Okoliczności się nie wydarzają – tworzą je ludzie. Ty stworzyłeś sytuację, w której porzuciłeś żywą istotę na ulicy. A teraz chcesz ją zmienić, kiedy ci wygodnie. Olek wracał zimowym wieczorem z pracy. Nuda wisiała w powietrzu, a pod osiedlowym sklepem zobaczył rudą, kudłatą kundelkę – oczy miała jak zagubione dziecko. – Czego tu szukasz? – burknął, ale zatrzymał się. Pies tylko spojrzał – nie prosił, nie błagał. „Pewnie czeka na właścicieli”, pomyślał Olek i poszedł dalej. Ale następnego dnia i kolejnego – sytuacja się powtarzała. Kundelek nie opuszczał swojego miejsca. Ludzie rzucali jej bułkę, czasem parówkę. – Dlaczego tu siedzisz? – spytał Olek, przykucając. – Gdzie właściciele? A wtedy pies podsunął się ostrożnie i przytulił pysk do jego nogi. Olek zdrętwiał – kiedy ostatni raz kogoś przytulał? Po rozwodzie minęły trzy lata. Pusta kawalerka, praca, telewizor, lodówka. – Laduszka moja – wyszeptał, sam nie wiedząc skąd imię. Następnego dnia przyniósł jej parówki. Po tygodniu wrzucił ogłoszenie: „Znalazłem psa, szukam właścicieli”. Nikt nie zadzwonił. Po miesiącu wracał z dyżuru – jest inżynierem, czasem siedzi na obiekcie całą dobę. W tłumie przy sklepie usłyszał: – Ktoś potrącił tego psa, co tu siedział tyle czasu. Serce mu zabiło mocniej. – Gdzie ona? – Zabrali do lecznicy na Alei Piłsudskiego. Ale trzeba dużo płacić… Kto się przejmie bezdomnym psem? Bez słowa pobiegł do kliniki. Weterynarz: – Złamania, krwotok wewnętrzny, leczenie będzie kosztować dużo – i nie wiadomo, czy przeżyje. – Proszę leczyć – Olek odpowiedział. – Zapłacę wszystko. Gdy Ladę wypisano, zabrał ją do domu. Pierwszy raz od trzech lat w mieszkaniu zapanowało życie. Wszystko się zmieniło – Olek budził się nie od budzika, a od dotyku wilgotnego nosa. Teraz poranek zaczynał się nie od kawy i wiadomości, ale od wspólnego spaceru w parku. W klinice załatwił dokumenty, paszport, szczepienia – oficjalnie Lada była już jego. Zaczął fotografować każdy papierek na wszelki wypadek. Koledzy z pracy dziwili się: – Olek, młodniejesz! Jakiś taki żywy się zrobiłeś. Rzeczywiście, czuł się potrzebny. Lada okazała się niebywale mądra – rozumiała go bez słów. Gdy się spóźniał, czekała przy drzwiach. Ze wzrokiem, jakby mówiła: „Martwiłam się”. Wieczorami spacerowali długo. Olek opowiadał jej o pracy, o życiu. Śmieszne? Może. Ale jej naprawdę to interesowało. Słuchała uważnie, czasami cichutko popiskiwała. – Widzisz, Lado – mówił głaszcząc ją po głowie – kiedyś myślałem, iż lepiej być samemu. Nikt nie przeszkadza. Ale okazało się, iż po prostu bałem się znowu kogoś pokochać. Sąsiedzi zdążyli się przyzwyczaić. Pani Teresa z klatki zawsze odkładała jej kość. – Ładna suczka, widać, iż kochana. Minął miesiąc, potem drugi. Olek zaczął myśleć o założeniu Ladzinej strony w internecie – była fotogeniczna: rude futro mieniło się w słońcu. A potem zdarzyło się coś niespodziewanego. Zwykły spacer w parku, Lada obwąchiwała krzaki, Olek siedział na ławce i czytał w telefonie. – Gerda! Gerda! Podszedł blond kobieta w firmowym dresie, około 35 lat, mocno umalowana. Lada się spięła, położyła uszy. – Przepraszam, to mój pies, pan się pomylił. – Co znaczy „pan się pomylił”? Widzę, iż to moja