Po 40 nie jestem już taka sama jak wcześniej. Chyba dopiero teraz jestem sobą. W końcu mam odwagę żyć po swojemu, czy się komuś to podoba czy nie iść własną, często samotną ściężką. Wcześniej ustawicznie zgadywałam, co należy i czego się ode mnie oczekuje, dostosowywałam się na siłę, wpasowywałam w ciasne ramy, uciszałam własne potrzeby, zagryzałam wargi, odwracałam głowę. Byle mieć obok siebie wiele osób. Próbowałam być taka jak wszystkie, aby zyskać akceptację i poczucie spokoju. Teraz patrzę na to inaczej, już nie przejmuję się, co sądzą ludzie, dla których tak naprawdę nic nie znaczę. Wybieram prawdę i autentyczność – jako coś oczywistego, mimo protestów i jazgotu wokół. To, co robię teraz może mniej podoba się innym, ale mi pasuje w pełni. I dziś wiem, iż to wystarczy. Nie muszę rozglądać się naokoło, by potwierdzać, iż jestem ok.

Zmiana przychodzi nagle? Nie. Ona przychodzi powoli
Kiedyś myślałam, iż zmiana przychodzi nagle, jest czymś, czego się nie spodziewamy i na co nie jesteśmy się w stanie przygotować. Jak trzęsienie ziemi, które przesuwa fundamenty, łamie ściany w pół, zrzuca cegły, przynosi rozpacz i zostawia po sobie kurz z pustką i pytaniem, co dalej. Tymczasem zmiana przyszła do mnie po cichu. Między jednym a drugim łykiem herbaty, w jakiś zimny poranek. Wślizgnęła się w codzienność, w drobne decyzje, w pewność głosu, kiedy mówię „tak” i w brak wyrzutów sumienia, w jaki wreszcie nauczyłam się mówić „nie”. Któregoś dnia zrozumiałam: nie jestem już tą samą kobietą, którą byłam przed czterdziestką. Nie wywołało to we mnie stresu, ani protestu. Wprost przeciwnie, przyszło ze spokojem i akceptacją, że w końcu jestem taka, jaka zawsze chciałabym być.
Zyskałam spokój nie dlatego, iż coś straciłam. Dlatego, iż wreszcie zaczęłam odzyskiwać siebie.
„W pewnym momencie życia przestajemy się pytać, kim powinniśmy być, a zaczynamy być tym, kim jesteśmy.” Brene Brown
Przed czterdziestką żyłam tak, jakby wszystko było jeszcze przede mną
Przed 40 sądziłam, iż mam czas. Wtedy wciąż miałam nieodparte wrażenie, iż życie jest jak długi korytarz pełen drzwi, które można otwierać bez końca. Mogę wybierać, przebierać, mam czas na złe decyzje i życie na próbę. Że zawsze będzie okazja, żeby zmienić kierunek, zacząć od nowa, naprawić to, co nie działa. Byłam szybka, ambitna, trochę niecierpliwa. Chciałam więcej, szybciej, mocniej, zbierać głaski i oklaski. Chciałam udowodnić: mniej sobie, ale więcej światu, ludziom, którzy patrzyli, iż jestem wystarczająco fajna, mądra, zabawna.
Dziś wiem, iż to nie była ambicja. To był lęk przed oceną i strach przed odrzuceniem. Sądziłam, iż jeżeli nie będę wystarczająca, to ktoś mnie nie wybierze. Że jeżeli nie będę idealna, to nie zasłużę. jeżeli będę sobą, nikt mnie naprawdę nie polubi, bo mam być taka, jak kobiety wokół. Większość nie może się mylić. Ona zawsze ma rację.
Dzisiaj wiem, iż prawda nie zależy od większości. To, jak żyjemy to powinien być nasz wybór. Nie mamy nieograniczonego czasu. I naprawdę bez sensu marnować dni na coś bez znaczenia.
Po czterdziestce przestałam gonić. Zaczęłam wybierać
Po 40 zaczęłam selekcjonować. Nie zawsze rezygnować i odrzucać, ale pytać o siebie, czy naprawdę powinnam się w to angażować. Wyobraziłam sobie swoją energię jako baterię, którą marnuję w ciągu dnia na niepotrzebne rzeczy. To zmieniło moje nastawienie.
Przestałam biec za ludźmi, którzy nie chcieli iść ze mną. Zabiegać o tych, którzy byli obok, gdy im było wygodnie.
Przestałam udowadniać swoją wartość tam, gdzie nikt jej nie widział. Na siłę wpasowywać się w reguły gry, które ktoś ustalił.
Przestałam tłumaczyć się z granic, które chronią moje zdrowie, czas i spokój. Po prostu zaczęłam je stawiać, ku zdumieniu i protestom tych, którzy dotąd korzystali na tym, iż zbyt często kierował mną toksyczny wstyd i nieuzasadnione poczucie winy.
Zrozumiałam, iż życie nie jest już nieskończonym korytarzem drzwi.
