Panna młoda
Pewnego zimowego wieczoru jeszcze długo po zapadnięciu zmroku siedziałam zadumana przy oknie, wspominając tamte dawne dni, kiedy los poprowadził mnie krętymi ścieżkami przez Warszawę. Światła w domach za oknami mrugały wesoło, ale czy było jasno, czy ciemno, nie miało już wtedy dla mnie większego znaczenia. Anna bo tak nazywałam się kiedyś miała poczucie, iż wszystko już zostało w życiu rozdane: własne mieszkanie, stabilna praca jako felczerka ratunkowa, a mimo to w sprawach sercowych los nie chciał jej sprzyjać. Przysłowie mówiło: Zegar tyka i czułam je we własnych kościach, gdy znajome z dawnych czasów wychodziły jedna po drugiej za mąż i rodziły dzieci, a ja ciągle byłam sama. W czym byłam gorsza od innych? zadawałam sobie pytanie, głaszcząc moich wiernych, futrzastych towarzyszy, którzy tulili się do mnie ze wszystkich stron.
Rodzice odeszli wcześnie. Najpierw tata, potem mama. Opiekę przejęła nade mną babcia Zofia, która własne podwarszawskie domostwo oddała mi, byśmy obie mogły urządzić sobie lepszą przyszłość ja z marzeniem o studiach medycznych, ona pogodzona już ze swoim spokojem. Niestety, do Akademii Medycznej w stolicy nie dostałam się, więc rozpoczęłam naukę w szkole medycznej i tak trafiłam do pracy w pogotowiu, gdzie dyżury nocne i świąteczne to była codzienność.
W dzieciństwie pragnęłam mieć psa albo kota, ale mama miała okrutną alergię na sierść. Zorientowałyśmy się, kiedy pewnego wiosennego popołudnia zaniosłam do domu znalezionego na ulicy rudego kociaka Przemytnika, jak go nazwałam. Mama natychmiast dostała ataku astmy, więc Przemytnik musiał pójść pod dach babci. Po śmierci rodziców dołączył do mnie kolejny kot, bury i spokojny Tofik znaleziony pod śmietnikiem na Pradze. O psie długo rozmawiać z babcią nie miałam śmiałości, była za stara na taki trud, jednak pustka w domu aż bolała.
Z biegiem lat zamiast życiowego partnera zebrałam wokół siebie piątkę wiernych przyjaciół, bez których życie byłoby niemożliwe. Suczka Błyskawica pręgowana kundelka o szybkim jak wiatr temperamencie, pojawiła się wokół supermarketu na Grochowie, dokąd próbowała się wślizgnąć przed mrozem. Żaden ze stróżów jej nie lubił. Zlitowałam się, zapakowałam do torby i tak zaczęła się nasza przyjaźń.
Nie minął miesiąc, a zawitała do mnie przecudna jamniczka Bronka. Jej poprzedni właściciele, przeprowadzając się do nowego mieszkania na lewym brzegu Wisły, zostawili ją na podwórku na mrozie bo jeszcze zniszczy parkiet czy meble. Siedziała pod drzwiami, próbując dostać się do klatki i płakała. Gdy usłyszałam jej historię od sąsiadki, nie zastanawiałam się ani chwili. Do Bronki zawsze przykładałam się z opieką owijając jej długie uszy szalikiem, by nie marzły.
Czwarta dołączyła Kocina zadziorna trikolorowa kotka, która sama wtoczyła się pod moje nogi przed świtem, gdy biegłam na dyżur na Wolę. Sztywna z zimna, okryta lodem, z żałosnym miaukiem domagała się ratunku. Wpuściłam ją do bloku przy kaloryferze, napisałam kartkę na klatce: Proszę nie wyganiać kotki! Odbiorę po dyżurze i posprzątam”. Tak została moją luną Kociną. Miała charakter szefowej i wprowadziła swoje porządki w domu.
Ostatni był maleńki, cichy kotek Misio wróbelek z parku Skaryszewskiego, którego prawie rozdziobały kruki. Wyrosło z niego miłe, ciche futro, zawsze pokorne i zgodne ze wszystkimi domownikami.
Ukochałam moja zwierzęcą rodzinę, wiedząc, iż nie wszystkim kandydatom na narzeczonych spodoba się taki wybieg w mieszkaniu. Babcia Zofia z cichym uśmiechem powtarzała:
Aniu, kochanie, po co ci aż tyle tych zwierząt? Młodzi dziś wybredni, zuchwali, zaraz narzekają, iż im za trudno. A nie wszyscy tak, jak ty, kochają zwierzęta.
To nie są moi ludzie, babciu odpowiadałam zwykle.
Tak było z Pawłem, pierwszym, z którym spotykałam się na stażu. Nie znosił zwierząt, rozstaliśmy się bez żalu. Potem pojawił się Maciej urokliwy, wygadany, brązowooki, mistrz województwa w pływaniu. Umiał zrobić wrażenie, a i z Błyskawicą oraz Bronką potrafił czasem wyjść na spacer. Wydawało się, iż ślub za pasem.
Ale z biegiem miesięcy zwierzaki zaczęły go unikać. Błyskawica warczała, Bronka chowała się za mną, Koty omijały szerokim łukiem, Kocina prychała z odrazą. Pewnego wieczoru, gdy gotowałam w kuchni, wyszłam na balkon i zobaczyłam, jak Maciej z twarzą wykrzywioną ze złości uderza Bronkę, która przypadkiem przybrudziła mu białe adidasami. Błyskawica chciała ją bronić i sama oberwała paskiem po pysku.