Gerda! Zgubiłam ją pół roku temu! – Słucham? – Olek był zaskoczony. – Dokładnie tak! Uciekła mi spod domu, szukałam wszędzie! Pan ją ukradł! – Uciekła? Przecież znalazłem ją pod sklepem, siedziała tam miesiąc bez adresu! – Siedziała, bo się zgubiła! Ja ją uwielbiam! Kupiliśmy ją z mężem, specjalnie rasową! – Rasową? – spojrzał na Ladę. – Przecież to kundel. – To metys! Bardzo drogi! Olek wstał, Lada przytuliła się do jego nogi. – Skoro to pani pies, proszę pokazać dokumenty. – Dokumenty? – Weterynaryjny paszport, zaświadczenia, cokolwiek. Kobieta się zacięła: – Są w domu! Ale to nieistotne! Rozpoznaję ją! Gerda, do mnie! Lada nie zareagowała. – Gerda! Słyszysz, chodź tutaj! Pies jeszcze mocniej przytulił się do Olka. – Widzisz pan? Ona mnie nie poznaje. – Jest na mnie zła, iż ją zgubiłam! Ale to mój pies! Domagam się jej zwrotu! – Mam dokumenty – spokojnie Olek. – Leczenie po wypadku, paszport, rachunki za karmę, zabawki. – Mam gdzieś pańskie dokumenty! To kradzież! Ludzie zaczęli się przyglądać. – Może rozstrzygnijmy to zgodnie z prawem. Wezwę policję – powiedział Olek. – Proszę wzywać! Udowodnię, iż to moja suka! Mam świadków! – Jakich świadków? – Sąsiedzi widzieli, jak uciekła! Olek wybrał numer policji, serce mu waliło. Może kobieta naprawdę ma rację? Może Lada uciekła jej? Ale dlaczego pies przez tyle czasu siedział pod sklepem? Dlaczego nie szukał domu? I czemu teraz się boi i tuli do niego? – Halo? Policja? Mam sprawę… Kobieta złośliwie się uśmiechnęła: – Zobaczymy, sprawiedliwość zatriumfuje! Oddaj mi psa! A Lada wciąż tuliła się do Olka. Wtedy zrozumiał – będzie walczył o Ladę do końca. Bo ta suka stała się jego rodziną. Dzielnicowy przyjechał po pół godzinie. Sierżant Michalski – spokojny, konkretny. Olek znał go z kontaktów z administracją. – Proszę opowiedzieć, co się stało. Kobieta zaczęła szybko, nieskładnie: – To moja Gerda, kupiliśmy ją za dziesięć tysięcy! Zgubiła się pół roku temu, szukałam jej, a ten pan ją ukradł! – Nie ukradłem, znalazłem bezpańską pod sklepem – Olek spokojnie odparł. – Siedziała tam głodna przez miesiąc. – Siedziała, bo się zgubiła! Michalski spojrzał na Ladę, która tuliła się do Olka jak zawsze. – Ma pan jakieś dokumenty? – Mam – Olek wyjął teczkę (na szczęście zapomniał przełożyć dokumenty z ostatniej wizyty u weterynarza). – Oto potwierdzenie leczenia po potrąceniu, paszport, wszystkie szczepienia. Dzielnicowy obejrzał papiery. – A pani ma jakieś dokumenty? – zwrócił się do kobiety. – Wszystko mam w domu! Ale przecież wiem, iż to moja Gerda! – Może opowie pani dokładnie, jak zaginęła? – zapytał Michalski. – Byliśmy na spacerze, zerwała się ze smyczy i uciekła. Szukałam, rozwieszałam ogłoszenia. – Gdzie spacerowaliśmy? – W pobliskim parku. – A gdzie pani mieszka? – Na Alei Piłsudskiego. Olek aż się wzdrygnął: – Przepraszam, ale – znalazłem ją dwa kilometry stąd, pod sklepem. jeżeli zginęła z parku, to jak tam trafiła? – No… pogubiła się. – Pies najczęściej znajduje drogę do domu. Kobieta się zaczerwieniła: – Co pan wie o psach?! – Wiem, iż kochany pies nie siedzi miesiąc głodny w jednym miejscu – powiedział Olek. – Szuka właścicieli. – Mogę jedno pytanie? – wtrącił sierżant. – Mówiła pani, iż rozwieszała