Okoliczności same się nie układają. To ludzie je tworzą. Ty stworzyłeś sytuację, w której zostawiłeś żywą istotę na ulicy, a teraz chcesz ją naprawić, bo tak ci wygodnie.
Wracałem z pracy do domu, tak jak co dzień. Typowy zimowy wieczór w Warszawie wszystko wyglądało, jakby przykryte kocem marazmu. Mijając sklep spożywczy na rogu ulicy Polnej, zobaczyłem tam psa. Kundelek, rudy, kudłaty. Oczy smutne, jak u zagubionego dziecka.
Czego tu szukasz? burknąłem i już miałem iść dalej, ale zatrzymałem się.
Pies podniósł łeb, spojrzał na mnie. Nie prosił, nie machał ogonem. Po prostu patrzył.
Pewnie na właściciela czeka, pomyślałem i ruszyłem dalej.
Ale następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I pojutrze też. Pies jakby zrósł się z tym miejscem. Zacząłem zauważać, jak ludzie przechodzą obojętnie obok, czasem ktoś rzuca mu piętkę chleba, czasem kawałek parówki.
No dobrze, dlaczego tu tkwisz? zagadnąłem, przykucając obok. Gdzie masz właściciela?
Wtedy pies podpełzł ostrożnie i położył łeb na mojej nodze.
Zamarłem. Kiedy ostatni raz głaskałem kogoś? Po rozwodzie minęły trzy lata, a moje mieszkanie było puste tylko praca, telewizor i lodówka.
Laduszka ty moja wyszeptałem, nie wiedząc skąd wzięło mi się to imię.
Na drugi dzień przyniosłem jej parówki.
Po tygodniu zamieściłem ogłoszenie na internecie: Znaleziono psa. Szukamy właściciela.
Nie odezwał się nikt.
Miesiąc później wracałem z dyżuru byłem inżynierem, czasem spędzałem całą noc na budowie. Przed sklepem zebrał się tłum.
Co się stało? zagadnąłem sąsiadkę.
Ten piesek został potrącony. Taki, który tu siedział od miesiąca.
Serce mi zamarło.
Gdzie ona jest?
Do kliniki na Alejach Jana Pawła II ją zabrali. Ale tam chcą ogromne pieniądze Kto zapłaci za bezdomnego psa?
Nic nie powiedziałem. Odwróciłem się i pobiegłem.
W klinice weterynarz tylko pokręcił głową:
Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztować. Nie wiadomo, czy przeżyje.
Proszę ją ratować powiedziałem. Ile trzeba, tyle zapłacę.
Gdy ją wypisali, zabrałem ją do domu.
I pierwszy raz od trzech lat moje mieszkanie ożyło.
Wszystko się zmieniło. Całkowicie.
Budziłem się nie z budzikiem, ale z tym, iż Laduszka delikatnie trącała mnie nosem po ręku. Jakby mówiła: Wstawaj, panie!. Wstawałem. Z uśmiechem.
Zamiast poranka z kawą i wiadomościami był spacer w parku.
No, dziewczynko, idziemy się przewietrzyć? mówiłem, a Laduszka merdała ogonem radośnie.
W klinice załatwiłem dokumenty. Paszport, szczepienia. Oficjalnie stała się moim psem. Wszystko dokumentowałem na wszelki wypadek.
Koledzy z pracy byli zaskoczeni:
Marek, co się zmieniło? Wyglądasz, jakbyś odmłodniał.
I faktycznie czułem, iż jestem komuś potrzebny. Po raz pierwszy od lat.
Laduszka okazała się wyjątkowo mądra. Rozumiała mnie bez słów. Gdy się spóźniałem z pracy, czekała przy drzwiach z miną, jakby mówiła: Martwiłam się.
Wieczorami chodziliśmy na długie spacery. Opowiadałem jej o pracy, o życiu. Brzmi śmiesznie? Może. Ale ona słuchała uważnie, czasem cicho popiskiwała w odpowiedzi.
Wiesz, Laduszko, myślałem kiedyś, iż łatwiej być samemu. Nikt nie przeszkadza, nikt nie pyta. A jednak głaskałem ją po głowie. A jednak bałem się znowu kogoś pokochać.
Sąsiedzi przywykli. Ciocia Weronika z drugiego piętra zawsze miała dla Laduszki kosteczkę.
Ładniutka suczka mówiła. Widać, iż ukochana.
Minął kolejny miesiąc.
Zacząłem myśleć, żeby założyć jej profil na Facebooku. Była bardzo fotogeniczna rudziejąca sierść złociła się w słońcu.
A potem zdarzyło się coś niespodziewanego.
Zwyczajny spacer w parku. Laduszka obwąchiwała krzaki, ja siedziałem na ławce, przeglądałem coś w telefonie.
