„To, jak swobodnie ktoś może po prostu «być» w przestrzeni miejskiej, wiele nam mówi o tym, kto ma władzę, kto uważa swoje prawo do miasta za wrodzony przywilej, a kto w ogólnym przekonaniu nigdy nie będzie tam pasował”
– pisze Leslie Kern, przedstawicielka geografii feministycznej, rzucając światło na kwestie korzystania z przestrzeni miejskiej przez kobiety. Twierdzi, iż przestrzenie te projektowane były i są głównie przez mężczyzn i dla cispłciowych, dobrze zarabiających mężczyzn. Zadaje pytanie: jak wyglądałyby miasta, gdyby projektowały je kobiety? W geografii feministycznej nie chodzi jednak tylko o infrastrukturę, ale także o relacje między kulturą, która odzwierciedla się w tej infrastrukturze, a pozycją społeczną kobiet.
Miasto strachu, mapy zagrożeń
Autorka „Miasta dla kobiet” poznała życie w Toronto, Londynie i Nowym Jorku, zetknęła się więc z różnego rodzaju problemami, wynikającymi z patriarchalnej i seksistowskiej kultury. Pokazuje, jak się socjalizuje dziewczynki, by nie chodziły w pewne miejsca i o pewnych porach same, ponieważ jest to dla nich zagrażające i jeżeli spotka je coś złego, będą – a jakże – same sobie winne. Chociaż nie ma takich miejsc, w których kobieta nie ryzykowałaby doznania przemocy (bywa nim również dom, miejsce pracy czy transport publiczny), mity wytworzone w kulturze gwałtu powodują przenoszenie strachu na konkretne przestrzenie, składające się – jak pisze Kern – „na nasze osobiste mapy zagrożeń”.

Wielkopolskie Centrum Onkologii, fot. M. Adamski
Traktowanie kobiety jako obiektu obserwacji i molestowania ze strony przygodnie spotkanych mężczyzn sprawia, iż owe „mentalne mapy” wpływają na szereg kobiecych decyzji życiowych, poczynając od wyboru miejsca zamieszkania, pracy i dróg do nich (czy są bezpieczne po zmroku?), aż po sposób przemieszczania się po mieście i korzystania z miejsc rozrywki.
Dla Kern „podrzędna pozycja kobiet wymuszana jest […] przez realną, materialną geografię wykluczenia”. Geografka twierdzi, iż przywileje mężczyzn widoczne są na tle ograniczeń mobilności i dostępu do różnych przestrzeni, jakim podlegają kobiety. W teorii możemy dziś poruszać się po mieście tak samo jak mężczyźni, a jednak prawie każda z nas może opowiedzieć o sytuacjach strachu, gdy wyszło się poza „dozwolone” rejony rzekomego bezpieczeństwa.



A inni w mieście?
Podobny problem przebywania w „mieście strachu” dotyczy mniejszości rasowych czy narodowościowych, osób queerowych, osób z niepełnosprawnościami. Na każdym kroku ryzykują, iż mogą zostać uznane za osoby niebezpieczne, wyłącznie z racji koloru skóry, wyglądu lub „dziwnego” zachowania. Leslie Kern zwraca uwagę na powszechny problem intersekcjonalności, czyli nakładania się na siebie różnych kategorii społecznych (pochodzenie etniczne, płeć, wiek, religia, sprawność, zdrowie itd.), które wzmacniają dyskryminację. W Stanach Zjednoczonych bycie kobietą i jednocześnie queerową osobą czarnoskórą zmusza do większej czujności na ulicach miasta, bo przemoc ze strony policji wobec osób o czarnej skórze jest zjawiskiem powszechnym.

Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Poznaniu, fot. M. Adamski
Żebyśmy nie ulegli złudzeniu, iż to problem „amerykański” – u nas ulice miast też nie są dla wszystkich. Mój znajomy, obcokrajowiec od lat mieszkający i pracujący w Polsce, w ciągu zaledwie pół roku był trzykrotnie legitymowany przez policję bez podania powodu.
Prawdopodobnie działo się tak z uwagi na jego wygląd, bo jako żywo przypomina mieszkańca Bliskiego Wschodu, chociaż nim nie jest. Aparycja sprowokowała także napaść na niego chuliganów na poznańskim Starym Rynku.
Kern pisze o trudnościach, z jakimi borykają się grupy ubogich czarnoskórych kobiet, zamieszkałych z konieczności w dzielnicach o słabej infrastrukturze handlowo-usługowej, słabo skomunikowanych z centrum miasta. Jako walcząca o prawa kobiet w pewnym momencie uświadomiła sobie, iż jako biała, zdrowa kobieta i tak jest w stosunku do nich uprzywilejowana i iż w walce o prawo do miasta nie można pomijać osób o różnych potrzebach, by likwidując jeden rodzaj wykluczenia, nie wzmacniać innych. Autorka „Miasta dla kobiet” przyznaje, iż nie ma tu łatwych rozwiązań. Proces zmiany uwzględniający intersekcjonalność jest złożony i wymaga nieustannej dyskusji społecznej, w którą powinni zostać włączeni przedstawiciele grup mających różne doświadczenia wykluczenia. Przy planowaniu przestrzennym konieczne jest wyobrażanie sobie, jak zaprojektowałyby miasto osoby o innych potrzebach, na przykład młode karmiące matki z dzieckiem w wózku.