ogłoszenia. Dlaczego nie zgłosiła pani zaginięcia na policji? – Policji? Nie pomyślałam. – Przez pół roku? Pies za dziesięć tysięcy zaginął i nie zgłosiła pani? – Myślałam, iż się znajdzie. Dzielnicowy się zmarszczył: – A paszport proszę. I potwierdzenie adresu. Kobieta drżała, szukając dowodu. – Proszę bardzo. Michalski spojrzał: – Tak, rzeczywiście zameldowana na Aleji Piłsudskiego 15. A mieszkanie? – 23. – Rozumiem. Proszę znów powiedzieć – kiedy dokładnie pies zaginął? – Około dwudziestego stycznia. Olek spojrzał w telefon: – Odebrałem ją 23 stycznia, siedziała tam już prawie miesiąc. Czyli pies „zaginął” dużo wcześniej. – Może pomyliłam datę! – kobieta wyraźnie się denerwowała. Nagle się złamała: – Dobrze! Niech będzie pana! Ale naprawdę ją kochałam! Cisza. – Jak to się stało? – zapytał Olek cicho. – Mąż powiedział: „przeprowadzamy się, z psem nie wezmą nas na wynajem”. Sprzedać nie dali rady – nie była rasowa. Zostawiłam ją pod sklepem. Myślałam, iż ktoś ją przygarnie. Olek poczuł, jak ściska go żołądek. – Porzuciła pani psa? – No zostawiłam. Ale nie porzuciłam! Dobrym ludziom, ktoś miał ją przygarnąć… – Dlaczego chce pani ją odzyskać teraz? Kobieta zapłakała: – Rozwiodłam się z mężem. Zostałam sama. Bardzo mi jej brakuje. Kochałam ją! Olek nie dowierzał: – Kochała pani? Kochanych się nie porzuca. Michalski zamknął notes. – Sprawa jasna. Dokumenty na psa są na pana… Olek Woronienko. Leczył, załatwił papiery, utrzymuje. Formalnie nie ma wątpliwości. Kobieta łkała: – Ale się rozmyśliłam! Chcę ją odzyskać! – Za późno – powiedział dzielnicowy chłodno. – Porzuciła pani psa. Olek przykucnął, objął Ladę: – Już dobrze, psinko. Już dobrze. – Mogę ją chociaż pogłaskać? Ostatni raz? – zapytała kobieta. Olek popatrzył na Ladę – ta położyła uszy i schowała się pod jego rękę. – Widzisz pani? Boi się pani. – To nie specjalnie. Tak się ułożyły okoliczności… – Wie pani co? – Olek wstał. – Okoliczności się nie układają. Ludzie je tworzą. Sam stworzył pan sytuację, w której wyrzuciła pani żywą istotę na ulicę. Teraz chce ją zmienić, bo jest pani wygodnie. Kobieta zapłakała: – Rozumiem… Ale mi bardzo źle tak samotnej. – A jej było dobrze miesiąc na ulicy czekać na właściciela? Cisza. – Gerda… – powiedziała cicho ostatni raz. Pies choćby nie drgnął. Kobieta odeszła, nie oglądając się. Michalski poklepał Olka po ramieniu: – Dobra decyzja. Widać, iż się jej przywiązała. – Dziękuję za zrozumienie. – Sam mam psa. Wiem, jak to jest. Gdy dzielnicowy odjechał, Olek został z Ladą sam. – Już nikt nas nie rozdzieli – powiedział, głaszcząc ją – obiecuję. Lada spojrzała na niego – w oczach nie wdzięczność, ale bezgraniczna, psia miłość. Miłość. – Wracamy do domu? Szczęśliwa zaszczekała, popędziła obok niego. Po drodze Olek myślał: ta kobieta miała rację w jednym. Okoliczności mogą być różne. Można stracić pracę, mieszkanie, pieniądze. Ale są rzeczy, których tracić nie wolno: odpowiedzialność, miłość, współczucie. W domu Lada ułożyła się na swoim ulubionym dywaniku. Olek zaparzył herbatę i usiadł obok. – Wiesz, Laduszko – powiedział zamyślony – może dobrze się stało. Teraz już wiemy na pewno: naprawdę jesteśmy sobie potrzebni. Lada westchnęła zadowolona.