Wybiegłam, wyrwałam Maciejowi smycze i uderzyłam nim po rękach, tak jak nauczyła mnie babcia żeby wiedział, jak to jest. Maciek złapał się za palce i obruszył:
Oj, przecież nie bolało… To tylko lekcja, by się pilnowały!
Wyjdź, nie wracaj! Nigdy! odpowiedziałam ostrym głosem.
I dobrze, dość już mieszkania w zoo! prychnął. Powiedział coś jeszcze o darmozjadach, co odezwało się we mnie długo jeszcze potem. Przez wiele tygodni tłukły mi się po głowie jego słowa. Po roku myślałam, iż już nigdy mi się nie ułoży. Pogodziłam się już z myślą o samotności…
Aż pewnego marcowego poranka, podczas nocnego dyżuru na szpitalnym oddziale ratunkowym, do pokoju wpadł lekarz traumatolog, doktor Aleksander Jankowski. Pisząc w papierach, podniósł wzrok. Nasze spojrzenia spotkały się jak uderzenie prądem. Nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, a jednak ta fala zmiotła mnie z miejsca.
Aleksander, nie bawiąc się w konwenanse, zdobył mój numer telefonu i zadzwonił następnego dnia. Zaczęliśmy się spotykać. Czułam, iż traktuje mnie poważnie. Było i radośnie, i strasznie co będzie, jeżeli i ten związek się rozpadnie?
Dlatego przez długi czas nikomu nie mówiłam o moim domowym zwierzyńcu. Odwiedzałam Aleksandra w jego kawalerce na Żoliborzu, ale do siebie nigdy go nie zaprosiłam, tłumacząc się chorymi krewnymi. Po kilku miesiącach zaczęło to wyglądać podejrzanie.
W końcu postanowiłam: na kilka dni przed zaręczynami, gdy zdecydowaliśmy się na ślub, wywiozłam wszystkie zwierzaki do babci na wieś pod Warszawą. Kociny zaprzyjaźnione z babcią, psy znające okolice, nie czuły się źle, ale babcia była tym rozwiązaniem bardzo zmartwiona.
Aniu, z tego nie będzie nic dobrego. Aleksander to porządny człowiek, a ty zaczynasz z kłamstwem…
Ja nie wyobrażam sobie życia ani bez niego, ani bez mojej zwierzęcej rodziny wzdychałam.
W ten sposób żyłam na pół gwizdka, codziennie biegnąc do babci, aby przytulić Błyskawicę, Bronkę, Kocinę, Misia i Tofika.
Przyszedł dzień, zaręczyny i pierścionek z ametystem w kształcie serca. Wesele zbliżało się wielkimi krokami. Pewnej niedzieli po południu zabraliśmy się z Sashą za liczenie gości. W kuchni pustka, wszędzie ślady po kotach i psach, ale udało mi się wszystko wyczyścić. Aleksander wyrzucał śmieci i wypadły z torby opakowania po karmie dla zwierząt.
Skąd to?
Przynieśli znajomi, potem opowiem wykręcałam się nerwowo.
W tym samym czasie babcia wypuściła Błyskawicę z Bronką na spacer, a listonoszka, roznosząc świadczenia emerytalne, nie domknęła furtki. Kocina, Miś i Tofik zaraz wyszli na dwór. Cała piątka ruszyła przed siebie zamiatała ogonem Błyskawica, zamykała szyk Kocina, bacznie pilnując towarzystwa.
Na przejściach dla pieszych ludzie się oglądali, widząc taki orszak: jamnik z szaliczkiem przewieszonym na bok, koty dobrej myśli i psy prosto do… mieszkania na Ochocie.
Aleksander usłyszał tupot i skomlenie dobiegające zza drzwi. Otworzył i nie wiedział, czy śnić, czy się śmiać. Na przodzie jamniczka w szaliczku, potem kundelka i cała gromada kotów, trącając łapkami śnieg z futer.
Co to za ekipa?
Upadłam z zażenowania na szafkę w przedpokoju, ukrywając twarz w dłoniach. Błyskawica i Bronka rzuciły się szczekać na Aleksandra, a Kocina zaczęła syczeć.
Mówiłaś, iż nie masz posagu… zażartował nieco gorzko. Zaraz potem wziął kurtkę i uciekł, trzaskając drzwiami.
Usiadłam w kącie z moją futrzastą kompanią i rozpłakałam się, przeklinając własną nieporadność i strach przed szczerością. Byłam pewna, iż wszystko stracone.
Minęło jednak kilka godzin. Ktoś zapukał do drzwi. Na progu stał Aleksander obładowany siatkami pełnymi najlepszej karmy dla psów i kotów.
Nie zamykaj drzwi, zaraz wracam.
Po kilku minutach wrócił, prowadząc na smyczy elegancką jamniczkę w czerwonym kombinezonie.
To jest Nika, moja sunia. A to jest Basia, wyjął spod kurtki rudą kotkę była u mojej siostry. Będą nowe w twojej drużynie?
Po latach z Aleksandrem nieraz serdecznie śmieją się nad wspomnieniem tamtej historii. Kto wie, jak by się losy potoczyły, gdyby nie ten posag trzy koty, dwie suki i cała masa miłości.






