— Nie potrzebuję sparaliżowanej córki! — powiedziała synowa staruszka i wyszła… Ale nie miała pojęcia, co się wydarzy dalej… W pewnej polskiej wsi mieszkał zwyczajny dziadek, co w weekendy raczył się odrobiną wódki. Miał jedno marzenie: przygarnąć rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Był gotów pojechać aż do Kazachstanu, by tylko kupić takiego psa i zabrać go do siebie. Dziadka nazywano Denisem. Może to imię, a może przezwisko — nikt dokładnie nie wiedział. Po pracy w ogrodzie siedział na ławce przed domem i wspominał stare czasy. Często młodzi gromadzili się wokół niego, by posłuchać, jak dawniej bywało na wsi. Żonę Denis pochował już dawno temu. Klaudia miała słabe serce, lekarze zabronili jej rodzić, ale bardzo pragnęła dziecka. Urodziła syna, po czym bardzo zachorowała. Denis ją kochał — wszystko robił za nią w domu, choćby siatki z mlekiem nie pozwalał jej nosić: „Nie wolno! — mówił — lekarze zabronili!”. Sam opiekował się synem, gotował. Klaudia ciągle martwiła się: „Ośmieszasz mnie! Kobiety wyśmieją mnie, iż nic nie robię w domu, wszystko na mężczyźnie!”. Jednak kobiety nie wyśmiewały, a zazdrościły jej: „Klaudio, daj nam swojego Denisa choć na jeden dzień, żebyśmy choć raz mogły żyć twoim życiem!”. Ona tylko się uśmiechała. Tak, z uśmiechem odeszła z tego świata. Denis rano znalazł ją już martwą. Płakał trzy dni, potem zajął się synem. Chłopiec właśnie zaczynał buntować się — miał 14 lat. Po wojsku gwałtownie się ożenił i został tam, gdzie służył. Denis został sam, ale nie poddawał się — lubił gadać z młodzieżą na ławce pod domem. Syn miał córkę, Denis czekał na ich wizytę, ale oni ciągle nie mieli czasu — praca, obowiązki… Wnuczkę znał tylko ze zdjęć. Aż pewnego dnia ludzie ze wsi zauważyli, iż Denis chodzi jakby przygnębiony. Nie żartuje już, nie siedzi na ławce pod domem. Pytali, co się stało — okazało się, iż dostał telegram: wypadek samochodowy, syn zginął, wnuczka w śpiączce. Cała wieś mu współczuła, ale jak tu pomóc w takim nieszczęściu? Denis przyjmował kondolencje, ale nie czuł się lepiej. Syn nie wróci, a jeszcze bardziej żal było wnuczki, która leżała w szpitalu. Od synowej nie było żadnego znaku życia — nie pisała, nie odbierała telefonu. Denis, choć wnuczki nigdy nie widział, kochał ją bardzo. Już miał jechać do miasta, gdzie żył syn, kiedy nagle pod dom podjeżdża samochód i grupa ludzi wnosi do środka nosze. Wchodzi synowa — ledwie ją poznał. Za nią wniesiono wnuczkę — dosłownie rzucono dziewczynkę na kanapę i wyszli. — Ona jest sparaliżowana od stóp do głowy. Taka córka nie jest mi potrzebna. Jeszcze wyjdę za mąż i urodzę sobie zdrowe dziecko! — powiedziała synowa. — Ale przecież nie jestem lekarzem! — próbował zaprotestować Denis. — Lekarz nie pomoże. Ona potrzebuje opiekunki. Nie chcecie się nią zajmować — zakopcie ją żywcem, bo ja nie zamierzam niszczyć sobie życia! Nie jestem jej opiekunką! — powiedziała kobieta i trzasnęła drzwiami. — Ty jej choćby matką nie jesteś! — krzyknął za nią Denis. Teraz było jasne, czemu syn nie przyjeżdżał z rodziną na wieś… Z taką żoną tylko na targu się kłócić, a nie w gości jeździć. Jak