Gaja! Gaju!
Podniosłem głowę. Szła ku nam kobieta, około trzydziestki. Drogie dresy, blond włosy, mocny makijaż.
Laduszka się spłoszyła. Opuściła uszy.
Przepraszam powiedziałem. To moja suczka.
Kobieta stanęła w rozkroku, ręce na biodrach.
Jak to pańska? Przecież widzę, iż to moja Gaja! Zgubiła się pół roku temu!
Słucham?
Dokładnie tak! Uciekła spod klatki, szukałam jej wszędzie! Ukradł ją pan!
Ziemia zadrżała mi pod nogami.
Chwileczkę. Jak zgubiła się? Podniosłem ją pod sklepem. Siedziała bezdomna!
No, bo się zgubiła! Kochałam ją! Kupiliśmy ją z mężem za duże pieniądze!
Drogą? Przecież to kundelek.
Jest mieszaniec! Bardzo dużo kosztowała!
Wstałem. Laduszka przylgnęła do moich nóg.
W porządku. jeżeli to pani pies proszę pokazać dokumenty.
Jakie dokumenty?
Weterynaryjny paszport, szczepienia, cokolwiek.
Kobieta zamilkła:
Są w domu. Ale nieważne! I tak ją rozpoznaję! Gaju, do mnie!
Laduszka nie ruszyła się.
Gaju! Zaraz tu przyjdź!
Pies jeszcze mocniej wtulił się we mnie.
Widzi pani? szepnąłem. Nie poznaje pani.
Obraziła się, iż ją zgubiłam! podniosła głos. Ale to mój pies! Żądam jej zwrotu!
Mam dokumenty powiedziałem spokojnie. Potwierdzenie z kliniki, gdzie ją leczyłem po wypadku. Paszport i rachunki za karmę.
Nie obchodzą mnie pana papiery! To kradzież!
Ludzie zaczęli się oglądać.
Wie pani co? wyjąłem telefon. Zgłośmy to policji.
Proszę bardzo! prychnęła kobieta. Udowodnię, iż to mój pies! Mam świadków!
Jakich świadków?
Sąsiedzi widzieli, jak uciekła!
Wybrałem numer. Serce waliło mi jak oszalałe. A jeżeli ona ma rację? jeżeli Laduszka rzeczywiście uciekła jej?
Ale czemu siedziała miesiąc pod sklepem? Czemu nie wróciła do domu?
I dlaczego teraz chowa się za mną?
Halo? Policja? Mam tu pewną sprawę
Kobieta uśmiechnęła się wrogo:
Zobaczy pan, sprawiedliwość zwycięży. Oddaj moją Gaję!
A Laduszka tuliła się jeszcze mocniej.
Wtedy wiedziałem będę walczył o nią. Do końca.
Bo przez te miesiące Laduszka stała się nie tylko psem.
Stała się rodziną.
Na interwencję przyjechał dzielnicowy. Sierżant Michalski typ spokojny, konkretny. Znałem go jeszcze z problemów ze wspólnotą mieszkaniową.
Proszę opowiadać powiedział, otwierając notatnik.
Kobieta zaczęła pierwsza. Szybko, chaotycznie:
To mój pies! Gaja! Zapłaciłam dziesięć tysięcy złotych! Pół roku temu uciekła, szukałam jej! Pan ją ukradł!
Nie ukradłem, znalazłem zaprzeczyłem spokojnie. Pod sklepem. Siedziała tam miesiąc głodna.
No bo się zgubiła!
Michalski spojrzał na Laduszkę. Ta, jak poprzednio, tuliła się do mnie.
Dokumenty?
Mam wyciągnąłem teczkę. Przez szczęśliwy zbieg okoliczności nie zostawiłem papierów w domu po ostatniej wizycie u weterynarza.
Proszę, tutaj potwierdzenie z kliniki. Leczyłem ją po wypadku. Tu paszport, szczepienia.
Policjant sprawdził dokumenty.
Pani ma jakieś dokumenty?
W domu! Ale to bez znaczenia! Mówię, to moja Gaja!
Proszę opowiedzieć szczegóły Jak ją zgubiła?
Byliśmy na spacerze. Zerwała się ze smyczy i zniknęła. Szukałam, wywieszałam ogłoszenia.
Gdzie spacerowała pani?
W parku, niedaleko.
Gdzie pani mieszka?
Na Alejach Jana Pawła II.
Zadrżałem:
Ale to dwa kilometry od sklepu, gdzie ją znalazłem. jeżeli zgubiła się w parku, czemu była tam?
Może się zgubiła, nie wiem!
Psy zwykle umieją wrócić.
Kobieta się zaczerwieniła:
Co pan wie o psach?!