Pacjent na hulajnodze
Leslie Kern jest nie tylko geografką, ale także aktywistką, uczestniczącą w wielu protestach ulicznych. Swoje doświadczenie podsumowuje smutną konstatacją: „zmiana społeczna nie dokonuje się bez jakiejś formy protestu”. I zwraca uwagę, iż większość praw, jakie kobietom udało się zdobyć, została wywalczona.

Szpital Kliniczny im. Karola Jonschera Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, fot. M. Adamski
Książka Kern dodała mi nieco odwagi, by zabrać głos w sprawie słabszych mieszkańców miasta. Nie pretenduję, by wypowiadać się w imieniu wszystkich wykluczonych grup, nie jestem też jedyna, która taki temat podejmuje, ale skorzystam z własnego doświadczenia, które jest lub może stać się doświadczeniem innych.
To doświadczanie miasta z perspektywy chorej/chorego czy pacjentki/pacjenta. Od wielu lat jestem zmuszona korzystać intensywnie ze szpitali oraz innych placówek medycznych i nie mogę zrozumieć pewnych decyzji zarządzających miastem. Poznań ma dużo szpitali i większość, choćby tych, które kiedyś znajdowały się na jego obrzeżach, dziś funkcjonuje w szerzej pojętym centrum miasta. Dopóki ktoś nie musi zbyt często zjawiać się w tych placówkach z racji przewlekłej choroby swojej lub bliskiej osoby, może nie wiedzieć, na jakie piekło narażeni są pacjenci i ich rodziny próbujący dotrzeć do większości szpitali w Poznaniu. Chorzy nie wybiorą się tam rowerem ani miejską hulajnogą, a w przypadku wielu pacjentów bardzo ryzykowne i mocno uciążliwe jest także korzystanie z transportu publicznego. Do czego zmierzam? Najczęściej jedziemy lub wieziemy chorego do szpitala samochodem. I gdzieś ten samochód trzeba zaparkować. Skorzystanie z auta jest w tym przypadku nie kaprysem, ale koniecznością. Jednym z bardziej newralgicznych obszarów Poznania są okolice między ulicami Szamarzewskiego, Szpitalną, Grunwaldzką i Przybyszewskiego, gdzie mamy niewiarygodne zagęszczenie szpitali. Zaparkować w okolicy (nawet nieco dalszej) któregoś z nich, graniczy z cudem. Najrozsądniejszą decyzją byłoby szukać przestrzeni dla chociaż niektórych z tych placówek w dzielnicach położonych z dala od centrum, w sąsiedztwie enklaw zieleni, tak potrzebnych dla zdrowienia, z dobrym transportem publicznym, ale także miejscami do parkowania. Udało się to w przypadku Wielkopolskiego Centrum Pediatrii, otwartego niedawno na ulicy Wrzoska. Niezrozumiałe jest dla mnie natomiast, dlaczego dokonano rozbudowy Wielkopolskiego Centrum Onkologii w ekstremalnie trudnym komunikacyjnie miejscu Poznania, bez parku dla pacjentów, w dużym stężeniu spalin i hałasie. Czy naprawdę nie można było przenieść szpitala w bardziej przyjazne dla pacjentów miejsce? Czy takie przyjazne miejsca należą się tylko deweloperom budującym ekskluzywne apartamentowce? Na stronie WCO napisano przed remontem: „Nowoczesny obiekt, który powstanie przy skrzyżowaniu ulic Garbary i św. Marii Magdaleny w Poznaniu, stanie się kluczowym ośrodkiem ambulatoryjnej opieki onkologicznej […] w zachodniej Polsce”. No właśnie, pacjenci zjeżdżają tu z całego regionu. Spróbujmy zaparkować w okolicach tego „kluczowego ośrodka”, w ścisłym centrum, gdzie znajduje się w dodatku kilka szkół. Jest to w większości przypadków niewykonalne. Czy mamy zatem wsadzić chorego onkologicznie pacjenta na hulajnogę?



Rozwój miasta? Ale jaki i dla kogo?
Tkanka miejska się zmienia, czy tego chcemy, czy nie. Inna sprawa, na ile te zmiany są korzystne dla jego mieszkańców. To, co często nazywa się rozwojem miasta, bywa zabójcze dla funkcjonowania wielu jego mieszkańców. Aby miejska przestrzeń była przyjazna dla różnych grup, by chciało się w niej przebywać, by zachować równowagę między zabudową a zielenią i przestrzeniami rekreacyjnymi, konieczne jest planowanie długofalowe.

Wielkopolskie Centrum Onkologii, fot. M. Adamski
Miasto nie jest (a w każdym razie nie powinno być) własnością ani zarządzających, ani bogaczy, ani młodych, zdrowych rowerzystów. To przestrzeń wspólna, delikatna tkanka, której kształt i funkcjonalność powinny być wciąż negocjowane.
A to, jakie miejsce zajmują w nim osoby starsze, słabsze, chore czy z niepełnosprawnościami, świadczy o tym, w jakim stopniu jesteśmy społecznością humanitarną. jeżeli będziemy milczeć, ryzykujemy życie w – jak pisze Leslie Kern za geografką Brett Story – „mieście kapitału”, „mieście niczyim”.


