Płot obwieszony starymi nartami, deskami snowboardowymi, rowerowymi ramami, metalowymi tarczami, tablicami i drobnymi przedmiotami codziennego użytku. Obok – drzewa „udekorowane” zegarkami, obrazkami, krzyżykami i drobiazgami wyglądającymi jak z domowego strychu. Tak wygląda instalacja, która od pewnego czasu przyciąga uwagę przechodniów na terenach zielonych w rejonie ul. Wileńskiej.
Nie ma tablicy informacyjnej, nie ma podpisu autora ani wyjaśnienia celu. Jest za to chaos przedmiotów i wrażenie, iż ktoś przeniósł fragment prywatnej kolekcji – albo wspomnień – w przestrzeń publiczną.
Sztuka, folklor czy samowola?
Dla jednych to oddolna forma sztuki plenerowej, osobista opowieść zbudowana z przedmiotów „drugiego życia”. Dla innych – estetyczny problem i pytanie o granice: czy każdy może dowolnie „instalować” swoje wizje na wspólnej zieleni? Instalacja nie przypomina klasycznej rzeźby ani elementu małej architektury. Bardziej kojarzy się z prywatnym ogrodem osobliwości, który niespodziewanie wyrósł w półpublicznej przestrzeni osiedla.
Co mówią mieszkańcy?
Reakcje są skrajne. Jedni zatrzymują się, robią zdjęcia, traktują miejsce jak lokalną ciekawostkę. Inni pytają wprost: kto na to pozwolił ? Pojawiają się też obawy o bezpieczeństwo – metalowe elementy, wystające krawędzie, brak zabezpieczeń.
Brak informacji = pole do domysłów
Największym problemem nie jest sama instalacja, ale brak jakiejkolwiek informacji. Gdyby była to legalna realizacja artystyczna, wystarczyłaby prosta tabliczka: autor, idea, czas trwania. jeżeli to prywatna inicjatywa bez zgody właściciela terenu – pojawia się pytanie o reakcję miasta lub zarządcy zieleni.
W przestrzeni publicznej choćby najbardziej oryginalny pomysł wymaga jednego: czytelnych zasad. Bez nich granica między sztuką, folklorem a samowolą gwałtownie się zaciera.
(PB)
(fot. FB)

2 godzin temu