17 godzin temu

Okoliczności same się nie układają. To ludzie je tworzą. Ty stworzyłeś sytuację, w której zostawiłeś żywą istotę na ulicy, a teraz chcesz ją naprawić, bo tak ci wygodnie.

Wracałem z pracy do domu, tak jak co dzień. Typowy zimowy wieczór w Warszawie wszystko wyglądało, jakby przykryte kocem marazmu. Mijając sklep spożywczy na rogu ulicy Polnej, zobaczyłem tam psa. Kundelek, rudy, kudłaty. Oczy smutne, jak u zagubionego dziecka.

Czego tu szukasz? burknąłem i już miałem iść dalej, ale zatrzymałem się.

Pies podniósł łeb, spojrzał na mnie. Nie prosił, nie machał ogonem. Po prostu patrzył.

Pewnie na właściciela czeka, pomyślałem i ruszyłem dalej.

Ale następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I pojutrze też. Pies jakby zrósł się z tym miejscem. Zacząłem zauważać, jak ludzie przechodzą obojętnie obok, czasem ktoś rzuca mu piętkę chleba, czasem kawałek parówki.

No dobrze, dlaczego tu tkwisz? zagadnąłem, przykucając obok. Gdzie masz właściciela?

Wtedy pies podpełzł ostrożnie i położył łeb na mojej nodze.

Zamarłem. Kiedy ostatni raz głaskałem kogoś? Po rozwodzie minęły trzy lata, a moje mieszkanie było puste tylko praca, telewizor i lodówka.

Laduszka ty moja wyszeptałem, nie wiedząc skąd wzięło mi się to imię.

Na drugi dzień przyniosłem jej parówki.

Po tygodniu zamieściłem ogłoszenie na internecie: Znaleziono psa. Szukamy właściciela.

Nie odezwał się nikt.

Miesiąc później wracałem z dyżuru byłem inżynierem, czasem spędzałem całą noc na budowie. Przed sklepem zebrał się tłum.

Co się stało? zagadnąłem sąsiadkę.

Ten piesek został potrącony. Taki, który tu siedział od miesiąca.

Serce mi zamarło.

Gdzie ona jest?

Do kliniki na Alejach Jana Pawła II ją zabrali. Ale tam chcą ogromne pieniądze Kto zapłaci za bezdomnego psa?

Nic nie powiedziałem. Odwróciłem się i pobiegłem.

W klinice weterynarz tylko pokręcił głową:

Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztować. Nie wiadomo, czy przeżyje.

Proszę ją ratować powiedziałem. Ile trzeba, tyle zapłacę.

Gdy ją wypisali, zabrałem ją do domu.

I pierwszy raz od trzech lat moje mieszkanie ożyło.

Wszystko się zmieniło. Całkowicie.

Budziłem się nie z budzikiem, ale z tym, iż Laduszka delikatnie trącała mnie nosem po ręku. Jakby mówiła: Wstawaj, panie!. Wstawałem. Z uśmiechem.

Zamiast poranka z kawą i wiadomościami był spacer w parku.

No, dziewczynko, idziemy się przewietrzyć? mówiłem, a Laduszka merdała ogonem radośnie.

W klinice załatwiłem dokumenty. Paszport, szczepienia. Oficjalnie stała się moim psem. Wszystko dokumentowałem na wszelki wypadek.

Koledzy z pracy byli zaskoczeni:

Marek, co się zmieniło? Wyglądasz, jakbyś odmłodniał.

I faktycznie czułem, iż jestem komuś potrzebny. Po raz pierwszy od lat.

Laduszka okazała się wyjątkowo mądra. Rozumiała mnie bez słów. Gdy się spóźniałem z pracy, czekała przy drzwiach z miną, jakby mówiła: Martwiłam się.

Wieczorami chodziliśmy na długie spacery. Opowiadałem jej o pracy, o życiu. Brzmi śmiesznie? Może. Ale ona słuchała uważnie, czasem cicho popiskiwała w odpowiedzi.

Wiesz, Laduszko, myślałem kiedyś, iż łatwiej być samemu. Nikt nie przeszkadza, nikt nie pyta. A jednak głaskałem ją po głowie. A jednak bałem się znowu kogoś pokochać.

Sąsiedzi przywykli. Ciocia Weronika z drugiego piętra zawsze miała dla Laduszki kosteczkę.

Ładniutka suczka mówiła. Widać, iż ukochana.

Minął kolejny miesiąc.

Zacząłem myśleć, żeby założyć jej profil na Facebooku. Była bardzo fotogeniczna rudziejąca sierść złociła się w słońcu.

A potem zdarzyło się coś niespodziewanego.

Zwyczajny spacer w parku. Laduszka obwąchiwała krzaki, ja siedziałem na ławce, przeglądałem coś w telefonie.

Gaja! Gaju!

Podniosłem głowę. Szła ku nam kobieta, około trzydziestki. Drogie dresy, blond włosy, mocny makijaż.

Laduszka się spłoszyła. Opuściła uszy.

Przepraszam powiedziałem. To moja suczka.

Kobieta stanęła w rozkroku, ręce na biodrach.

Jak to pańska? Przecież widzę, iż to moja Gaja! Zgubiła się pół roku temu!

