Mucha brzęczała cicho na oknie. Witek otworzył oczy. Słoneczny promień gładził poduszkę i jego zadar…

4 dni temu

Mucha brzęczała upiornie cienko na oknie. Wojtuś otworzył oczy. Promień słońca przemykał leniwie po poduszce i łaskotał go w zadarty nosek. Uśmiechnął się i słodko przeciągnął. Pod kołdrą było ciepło i przytulnie. Wstawać trzeba, ale kto by chciał!?
Mamo szepnął nieśmiało. Potem głośniej: Maaaamo!
Mama weszła do pokoju, wycierając ręce o fartuch.
Obudziłeś się? Po co tak krzyczysz? Podeszła i cmoknęła syna w piegowaty nosek. Dzień dobry, syneczku! Wstawaj, zuchu!
Wojtuś objął mamę za szyję. Pachniała mlekiem, chlebem i jeszcze czymś niezwykle swojskim. Gdy mieszkali w wielkim mieście, budził go rano tata, ciągał do przedszkola. Razem robili poranną gimnastykę, szorowali zęby, pluli wodą i śmiali się, aż mama ich poganiała i marudziła. Ale wszystko się zmieniło.
Pewnego dnia tata nie odebrał go z przedszkola Wojtuś przesiedział do nocy ze stróżem. Mama przyszła bardzo późno z zapuchniętą od płaczu twarzą i powiedziała, iż taty już nie ma i od dzisiaj on jest najważniejszym facetem w rodzinie. Co się naprawdę wydarzyło, Wojtuś nie wiedział, ale później, podsłuchując dorosłych, dowiedział się, iż tata zginął w wypadku cudzym autem. Przez ten samochód zabrano im mieszkanie. Prędko wyjechali na wieś do babci.
Wieś była całkiem spora, ciągnęła się wzdłuż rzeki i kończyła lasem. Pod samym lasem stała chata babci Ani, a teraz i ich z mamą. Dziadka nie miał odszedł, gdy Wojtuś był zupełnie mały więc w rodzinie on był już głównym facetem!
Babcia i mama pracowały w PGR-ze. Wojtuś już wiedział, co to ogromna obora, gdzie mieszkają świnie, krowy i choćby konie. Mama pokazała mu wszystkie zwierzaki, gdy brała go czasem ze sobą. Ale ferma mu się nie podobała. Śmierdziało tam strasznie! Zatykał nos, a kobietom tylko było wesoło
Przemykając w zimnych kapciach, Wojtuś w piżamce wybiegł na podwórko za potrzebą. Sierpniowy niedzielny poranek powitał go rześkim chłodem. Zadrżał i rozejrzał się tu gdzieniegdzie piały koguty, daleko szczekały i wyły psy. Babcia wychynęła z szopy, burcząc:
Znowu ktoś ryje dziurę pod kurami. Pewnie jakaś zmora leśna albo co!
Zaraz jesień pomyślał poważnie, z lekką dorosłą nutką niepokoju. Już by do szkoły! Serca bije mu radośnie z tej myśli. Z mamą już wszystko do szkoły kupili. Nowy plecak był taki wypasiony! Czytać nauczył się w wakacje, ale pisać jeszcze nie bardzo
Na śniadanie była kasza i racuchy.
Wojtuś, z babcią wybrałyśmy się dzisiaj na grzyby. Idziesz z nami czy jeszcze za mały? Mama spojrzała podejrzliwie, mrugając porozumiewawczo do babci.
No jasne, iż idę! Zaprotestował z pełną buzią racucha i zimnym mlekiem.
Zbierali się bliżej południa. Las przywitał ich chłodem, choć to była końcówka sierpnia i zieleń jeszcze dopisywała. Grzyby, zdaniem Wojtka, były wszędzie ale mama tłumaczyła, iż nie każdy jest jadalny i uczyła rozróżniać prawdziwki od muchomorów. Wędrowali długo. Babcia zniknęła gdzieś daleko i nie odpowiadała na mamine Eoo!.
Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, mama mruknęła, iż czas wracać. Wielki koszyk i reklamówka były pełne leśnych skarbów, Wojtkowe wiaderko też ciążyło porządnie, ale nie narzekał. On poważny facet! Ale którędy wyjść z lasu? Mama coraz bardziej nerwowa. Chyba zabłądzili.
Wojtek, trzymaj się blisko! Sama nie wiedziała, gdzie iść. Poszli w jedną stronę bagno. W drugą nierozdeptany gąszcz. Zawrócili. Las ich zakręcił. Krzyczeli za babcią, ale drżące liście osik szumiały tak głośno, iż nie było słychać nic. Babcia nie odpowiadała. Mama usiadła w trawie, bezradna.
Po kilku minutach za ich plecami coś się zatrzeszczało w suchych gałęziach. Krzaki rozsunęły się i pojawiła się Baba Jaga. Tak prawdziwa! Mama poderwała się jak oparzona.
Wojtuś aż przystanął z wrażenia. Starucha, zgięta wpół, zrzuciła na ziemię wielką wiązkę chrustu i podeszła bliżej.