mogło syna w taką babę wpakować?.. Ale już nie zapyta. Gdyby wiedział, iż żona syna odrzuci córkę, przewróciłby się pewnie w grobie. Zostali z wnuczką we dwoje. Dziewczynka rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana. Ale dla Denisa opiekowanie się nią nie było problemem, to dawało sens życiu. Postawił sobie cel: wyleczyć wnuczkę! Lekarze ją wypisali, twierdząc, iż nie pomoże jej medycyna. Pozostały tylko ludowe sposoby i znachorzy. Najbliższa znachorka mieszkała bardzo daleko, paraliżowanego dziecka nie dało się do niej zawieźć. Denis sam jeździł co tydzień po zioła i nalewki. Leczył wnuczkę tak ponad rok — dziewczynka dalej nie ruszała ręką ani nogą, choćby mówić nie mogła. Czasem po jej policzku płynęła łza. Denis myślał, iż tęskni za rodzicami. Mówił do niej, czytał książki, ale odpowiedzi nie słyszał. Oboje cierpieli. Aż pewnego wieczoru wydarzyło się coś niespodziewanego. Denis siedział przy łóżku wnuczki, kiedy do domu wtargnęła pijana grupa młodych z dyskoteki. Zostawił otwarte drzwi przez nieuwagę. Wiedzieli, iż w domu mieszka sparaliżowana dziewczyna. Zaproponowali, żeby wejść i „zabawić się” — bo przecież nie będzie się bronić… — Hej, dziadku, zsuń z wnuczki koc i rozstaw jej nogi szerzej! Zaraz losujemy, kto pierwszy… — zażartował najbardziej pijany. — Darujcie! Ona ma tylko 15 lat! — zaprotestował dziadek. — Spokojnie, tylko się umyję! — powiedział Denis i pobiegł do kuchni. Otworzył piwnicę i zawołał: „Bierz ich!”… Z piwnicy wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął łapać zbirów za spodnie, prawie jednemu odgryzł przyrodzenie, innym porwał spodnie na tyłkach. Tak więc biegli przez wieś z gołymi zadami, a pies śmigał za nimi aż do końca wsi. Denis wrócił do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: — Muhtar! Muhtar! Dziadku, łap go, żeby nie uciekł!… Dziadek się rozczulił. Od tamtej pory dziewczynka zaczęła zdrowieć. niedługo zaczęła też chodzić. Może zioła znachorki pomogły, a może stres przez psa… Zaczęła dużo mówić, nadrobiła całe miesiące ciszy. Wiecie, skąd się wziął pies? Owczarek Muhtar mieszkał u syna Denisa, a gdy zdarzyła się tragedia i właściciel umarł, niedobra synowa pozbyła się i córki, i psa. Przywiozła go razem z dziewczynką, ale Denisowi nic nie powiedziała. Kiedy synowa wyszła z domu Denisa, ten zamykał bramę i zobaczył psa — wychudzonego, zapłakanego. Nie mógł go wygnać — zabrał go do siebie. Pies wiernie służył dziadkowi. Gdy tamte typy wtargnęły do domu, psiak siedział w piwnicy, bo latem było bardzo gorąco. Denis trzymał Muhtara w chłodzie, a wieczorem wypuszczał. Tego wieczoru nie zdążył go wypuścić. Gdyby Muhtar był na górze, bandyci nie weszliby do domu. Wnuczka opowiedziała potem staruszkowi, iż płakała, bo tęskniła za psem. Denis zwyczajowo trzymał psa na podwórzu, do domu nie wpuszczał, a dziewczynka nie mogła mu powiedzieć, jak bardzo za nim tęskni. Muhtar, przegoniwszy pijaków, wrócił do domu i radośnie polizał twarz swojej małej pani. On też bardzo za nią tęsknił. Od tej pory żyli już razem: Denis, wnuczka i Muhtar. O matce dziewczynki nigdy więcej już nie usłyszeli.