Słucham?

Dokładnie tak! Uciekła spod klatki, szukałam jej wszędzie! Ukradł ją pan!

Ziemia zadrżała mi pod nogami.

Chwileczkę. Jak zgubiła się? Podniosłem ją pod sklepem. Siedziała bezdomna!

No, bo się zgubiła! Kochałam ją! Kupiliśmy ją z mężem za duże pieniądze!

Drogą? Przecież to kundelek.

Jest mieszaniec! Bardzo dużo kosztowała!

Wstałem. Laduszka przylgnęła do moich nóg.

W porządku. jeżeli to pani pies proszę pokazać dokumenty.

Jakie dokumenty?

Weterynaryjny paszport, szczepienia, cokolwiek.

Kobieta zamilkła:

Są w domu. Ale nieważne! I tak ją rozpoznaję! Gaju, do mnie!

Laduszka nie ruszyła się.

Gaju! Zaraz tu przyjdź!

Pies jeszcze mocniej wtulił się we mnie.

Widzi pani? szepnąłem. Nie poznaje pani.

Obraziła się, iż ją zgubiłam! podniosła głos. Ale to mój pies! Żądam jej zwrotu!

Mam dokumenty powiedziałem spokojnie. Potwierdzenie z kliniki, gdzie ją leczyłem po wypadku. Paszport i rachunki za karmę.

Nie obchodzą mnie pana papiery! To kradzież!

Ludzie zaczęli się oglądać.

Wie pani co? wyjąłem telefon. Zgłośmy to policji.

Proszę bardzo! prychnęła kobieta. Udowodnię, iż to mój pies! Mam świadków!

Jakich świadków?

Sąsiedzi widzieli, jak uciekła!

Wybrałem numer. Serce waliło mi jak oszalałe. A jeżeli ona ma rację? jeżeli Laduszka rzeczywiście uciekła jej?

Ale czemu siedziała miesiąc pod sklepem? Czemu nie wróciła do domu?

I dlaczego teraz chowa się za mną?

Halo? Policja? Mam tu pewną sprawę

Kobieta uśmiechnęła się wrogo:

Zobaczy pan, sprawiedliwość zwycięży. Oddaj moją Gaję!

A Laduszka tuliła się jeszcze mocniej.

Wtedy wiedziałem będę walczył o nią. Do końca.

Bo przez te miesiące Laduszka stała się nie tylko psem.

Stała się rodziną.

Na interwencję przyjechał dzielnicowy. Sierżant Michalski typ spokojny, konkretny. Znałem go jeszcze z problemów ze wspólnotą mieszkaniową.

Proszę opowiadać powiedział, otwierając notatnik.

Kobieta zaczęła pierwsza. Szybko, chaotycznie:

To mój pies! Gaja! Zapłaciłam dziesięć tysięcy złotych! Pół roku temu uciekła, szukałam jej! Pan ją ukradł!

Nie ukradłem, znalazłem zaprzeczyłem spokojnie. Pod sklepem. Siedziała tam miesiąc głodna.

No bo się zgubiła!

Michalski spojrzał na Laduszkę. Ta, jak poprzednio, tuliła się do mnie.

Dokumenty?

Mam wyciągnąłem teczkę. Przez szczęśliwy zbieg okoliczności nie zostawiłem papierów w domu po ostatniej wizycie u weterynarza.

Proszę, tutaj potwierdzenie z kliniki. Leczyłem ją po wypadku. Tu paszport, szczepienia.

Policjant sprawdził dokumenty.

Pani ma jakieś dokumenty?

W domu! Ale to bez znaczenia! Mówię, to moja Gaja!

Proszę opowiedzieć szczegóły Jak ją zgubiła?

Byliśmy na spacerze. Zerwała się ze smyczy i zniknęła. Szukałam, wywieszałam ogłoszenia.

Gdzie spacerowała pani?

W parku, niedaleko.

Gdzie pani mieszka?

Na Alejach Jana Pawła II.

Zadrżałem:

Ale to dwa kilometry od sklepu, gdzie ją znalazłem. jeżeli zgubiła się w parku, czemu była tam?

Może się zgubiła, nie wiem!

Psy zwykle umieją wrócić.

Kobieta się zaczerwieniła:

Co pan wie o psach?!

Wiem powiedziałem cicho. Wiem, iż ukochany pies nie siedzi miesiąc głodny w jednym miejscu. Szuka domu.

Mam pytanie wtrącił Michalski. Mówiła pani, iż szukała psa. Ogłoszenia. A w policji była pani?