Co, wystraszyłyście się? No daj spokój, już od dawna nie jadam małych chłopców! wysapała, podpuszczając mamę, i zachichotała swoim skrzypiącym rechotem, pokazując szczerbatą gębę. Przy tym haczykowaty, brodawkowaty nos drgał zabawnie.
Zgubiłyście się, co? ciągnęła, choćby się nie przejmując osłupieniem mamy i Wojtka. Z której wy jesteście chałupy? Kucowa, co? albo pytała, albo już wiedziała, i nie czekając na odpowiedź, znów zarzuciła chrust na plecy i ruszyła przodem. Po chwili rzuciła twarde: No co tak patrzycie, chodźcie za mną!
Mama i Wojtuś pokornie podnieśli grzyby i ruszyli śladem staruszki. Ta prowadziła pewnie, torując drogę przez wysoką trawę, aż nagle ukazała się szeroka polana. Można było dojrzeć wieś. Na przeciwległym końcu wyszła z lasu babcia Ania. Starucha zachichotała paskudnie, pomachała ręką i powłóczyła niemal dotykając ziemi swoją wiązką do wsi.
Dziękuję pani wymamrotała niepewnie mama, ale Baba Jaga tylko raz jeszcze machnęła ręką i znikła z pola widzenia.
Babcia już podchodziła.
Mamo, no gdzieś ty się podziewała! mama wybuchnęła z ulgą. Zgubiłyśmy się, dobrze, iż ta staruszka nas wyprowadziła.
Natalka, jak można zabłądzić w trzech brzozach? Przecież znałaś ten las jak własną kieszeń!
Babciu, a to naprawdę była Baba Jaga? zdziwiony i trochę przestraszony chłopiec zapytał.
No coś ty, Wojtek, to była Stokrotka! Chociaż, charakterek faktycznie ma jak wiedźma
Wieczorem, przy kolacji, Wojtek niespodziewanie spytał:
Babciu, a czemu ta Stokrotka się tak nazywa?
Tego dokładnie nie wiadomo, ale już w młodości ją tak wołali. Mówili, iż jako dziecko była strasznie pulchna, jej rodzice byli bogaci, gospodarzyli na szeroką skalę. Siadała na ławeczce z pajdą chleba ze smalcem albo masłem i cukrem no, pychota! Dzieciaki biegały naokoło i tylko ślinkę przełykały, a ona ani grama nie odda. Przyjaźni też nie miała. Wielka, brzuszysko przed sobą toczyła. Chłopaki ją dokuczali:
Uważaj, ci brzuch pęknie i pępek wyskoczy! Drwili za nią.
Ja ją zapamiętałam już jako dorosłą. Miałam wtedy dziesięć lat, ona była dobrze po trzydziestce. Spotykała się z Jankiem, traktorzystą, młodszym od siebie. Sprytna była, nie za chuda, ale i nie gruba. Urodą nie grzeszyła, ale tragiczna też nie była. Nosa tylko pamiętam długiego. Pobrali się, syn im się urodził.
Mały miał osiem lat tego roku. Na wiosnę wielka woda była. Chłopy drewno spod lasu spławiali. Dzieciaki skakały po kłodach, szczególnie na zatorach. Starsi jeszcze sobie radzili, a Stokrotkowy syn drobny, cherlak no i wpadł. Kłoda się wywróciła i przycisnęła mu głowę. Poszedł pod wodę jak kamień. Szukali trzy dni. Znaleziono go daleko, na zakolu. Stokrotka postradała zmysły. Janek popadł w pijaństwo.
Zimą, zamarzniętego, znaleziono go przy lesie. Wrócił z pracy, popił z chłopami, śnieżyca. Namawiali go, żeby został w garażu, nie posłuchał. Skręcił nie w ten kierunek. Przysiadł odpocząć, a zamieć go przykryła. Stokrotkę puścili z psychiatryka. Trochę doszła do siebie, ale zrobiła się dziwaczna, dzika. Od pięćdziesięciu lat żyje sama, z ludźmi nie gada. Tylko kozę ma. Zioła zbiera, ludzi leczy, jak ją ktoś poprosi.
Babcia zamilkła. Mama zaczęła sprzątać ze stołu.
Tak już jest los nie zawsze rozpieszcza zamyśliła się mama. I Wojtkowi zrobiło się żal Stokrotki.
Wrzesień był ciepły i słoneczny. Poranki chłodne, czasem szron na trawie, w dzień zaś grzeje, jakby lato nie chciało ustąpić. Powietrze czyste, las w borówkowo-złotym stroju. Wykopane ziemniaki. Wojtek już drugi tydzień chodził do szkoły. Na długo zapamięta pierwszego września i panią Beatę surową, ale dobrą co odprowadziła go za rękę do klasy, bo był najmniejszy z całego szeregu.
Oceny w pierwszej klasie nie stawiali, ale pani Beata chwaliła go za wysiłek i mówiła, żeby więcej ćwiczyć pisanie, bo bazgrok zrobi się nie do odczytania. Poznał dwóch chłopaków Sławka i Krzyśka, uczyli się w drugiej klasie, mieszkali na tej samej ulicy. Po lekcjach chodzili razem, gdy godziny się zgadzały. Szkoła na końcu wsi, więc pokazali mu skrót przez ugór i warzywnik Stokrotki. Czasem mama lub babcia czekały na niego pod szkołą.