Wiem powiedziałem cicho. Wiem, iż ukochany pies nie siedzi miesiąc głodny w jednym miejscu. Szuka domu.
Mam pytanie wtrącił Michalski. Mówiła pani, iż szukała psa. Ogłoszenia. A w policji była pani?
Policji? Nie przyszło mi do głowy.
Przez pół roku? Pies za dziesięć tysięcy i nie zgłosiła pani?
Myślałam, iż sama się znajdzie!
Policjant zmarszczył brwi:
Proszę dowód osobisty i podać dokładny adres.
Kobieta podała dokument, trzęsącymi się rękami.
Tak, potwierdzam. Aleje Jana Pawła II, blok 15. Mieszkanie?
Dwadzieścia trzy.
Dobrze. Proszę podać dokładną datę zgubienia psa.
Dwudziesty lub dwudziesty pierwszy stycznia.
Sięgnąłem po telefon:
Ja znalazłem Laduszkę dwudziestego trzeciego stycznia. Siedziała tam już prawie miesiąc.
Więc pies zaginął choćby wcześniej.
Może się pomyliłam! zaczęła się miotać kobieta.
Nagle załamała głos:
Dobrze! Zostawcie ją! Ale naprawdę ją kochałam!
Cisza.
Jak to się stało? zapytałem cicho.
Mąż powiedział, iż się przeprowadzamy, a z psem nie wpuszczą nas do wynajmowanego mieszkania. Nie mogliśmy jej sprzedać, bo nie jest rasowa. Zostawiłam ją pod sklepem. Liczyłam, iż ktoś ją weźmie.
W środku aż mną zmiotło.
Porzuciła ją pani?
No zostawiłam. Nie wyrzuciłam! Myślałam, iż ktoś się zmiłuje.
Dlaczego teraz pani chce ją zabrać?
Kobieta rozpłakała się:
Rozwiodłam się, mąż wyjechał. Zostałam sama. Bardzo tęsknię za Gają. Kochałam ją!
Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć.
Kochała pani? powtórzyłem powoli. Ukochanych się nie porzuca.
Michalski zamknął notatnik.
Wszystko jasne. Dokumenty potwierdzają, iż pies należy do pana spojrzał w mój dowód, Kowalczyka. To pan ją leczył, załatwił papiery, utrzymuje. Według prawa nie ma żadnych wątpliwości.
Kobieta falowała łzami:
Ale zmieniłam zdanie! Chcę ją odzyskać!
Za późno stwierdził dzielnicowy. jeżeli ktoś wyrzuca, traci prawo.
Przykucnąłem przy Laduszce, objąłem ją.
Już, dziewczynko. Już dobrze.
Czy mogę chociaż ją pogłaskać? zapytała kobieta. Ostatni raz?
Spojrzałem na Laduszkę. Opuściła uszy, wtuliła się we mnie.
Widzi pani, boi się pani.
To nie specjalnie. Tak się ułożyły okoliczności
Wie pani co? wstałem. Okoliczności nie układają się przypadkiem. Ludzie je tworzą. Pani stworzyła takie, w których zostawiła zwierzę na ulicy. Teraz chce pani je zmienić, bo jest pani wygodniej.
Kobieta wybuchła płaczem:
Rozumiem. Ale mi tak źle samej.
A jej było dobrze, gdy miesiąc czekała pod sklepem?
Cisza.
Gaju zawołała jeszcze raz.
Pies nie podniósł choćby głowy.
Kobieta odeszła szybkim krokiem. Nie obejrzała się.
Michalski klepnął mnie po ramieniu:
Słuszny wybór. Widać, iż przywiązała się do pana.
Dziękuję za wyrozumiałość.
Nic wielkiego. Sam mam psa. Wiem, jak to jest.
Gdy policjant odjechał, zostałem z Laduszką sam.
Już nikt nas nie rozdzieli, Laduszko. Obiecuję.
Spojrzała mi w oczy. I zobaczyłem w nich nie tylko wdzięczność. Ale przeogromną, psia miłość.
Miłość.
Idziemy do domu?
Zamerdała i pobiegła obok.
Wracając, rozmyślałem: kobieta ma rację w jednym. Okoliczności mogą być różne. Można stracić pracę, mieszkanie, pieniądze.
Ale są rzeczy, których stracić nie wolno. Odpowiedzialność, miłość, współczucie.
W domu Laduszka ułożyła się na swoim ulubionym dywaniku. Ja zrobiłem herbatę, usiadłem obok.
Wiesz, Laduszko powiedziałem zamyślony może i dobrze się ułożyło. Teraz wiemy na pewno, iż jesteśmy sobie potrzebni.
Laduszka westchnęła z zadowoleniem.

17 godzin temu







