NA WSZELKI WYPADEK
Popatrzyłem na płaczącą koleżankę, wzruszyłem ramionami i wróciłem do klepania w klawiaturę.
Ty to jesteś bez serca, Wero mruknęła Basia, szefowa naszego działu.
Ja? Skąd taki wniosek?
Bo jak w życiu prywatnym wszystko Ci się układa, to jeszcze nie znaczy, iż inni też tak mają.
Widzisz przecież, jak się dziewczyna rozpadła może byś ją pocieszyła, coś doradziła, podzieliła się swoim doświadczeniem?
Ja? Z nią? Oj, podejrzewam, iż nasza Nadzieja nie byłaby zadowolona. Próbowałem kiedyś, kilka lat temu, jak przychodziła do pracy z makijażem w odcieniach fioletu. Was wtedy jeszcze nie było.
I nie, to nie facet ją tłukł, tylko sama się nadziała potykała się niby przypadkowo, a jak książę zwiał w siną dal, to i siniaki zniknęły. To już był trzeci uciekinier.
Wtedy postanowiłem wesprzeć koleżankę tak z serca, po ludzku.
Ale wyszło na to, iż jeszcze zostałem winny całej sytuacji.
Potem mi koleżanki wytłumaczyły, iż z Nadią to sprawa przegrana ona wszystko wie najlepiej.
Że to niby ja zniszczyłem jej szczęście i byłem winnym rozstania.
Za dawnych czasów latała do wróżki i robiła zaklęcia, teraz poszła z duchem czasu i chodzi do psychologa. Przepracowuje traumy.
Nie dociera do niej, iż żyje wciąż według tego samego schematu, tylko imiona zmienia.
Więc wybacz mi, ale nie będę sypać żalu i wycierać łez chusteczką.
I tak nie powinnaś być zimna odburknęła Basia.
Na obiedzie siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole, a temat był tylko jeden były Nadziei, drań i oszust.
Cicho jadłem zupę, nalałem sobie kawy i zaszyłem się w kącie przewijając Facebooka.
Wera usiadła obok mnie rubensowska, zawsze uśmiechnięta Tola, ale dziś smutna naprawdę nie żal Ci w ogóle Nadziejki?
Tolu, czego ode mnie chcecie?
Daj jej spokój parsknęła Iwona jej to się powodzi, ma swojego kochanego Sławka, żyje jak pączek w maśle, nie rozumie, co to znaczy zostać samą z dzieckiem, bez pomocy, bez pieniędzy. Spróbuj tu jeszcze wyegzekwować alimenty od tego tatusia.
Nie trzeba było rodzić, nie wiadomo od kogo, do tego w tym wieku… dorzuciła swoje trzy grosze pani Teresa, najstarsza w zespole, przez dziewczyny zwana ciocia Terenia. Wera ma rację, ile razy już ta dziewczyna płakała? Jeszcze będąc w ciąży nerwy sobie zżerała, a wcześniej to już szkoda gadać…
Kobiety otoczyły zapłakaną Nadię i udzielały jej rad, co robić, jak zacząć nowe życie.
Co zrobiła? A jakże, niezależna i silna Nadzieja postawiła na swoim.
Sprowadziła mamę ze wsi, by pomogła z synem i tym niewdzięcznym, a sama zaczęła dochodzić do siebie.
Doczepiła sobie grzywkę, zrobiła brwi permanentne, dokleiła rzęsy, chciała sobie kolczyk w nos wsadzić, ale odwiodły ją od tego argumenty całego działu.
I… poszło!
Nic nie szkodzi, Nadiuś, on jeszcze zatęskni, jeszcze łez wyleje dodawały koleżanki otuchy.
Nie wyleje powiedziałem pod nosem, choć zostałem usłyszany.
Jak to nie?
Tak to. On nie będzie płakał, nie tęsknił. A Nadzieja już za chwilę znajdzie sobie kolejnego.
Łatwo ci mówić, bo masz swojego Sławka, pewnie inny niż ci wszyscy.
Inny… Mój Sławek to złoty człowiek. Nie bije, nie pije, nie lata za babami, za mną życia by nie oddał.
Eee, wszyscy tacy sami!
Uważaj, Werka, jeszcze ci go odbiją.
Próbujcie, on nie pójdzie.
Nie bądź taka pewna.
Wino uderzyło kobietom do głów i zaczęły przekrzykiwać się jak na jarmarku.
A może zajedziemy do ciebie, Werka, zobaczymy czy Sławek się oprze naszym uroków? Pewnie choćby nas nie zaprosisz, boisz się o męża.
Jedziemy, proszę bardzo!
No to jedziemy, dziewczyny! Ciocia Terenia, z nami?
Nie, kochane, mój Stefan w domu czeka Ale wy śmigajcie.
Wpadły wesołą gromadką do mnie, śmiechom nie było końca, plątały się po kuchni.
No to co, dziewczyny, szybciutko coś zrobimy jeszcze, Sławek zaraz wraca.
Nic wielkiego gotować nie trzeba, drobiazg wystarczy, a poza tym zaraz będzie.
Każda się trochę uspokoiła, przypomniała o obowiązkach domowych i rozjechały się do swoich mieszkań, zostały tylko Nadzieja, Basia i Tola.
Piłyśmy herbatę w mojej kuchni, rozmawiały o nie wiadomo czym, a atmosfera zrobiła się trochę niezręczna.