Tego dnia Wojtkowi się poszczęściło. Pani wstawiła mu dwie czerwone gwiazdki do zeszytu, a w bibliotece dostał Czarodziejski wyraz lekturę. Zadowolony wyszedł ze szkoły. Sławek i Krzysiek mieli jeszcze zajęcia, więc Wojtek wracał sam przez ugór zawalony śmieciami. Musiał wybierać drogę, żeby nie wejść w jakieś szkiełka.
Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Podniósł głowę i zaniemówił. Przed nim stała wataha psów. Dużo ich było. Chciał się cofnąć, ale za późno już go otoczyły. Największy pies podszedł blisko, nos w ziemi, zęby na wierzchu. Wojtek, z przerażenia, zamachał tornistrem, ale bestia chwyciła go, szarpiąc po ziemi.
Chłopak padł, broniąc się rękami, ale silne szczęki wgryzły mu się w ramię i stracił przytomność. Nie widział, jak przez płot przeskakuje zgarbiona Stokrotka z łopatą. Bez problemu przeskoczyła płot i zaczęła walić wściekłe psy, ile sił. Psy się zdezorientowały, ale już poczuły krew i nie dały się odstraszyć. Otoczyły staruszkę i Wojtka, ruszyły do ataku. Stokrotka też zdawała się oszaleć. Krzyczała swoim ochrypłym głosem, wymachiwała łopatą. Wielki pies zeskoczył jej na plecy i chwycił za szyję. Tracąc przytomność z bólu, Stokrotka padła na chłopca, nakrywając go swoim ciałem i długą, do ziemi sięgającą spódnicą
W tym czasie wieś była niemal pusta. Młodzi w szkole, dorośli w PGR-ze albo na polu. Inspektor z pomocnikiem wracali autem z miasta, dogadali paszę i szczepienia dla krów. Gdy zjeżdżali gruntówką do wsi, inspektor zobaczył zamieszanie przy ogródkach i jakieś dzikie ryki.
Stasiek, skręć tu do warzywnika Stokrotki. Coś tam się dzieje!
Stasiek sprawnie zaparkował i zbliżyli się pieszo. Zobaczyli makabryczny widok. Wataha psów, oszalała. Wszędzie krew. Porozrywane zeszyty, książki. Stara leży twarzą w trawie, ręka obgryziona do kości.
Pies stoi jej na plecach i próbuje chwycić za szyję. Chłopy wyskoczyli i tłukli psy czym popadnie. Psy rzucały się na nich, łapały za nogi i piersi. Stasiek chwycił zakrwawioną łopatę i walił bez opamiętania. Psy skamlały i warczały. Przybiegli ludzie z widłami, strzelając w powietrze z dubeltówek. Lider bandy, z zakrwawionym łbem, zawył i rzucił się w stronę lasu, reszta za nim.
Stokrotka jęknęła. I wtedy dopiero chłopy zobaczyły, iż pod nią leży ktoś jeszcze.
Stasiek, dzwoń po karetkę, staruszka żyje!
Podnieśli Stokrotkę, położyli obok i zobaczyli bladego chłopca we krwi. On też nieprzytomny
Jesienny promyk muskał poduszkę i zadarty nosek Wojtka. Chłopak otworzył oczy. Szpitalne białe ściany napawały niepokojem.
Gdzie ja jestem? Z wolna wracała świadomość. Poruszył się.
Mama, siedząca przy łóżku, promieniała radością.
Wojtuś, synku, nareszcie się obudziłeś! i rozpłakała się.
Wojtka bardzo bolała zabandażowana ręka i ramię. Przypomniał sobie wszystko.
Mamo, czy one mi odgryzły rękę? Już nie będę mógł pisać?
Nie, synku, nikt ci nic nie odgryzł. Poobgryzały cię, ale lekarze zrobili operację. Zanim się ożenisz, zagoi się, zobaczysz żartowała mama. Podziękuj Stokrotce. Nakryła cię swoim ciałem. Spij, maluszku
Stokrotkę chowano całą wsią. Psy pogryzły jej obie ręce i nogę. Serce starej kobiety nie wytrzymało na stole operacyjnym.
Następnego dnia wkurzeni mężczyźni z wioski, potajemnie przed władzą, wybili całą bandę wściekłych psów. Sztuk czterdzieści zakopali za lasem w jednej wielkiej jamie. Przy lesie znaleźli nory z szczeniakami, te rozwieziono po gospodarstwach.
Wojtek opuścił w szkole tylko jedną ćwiartkę. Ręka jeszcze kiepska, ale codziennie ćwiczył pisanie. Pani Beata chwaliła. Chłopcy obwołali go bohaterem!
Z mamą chodzili na cmentarz. Przynieśli Stokrotce kolorowy bukiet.
Na krzyżu tabliczka z napisem: Stokrotka, adekwatnie Stanisława Kwiatkowska, zmarła w wieku 90 lat. Mama się rozpłakała.
No proszę, jak los wykręca figle Dziękuję, Stokrotko! Za las, za syna, za wszystko Obyś spała spokojnie!
Gdy na szkolnych jasełkach pojawiła się Baba Jaga, Wojtek popłakał się i wybiegł z sali. Nagle rozbolała go ręka. Przypomniał sobie StokrotkęPani Beata pobiegła za nim, przytuliła mocno.

