Część czternasta
„Co teraz zrobimy?” - pytał Bonamy, gdy siedzieli z Lanem podłamani przy ognisku nocną porą. Kellyan milczał przez jakiś czas, po czym rzekł powoli: „Bonamy, druhu, to jest największy żyjący niedźwiedź. Chciałem złapać go przed końcem dzisiejszego dnia. Teraz chcę dostać go w swoje ręce choćby miało to zabrać mi resztę mego życia. Myślę, iż mógłbym zrobić to samemu ale wiem, iż mogę uczynić to wraz z tobą”. Obozowali na wzgórzach i tam otrzymali krótką wiadomość od bogatego człowieka z prasy wtedy, gdy ten usłyszał o walce jeźdźców z grizli: „Chcę aby przyprowadzono mi tego niedźwiedzia żywego”.
„Jak chcesz tego dokonać Lan? Stalowe pułapki są niedoskonałe – on je rozbija. Lassa także nie są dobre, a o pułapkach z kłód ten niedźwiedź wie wszystko. Ale mam pomysł! Najpierw musimy podążać za nim. Myślę, iż to zabierze nam trzy miesiące”. Następnego dnia zaczęli podążać niedźwiedzimi śladami. Trzy miesiące, powiedział Lan, ale to zajęło im sześć miesięcy aby była możliwość uskutecznienia jakiegoś planu. W międzyczasie „Monarcha” zabijał i zabijał. W każdej części szlaku grizli, pozastawiali pułapki zrobione z ciężkich kłód, z żelazem wewnątrz. Porzucili pułapki dopóki nie spowszedniały i nie uszedł z nich zapach człowieka. Wtedy włożyli przynęty do wszystkich pułapek: miód – przynęta, której „Monarcha” nigdy nie mógł się oprzeć. W końcu zauważyli, iż miodowe zanęty zniknęły, a wtedy przywędrowali do ostatniego z niedźwiedzich szlaków. Ustawili wszelkie możliwe pułapki umieszczając w każdej mnóstwo miodu – ale był to miód zmieszany z silnym środkiem nasennym. Potem wszystko pozostawili swemu losowi.