To raczej ogród, który mogę pielęgnować — świadomie, uważnie, z czułością.
Nie wszystko musi rosnąć. Nie wszystko musi zostać. Pewne rośliny mogę wyrwać, żeby zrobić miejsce innym, pomóc rozkwitnąć tym, które dotąd rosły cicho w cieniu.
„Nie jesteśmy tu po to, by być grzeczne. Jesteśmy tu po to, by być wolne.” „Nie jesteś zobowiązana do bycia tą samą osobą, którą byłaś kiedyś.” Prawda?
Moje ciało odzyskało głos
Przed czterdziestką traktowałam ciało jak narzędzie. Często jako nielubioną część mnie, ciągle coś chciałam poprawiać, zmieniać, uważałam, iż za dużo we mnie czegoś a innego za mało.
Po czterdziestce zaczęłam traktować ciało jak sojusznika. Jako to coś, co mnie prowadzi i nigdy nie zawodzi.
Zauważyłam, iż ono pamięta.
Pamięta przemęczenie, niespanie, zażynanie się, stawanie na rzęsach, żeby udowodnić, dać radę mimo wszystko, pamięta stres, pamięta lata, w których stawiałam wszystkich przed sobą, bo uważałam, iż tak trzeba. I zaczęłam wreszcie słuchać, tego cichego buntu, które mi serwuje, wcale nie z lęku, ale z szacunku, z wdzięczności, iż ciągle mimo wszystkiego, co mu serwuje daje radę, mimo iż nie byłam najlepsza…
To nie jest słabość, iż zwróciłam się do siebie.
To jest mądrość, którą zdobywa się dopiero wtedy, gdy przestaje się wierzyć, iż jest się niezniszczalną.
Zyskały moje relacje
Przed 40 chciałam być przede wszystkim lubiana. Po 40 chcę być prawdziwa.
Jeśli ktoś nie akceptuje mnie prawdziwej, to trudno. Ma do tego prawo. Ja jednak nie muszę się zmieniać, nie muszę grać, żeby zadowalać wszystkich wokół mnie.
Nie potrzebuję już tłumów, ludzi klaszczących i podziwiających. Potrzebuję prawdziwych osób, relacji, bez wciągania brzucha i prostowania pleców na siłę, ze swobodą i prawdziwą ja.
Odpuściłam jednostronne relacje. Zrezygnowałam z ludzi, do których ja zawsze odzywam się pierwsza. Przestałam to robić. Część zadzwoniła, inni zamilkli. Pożegnałam tych drugich bez żalu. Wokół pozostali ci, którzy naprawdę mnie znają, a nie osoby, które są obok, bo im to się po prostu z różnych powodów opłaca.
Dlaczego po 40 jestem inną kobietą?
Ponieważ:
- wiem, iż sobie poradzę. Mniej się boję,
- szybciej odpuszczam,
- mocniej kocham siebie,
- mądrze kocham innych,
- nie czuję się już odpowiedzialna za samopoczucie wszystkich wokół,
- mniej się spalam,
- nie działam na siłę,
- wiem, czego chcę,
- nie boję się po to sięgać.
W końcu przestałam być tą, którą chcą, żebym była. Zaczęłam być sobą. Tak naprawdę.
Czterdziestka dała mi odwagę
Odwagę do tego, żeby nie przepraszać za swoje potrzeby. Nie biczować się za błędy, które każdy popełnia, ale traktować je jak istotną lekcję. Nie bać się zmian, które są nieuniknione. Marzyć, bo od marzeń wszystko się zaczyna. Mówić prawdę, mimo iż to często się nie opłaca. Żyć tak, jak się chce, mimo iż nie zawsze to proste.
Czy to dotyczy tylko mnie?
Badanie nad „U‑kształtną krzywą szczęścia” (Blanchflower i Oswald) pokazują, iż dla wielu kobiet okolica 40 urodzin to czas życiowych przewartościowań. To czas, kiedy rośnie świadomość, a spada poczucie presji społecznej. Po dołku, w który wpadamy, gdy odrobimy życiową lekcję, rośnie poczucie satysfakcji, spełnienia i sensu.
Inne badanie, tym razem prowadzone nad tożsamością dorosłych kobiet (McAdams, 2013) dały wniosek, iż około 40 reinterpretujemy własną historię i w końcu stajemy się tą, którą zawsze chciałyśmy być. To moment dojrzewania psychicznego, które pozwala odrzucić to, co zostało nam narzucone i pozostawić to, co jest naprawdę nasze.
Z kolei badania nad relacjami po 40 (Carstensen – teoria selektywności społecznej) udowadnia, iż wraz z wiekiem zawężamy krąg znajomych, wybieramy relacje, które dają nam poczucie spokoju i akceptacji.
Wszystko to, co się dzieje około 40 roku życia to nie kryzys, to życiowa zmiana, rewolucja, która pozwala nam iść dalej, tym razem w kierunku, który same wybieramy.

3 godzin temu





