszańca? To zostawiłam ją pod sklepem. Liczyłam, iż ktoś zabierze.

Marek czuł, jak ściska mu się żołądek.

Pani ją po prostu wyrzuciła?

No… zostawiłam tylko. Myślałam, iż się z nią dobrze obejdą.

A teraz chce ją pani zabrać, tak?

Kobieta westchnęła:

Rozwiodłam się. A teraz tak mi samotnie, iż chciałabym ją odzyskać. Ja ją kochałam!

Marek patrzył na nią i nie wierzył własnym uszom.

Kochała? powtórzył. Prawdziwej miłości się nie wyrzuca.

Malinowski zamknął notes.

Sprawa jasna. Zgodnie z papierami pies należy teraz do pana… zerknął w dowód Zakrzewskiego. Leczenie, formalności wszystko na niego. Prawo mówi jasno.

Kobieta zapłakała:

Ale ja się rozmyśliłam! Chcę ją odzyskać!

Za późno, powiedział dzielnicowy. Jak się wyrzuci, to się traci wszystko.

Marek kucnął przy Ladzie, objął ją.

Już, psinko. Wszystko w porządku.

Mogę ją chociaż pogłaskać? spytała kobieta. Ostatni raz?

Spojrzał na Ladę. Sunia przykleiła się do jego nogi, uszy po sobie.

Widzisz? Boisz się jej.

To nie specjalnie… Tak wyszło…

Proszę pani, Marek wstał, los się nie układa. Sami kształtujemy okoliczności. Pani stworzyła takie, w których pies trafił na ulicę. Teraz, jak pusto się zrobiło, chce pani odwrócić los.

Kobieta rozpłakała się na dobre.

Wiem… Ale tak mi źle samej.

A pies przez miesiąc na mrozie się świetnie bawił, tak?

Cisza.

Gusta… szepnęła kobieta ostatni raz.

Pies choćby nie drgnął.

Kobieta odwróciła się i odeszła szybko, bez słowa.

Malinowski poklepał Marka po ramieniu:

Dobra decyzja. Widać, iż sunia się do pana przykleiła.

Dziękuję. Za zrozumienie.

Nie ma za co. Sam mam psa, znam te klimaty.

Dzielnicowy odjechał, Marek został z Ladą sam.

No co, Laduś, pogłaskał ją już nikt nam nie przeszkodzi. Masz moje słowo.

Lada spojrzała na niego z tą psią, bezkresną miłością.

Chodźmy do domu?

Radosny szczek, podskoki i sunia już biegnie przy nodze.

Po drodze Marek myślał: kobieta miała w czymś rację. Życie potrafi nieźle zachachmęcić i czasem brakuje pracy, mieszkania czy kasy.

Ale są rzeczy, których stracić nie można. Odpowiedzialności. Miłości. Współczucia.

W domu Lada wylegiwała się na ulubionym dywaniku, a Marek parzył herbatę i siadał obok.

Wiesz co, Laduśko, mówił, głaszcząc ją, może i dobrze się wszystko potoczyło. Teraz już na pewno wiemy, iż jesteśmy sobie potrzebni.

Lada tylko westchnęła rozkosznie i znów zasnęła spokojna, bezpieczna, u siebie.

Idź do oryginalnego materiału