Policji? Nie przyszło mi do głowy.

Przez pół roku? Pies za dziesięć tysięcy i nie zgłosiła pani?

Myślałam, iż sama się znajdzie!

Policjant zmarszczył brwi:

Proszę dowód osobisty i podać dokładny adres.

Kobieta podała dokument, trzęsącymi się rękami.

Tak, potwierdzam. Aleje Jana Pawła II, blok 15. Mieszkanie?

Dwadzieścia trzy.

Dobrze. Proszę podać dokładną datę zgubienia psa.

Dwudziesty lub dwudziesty pierwszy stycznia.

Sięgnąłem po telefon:

Ja znalazłem Laduszkę dwudziestego trzeciego stycznia. Siedziała tam już prawie miesiąc.

Więc pies zaginął choćby wcześniej.

Może się pomyliłam! zaczęła się miotać kobieta.

Nagle załamała głos:

Dobrze! Zostawcie ją! Ale naprawdę ją kochałam!

Cisza.

Jak to się stało? zapytałem cicho.

Mąż powiedział, iż się przeprowadzamy, a z psem nie wpuszczą nas do wynajmowanego mieszkania. Nie mogliśmy jej sprzedać, bo nie jest rasowa. Zostawiłam ją pod sklepem. Liczyłam, iż ktoś ją weźmie.

W środku aż mną zmiotło.

Porzuciła ją pani?

No zostawiłam. Nie wyrzuciłam! Myślałam, iż ktoś się zmiłuje.

Dlaczego teraz pani chce ją zabrać?

Kobieta rozpłakała się:

Rozwiodłam się, mąż wyjechał. Zostałam sama. Bardzo tęsknię za Gają. Kochałam ją!

Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć.

Kochała pani? powtórzyłem powoli. Ukochanych się nie porzuca.

Michalski zamknął notatnik.

Wszystko jasne. Dokumenty potwierdzają, iż pies należy do pana spojrzał w mój dowód, Kowalczyka. To pan ją leczył, załatwił papiery, utrzymuje. Według prawa nie ma żadnych wątpliwości.

Kobieta falowała łzami:

Ale zmieniłam zdanie! Chcę ją odzyskać!

Za późno stwierdził dzielnicowy. jeżeli ktoś wyrzuca, traci prawo.

Przykucnąłem przy Laduszce, objąłem ją.

Już, dziewczynko. Już dobrze.

Czy mogę chociaż ją pogłaskać? zapytała kobieta. Ostatni raz?

Spojrzałem na Laduszkę. Opuściła uszy, wtuliła się we mnie.

Widzi pani, boi się pani.

To nie specjalnie. Tak się ułożyły okoliczności

Wie pani co? wstałem. Okoliczności nie układają się przypadkiem. Ludzie je tworzą. Pani stworzyła takie, w których zostawiła zwierzę na ulicy. Teraz chce pani je zmienić, bo jest pani wygodniej.

Kobieta wybuchła płaczem:

Rozumiem. Ale mi tak źle samej.

A jej było dobrze, gdy miesiąc czekała pod sklepem?

Cisza.

Gaju zawołała jeszcze raz.

Pies nie podniósł choćby głowy.

Kobieta odeszła szybkim krokiem. Nie obejrzała się.

Michalski klepnął mnie po ramieniu:

Słuszny wybór. Widać, iż przywiązała się do pana.

Dziękuję za wyrozumiałość.

Nic wielkiego. Sam mam psa. Wiem, jak to jest.

Gdy policjant odjechał, zostałem z Laduszką sam.

Już nikt nas nie rozdzieli, Laduszko. Obiecuję.

Spojrzała mi w oczy. I zobaczyłem w nich nie tylko wdzięczność. Ale przeogromną, psia miłość.

Miłość.

Idziemy do domu?

Zamerdała i pobiegła obok.

Wracając, rozmyślałem: kobieta ma rację w jednym. Okoliczności mogą być różne. Można stracić pracę, mieszkanie, pieniądze.

Ale są rzeczy, których stracić nie wolno. Odpowiedzialność, miłość, współczucie.

W domu Laduszka ułożyła się na swoim ulubionym dywaniku. Ja zrobiłem herbatę, usiadłem obok.

Wiesz, Laduszko powiedziałem zamyślony może i dobrze się ułożyło. Teraz wiemy na pewno, iż jesteśmy sobie potrzebni.

Laduszka westchnęła z zadowoleniem.

Idź do oryginalnego materiału