To nic, Wojtku, to tylko przedstawienie. Wracaj, wszyscy czekają na gwiazdora!

A potem dodała ciszej, jakby mówiła do siebie:

Czasem te dobre czarownice są zupełnie inne niż myślimy.

Wojtek otarł łzy. Z daleka przez okno sali dojrzał śnieżnobiałą płachtę śniegu, pierwszego tej zimy. Wydawało mu się, iż na parapecie siedzi wielka mucha letnie wspomnienie. Pomyślał sobie, iż chyba wcale nie jest już taki mały. Zamyślony, wszedł do sali, a koleżanki i koledzy przywitali go brawami.

Przed świętami znów poszedł z mamą na cmentarz. Prószył śnieg, a na grobie Stokrotki pojawiła się gałązka zielonego jałowca i kawałek chleba ze smalcem. Mama westchnęła:

Widzisz, Wojtku, choćby samotne wiedźmy ktoś czasem pamięta.

Chłopiec postawił kredkę i kartkę z narysowanym ogromnym kwiatem w środku stokrotką. W nozdrzach miał zapach lasu i chrustu. Uśmiechnął się przez łzy.

A kiedy wracali do domu przez zamarznięte pola, Wojtek chwycił mamę za rękę i szepnął:

Wiesz, ja jestem od dziś w naszej rodzinie dobrym facetem i strażnikiem. I będę pamiętał Stokrotkę. Bo bez niej chyba nie byłbym taki odważny.

Na horyzoncie mieniły się światła świątecznych ozdób. W powietrzu pachniało śniegiem i nadzieją. I tylko las, gdzieś w oddali, cichutko szeptał stare historie, w których każda wiedźma ma swoje serce i swoje miejsce w czyimś życiu.

Zaś Wojtek już wiedział, iż choćby z największego strachu może narodzić się czułość, a czyjeś poświęcenie zostawia ślad, który świeci, choćby gdy nad śniegiem zapadnie zmrok.

Idź do oryginalnego materiału