2 godzin temu

Nie potrzebuję sparaliżowanej… powiedziała synowa i wyszła z domu. choćby nie przypuszczała, co może się wydarzyć później…

W maleńkiej wsi pod Lublinem mieszkał zwykły staruszek, czasem w weekendy wypijał kieliszek białej wódki. Miał jedno marzenie: chciał mieć psa, i to nie byle jakiego właśnie czystej rasy owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był pojechać choćby do Kirgizji, byle tylko przywieźć do domu wymarzonego czworonoga.

Wszyscy mówili na niego Stasiu. Czy to od imienia, czy nazwiska nikt już nie pamiętał. Po prostu Stasiu i tyle. On nigdy nie poprawiał, nie tłumaczył. Siedział sobie po pracy na ławce pod jabłonią, wspominał stare czasy. Często zbierała się wokół niego młodzież, by posłuchać, jak dawniej we wsi się żyło.

Żonę pochował lata temu. Jadwiga miała chore serce lekarze surowo zakazali jej rodzić. Ale ona bardzo pragnęła dziecka. Urodziła Stasiowi synka, a potem sama ciężko zachorowała. Stasiu bardzo ją kochał. Wszystko za nią robił w domu, choćby po mleko do sklepu sam chodził. Nie wolno! mówił. Lekarze zakazali!

Sam pielęgnował synka i gotował obiady. Jadwiga martwiła się nie raz: Ośmieszasz mnie tylko, baby się śmieją, iż nic w domu nie robię, wszystko na chłopie! Ale kobiety wcale się nie śmiały, raczej zazdrościły: Ej, Jadzia, oddałabyś nam swojego Stasia na jeden dzień, żebyśmy posmakowały takiego życia!

Ona tylko się uśmiechała. Z takim uśmiechem na twarzy odeszła. Stasiu znalazł ją rano już zimną. Trzy dni płakał, a potem zajął się synem.

Syn miał wtedy lat czternaście, trudny wiek. Po wojsku ożenił się gwałtownie i zamieszkał tam, gdzie służył. Tak Stasiu został całkiem sam. Ale nie smucił się za bardzo lubił rozmawiać z młodymi na ławce.

Synowi urodziła się córka, Stasiu czekał zawsze na ich wizyty, ale nie przyjeżdżali. To praca, to brak czasu, zawsze jakieś wymówki. Wnuczkę widywał tylko na zdjęciach.

W pewnym momencie ludzie ze wsi zauważyli, iż Stasiu chodzi przygnębiony, jakby w wodę wrzucony. Nie żartował już, nie siedział na swojej ławce. Zaczęli pytać, co się dzieje, i okazało się, iż Stasiu dostał telegram: synowa pisała, iż całą rodziną mieli wypadek samochodowy. Wnuczka jest w ciężkim stanie w szpitalu, a syn Stasia zginął.

Toż to nieszczęście, toż to dramat! całe sołectwo współczuło, ale czy są w ogóle słowa, które mogłyby pomóc w takim smutku?

Stasiu przyjmował kondolencje, ale nie czuł ulgi. Tęsknił za synem nic już nie mógł zrobić, ale żal za wnuczką był jeszcze większy. Leżała w szpitalu, w śpiączce, piętnastoletnia dziewczyna. Powinna żyć długo, szczęśliwie. Stasiu czuł, jak mu rozdziera duszę.

Najgorsze było to, iż synowa już więcej się nie odezwała. Nie pisała, nie odpowiadała na telegramy, nie odbierała telefonu. Jak dowiedzieć się, co z wnuczką? Choć nigdy jej nie widział w rzeczywistości, kochał ją tak samo. Na zdjęciach była podobna do Jadwigi z młodości.

Już się wybierał w tamte strony, gdzie syn mieszkał, kiedy nagle, tuż przed wyjazdem, podjeżdża samochód pod dom Stasia. Wynoszą nosze. Do domu bez pytania wpada jakaś kobieta. Staruszek dopiero po chwili poznaje, iż to żona zmarłego syna. Za nią wnoszą nosze, na których leży wnuczka. Dosłownie rzucają dziewczynę na tapczan i wychodzą.

Jest sparaliżowana od stóp do głów. Nie potrzebuję takiej córki. Ja jeszcze wyjdę za mąż i urodzę sobie zdrowe dziecko! rzuca synowa.

Ale ja przecież nie jestem lekarzem! próbuje protestować Stasiu.

Lekarz nie pomoże. Potrzebuje opiekunki. Nie chcecie się z nią męczyć zakopcie ją żywcem, ja swojego życia marnować nie będę. Nie jestem opiekunką! mówi kobieta, trzaska drzwiami i znika.

Ty jej choćby matką nie jesteś! krzyczy za nią Stasiu.

Wszystko stało się jasne czemu syn nie przyjeżdżał z rodziną w odwiedziny. Z taką żoną tylko na targ narzekać można, nie jeździć w gości… Jak syn mógł się tak pomylić? Tylko już nie zapytasz… Gdyby wiedział, iż żona od córki się wyrzeknie, pewnie w grobie by się przewrócił. I tak zostali we dwójkę Stasiu z wnuczką.

Rzeczywiście, dziewczynka była całkowicie sparaliżowana, ale Stasiu był przyzwyczajony do opieki i pracy w domu. Teraz dostał nowy sens życia! Najważniejszy cel wyleczyć wnuczkę.