Zaczęły powoli się zbierać.
W pewnym momencie ktoś wszedł do mieszkania.
Sławek! Słaaawuszku, mój kochany chłopczyku! zawołałem czułym tonem.
Kobiety natychmiast zrobiły się niepewne, poczuły się nieswojo, gdy do pokoju wszedł wysoki, przystojny chłopak.
Wszystkim zapaliła się czerwona lampka: o co chodzi? Mąż o wiele młodszy od Wery?
Dziewczyny, poznajcie! To mój Damian!
Damian? Ale jak to Damian?, zdziwienie malowało się na twarzach.
Syn mój, Damianek. Sławek, jak się dziś czuł?
W porządku, mamo. Musi teraz odpocząć, lada dzień do siebie dojdzie. Tylko nie pozwalaj mu lizać tego miejsca.
Kobiety zarumieniły się…
My… chyba się zbieramy?
Poczekajcie, nie przedstawiłem wam jeszcze Sławka, tylko ciiicho po operacji jest, Damian z żoną go zawieźli do weterynarza na kastrację, bo zaczął mi zasikiwać firanki… chodźcie zobaczyć.
No i tu leży, mój Sławek, śpi sobie spokojnie.
Dziewczyny ledwo powstrzymywały śmiech, wybiegły z pokoju.
Wero, toż to kot!
No a kto miał być?
Ale… mąż?
Eee, nie mam męża. To wy sobie dopowiedziałyście kiedyś tylko rzuciłem, iż mam wspaniałego Sławka i potem każdy już dokładał kolejne kawałki, a wy uwierzyłyście.
Wyszłam za mąż młodo, wielka miłość, brawura, nie skończyłam studiów, urodziłam Damiana.
Trzy lata się męczyłam, ale rozstaliśmy się w przyjaźni. Rodzice bardzo nam pomagali.
Drugi raz wyszłam za mąż tuż przed trzydziestką.
Facet bardzo pozytywny, miał wielkie plany iż urodzę mu syna i córeczkę do kompletu, a Damian… no może do wojskowej szkoły? Tam uczą, ubierają, jak nie zawsze można do babci.
Odesłałam go do teściowej.
Długo nie rozumiał, fochy strzelał, a jak matka stwierdziła, iż cudzych dzieci nikt nie chce, uznałam, iż czas postawić kropkę. A sama była drugi raz zamężna, czyli jej mąż wychowywał nieswoje dziecko Ot, życie.
Z Damianem żyliśmy we dwoje, aż wzięłam się na odwagę i spróbowałem trzeci raz, choć wiedziałem, iż na rynku matron już konkurencja spora, a i do trzech razy sztuka.
No i przy randkowaniu kochaś z miłości takiej silnej i szczerej podbił mi oko.
A iż Damian od małego trenował karate, to i w domu ćwiczyliśmy razem.
Radziłem sobie, do tego Otella miałem już dobrą rękę wyleciał z hukiem.
Potem Damian się ożenił, mnie zaczęło być trochę smutno, więc przygarnąłem Sławka, kocura.
Chodzimy razem do kina, na spacery, choćby na wakacje nikomu nic nie muszę tłumaczyć, nikomu nie jestem winny czułości ani codziennego raportu.
Czasem ugotuję coś dobrego, zaproszę gości Sławek zawsze zadowolony, nie czepia się.
Damian kiedyś pytał, czemu nie zamieszkałem z kimś na stałe.
Po co? Jesteśmy dorośli, każdy ma swoje nawyki. Co innego, gdyby się przez 30 lat żyło razem, jak ciocia Ela z wujkiem Stasiem wtedy się zrosło korzeniami.
A ja nie mam potrzeby udowadniać całemu światu, iż mam męża.
Ze Sławkiem dobrze nam razem.
Prawda, Sławku? Patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami, jakby wiedział, iż gdyby po raz kolejny zaczął znaczy firanki, wylądowałby u weterynarza.
Dziewczyny wracały do domu zamyślone, szczególnie Nadzieja.
Ale nie umiała być sama, jak Wera.
Już po miesiącu ogłaszała światu nową miłość i cieszyła się z bukietów przynoszonych do biura.
Tylko ja z Ciocią Terenią wymieniałyśmy uśmiechy.
I jak tam Twój Stefan, ciociu?
Świetnie, Wercia, ranę już zagoił na spacerze coś go drasnęło, ale już jak u psa, wszystko się zrosło.
Wnuki wpadły, chcą ze Stefanem na wystawę chodzić, ale gdzie tam, po co biedaka męczyć…
A u Nadziei chyba znowu się układa.
Tak, ciociu, jedni mają zwierzaki, inni mężów
Ot i cała prawda. Może jej się w końcu uda.
Oby
Przechodząc przez parking, usłyszałem głos Nadziei:
Wera, a wiesz jakby co, doradzisz mi, jak wybrać kota? I co lepiej: kocura czy kotkę?
Idź już, idź, ktoś tam na Ciebie czeka… zobaczymy, jak będzie, uśmiechnąłem się.
Pytam tak na wszelki wypadek.
Lesson?
Zrozumiałem, iż każdy wybiera własny scenariusz szczęścia. Ja już się swoich lekcji nauczyłem wolę własne ścieżki i mruczącego Sławka niż powtarzać te same błędy, byleby tylko nie być samemu. Każdy ma swój na wszelki wypadek.

20 godzin temu