Lekarze ją wypisali ze szpitala, uznali, iż nie są w stanie pomóc. choćby nie rozumieli, jak przeżyła ten wypadek obrażenia niemal nie do przeżycia. Zostały tylko ludowe sposoby i znachorka. Ale najbliższa znachorka mieszkała za daleko. Sparaliżowanego dziecka nie zaniosą, a ona do domu nie przychodzi, bo już sędziwa i nie daje rady. Co tu robić, Stasiu nie wiedział…

Prawie co tydzień jeździł rowerem do znachorki, która dawała mu zioła i nalewki dla wnuczki. Tylko tym ją leczył. Minął ponad rok dziewczyna dalej nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, leżała pod kocem jak drewienko. choćby mówić nie umiała, tylko czasem nieartykułowane dźwięki wydawała.

Czasem Stasiu widział, jak po jej policzku płynie łza. W takich chwilach serce pękało mu na pół. Myślał, iż tęskni za matką i ojcem. Długo do niej mówił, czytał książki, ale ona nie odpowiadała. Oboje bardzo cierpieli.

I nagle, pewnego wieczoru, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Stasiu siedział zwyczajnie przy chorej wnuczce, gdy do domu wtargnęła pijana grupa młodzieży z wioski. Okazało się, iż zapomniał zamknąć drzwi. Wracali z dyskoteki, zauważyli światło w oknie. Wiedzieli, iż mieszka tam sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował, żeby wejść i zabawiać się uznali, iż skoro sparaliżowana, to się nie obroni. Popchnęli drzwi otworzyły się.

No, dziadek! Zdejmuj z wnuczki kołdrę i rozstaw nogi! Rzucimy losy, kto pierwszy… rozkazał najbardziej nietrzeźwy z nich.

Zlitujcie się! Ona ma dopiero 15 lat! protestował Stasiu.

Czekaj, tylko zęby umyję powiedział Stasiu, a sam pobiegł do kuchni, otwiera piwnicę i krzyczy: Bierz!

A stamtąd wyleciał olbrzymi owczarek Murzyn. Chwytał łobuzów za spodnie, lewo i prawo! Temu najgorszemu prawie odgryzł przyrodzenie. Pozostałym porwał spodnie na tyłku. Tak uciekali przez wieś z gołymi pośladkami, ludzie się śmiali, a Murzyn gonił ich aż na koniec wsi.

Wraca Stasiu do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno: Murzyn! Murzyn! Dziadku, łap go, żeby nie uciekł!

Staruszek zapłakał ze szczęścia. Od tego czasu wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem sama zaczęła chodzić. Czy to zioła znachorki pomogły, czy ten szok z powodu psa, a może oba w każdym razie zaczęła mówić bez przerwy. Wygadała wszystko przez te lata milczenia. Skąd się wziął pies, pewnie zapytacie?

Wszystko proste: owczarek Murzyn był u syna Stasia, a kiedy zdarzyła się tragedia i synowa pozbyła się i córki, i psa, przywiozła psa razem z dziewczynką, ale Stasiu nic o tym nie wiedział. Kiedy synowa opuściła dom, Stasiu zamykał bramę, patrzy przy bramie siedzi pies. Chudy, wymęczony, oczy jak u chorej krowy, prawdziwe łzy lecą z nich. Stasiu choćby nie wiedział, iż syn miał psa. Nie mógł go wywalić na ulicę zabrał do siebie.

Pies służył mu wiernie, a kiedy tamta banda wtargnęła, był akurat w piwnicy, bo lato było wyjątkowo gorące. Żeby nie cierpiał przez upał, staruszek trzymał Murzyna w piwnicy w dzień, a wieczorem wypuszczał. Tylko tego wieczoru nie zdążył jeszcze wypuścić. Gdyby Murzyn był na wierzchu, ci łobuzi nie weszliby do środka.

Wnuczka wyznała potem, iż kiedy płakała, łzy płynęły jej po policzkach, bo tęskniła za psem. Dziadek tradycyjnie trzymał psa w podwórku, do pokoju go nie wpuszczał. Dziewczynka tęskniła, ale nie miała jak mu tego powiedzieć.

Murzyn przegonił pijanych i wrócił do domu, radośnie oblizując twarz swojej małej pani. Też bardzo się za nią stęsknił. Tak już zaczęli żyć we trójkę: Stasiu, wnuczka i Murzyn i o matce dziewczynki nigdy więcej nie dawali znać.

Idź do oryginalnego materiału