Dzień zaczął się jak zwykle w pośpiechu. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i pracowałam w pobliskim zakładzie. Praca w biurze była niezła, ale poranne wyjścia z domu stanowiły problem.
Tego dnia gwałtownie zrobiłam makijaż, ubrałam się i ruszyłam do pracy na skróty, drogą wśród pól. Nie było daleko. Zboża były już wysokie, a poranek bardzo chłodny i rześki. Szło się z trudem, bo polna droga była mokra od deszczu i musiałam omijać kałuże.
Byłam już prawie u celu, gdy nagle usłyszałam cieniutki pisk dobiegający z pobliskiego łanu żyta. Zatrzymałam się, nasłuchując. Po chwili pisk się powtórzył. Nie namyślając się wiele, ruszyłam w jego kierunku, a obcasy moich butów grzęzły w ziemi.
W zbożu znalazłam odwrócony do góry dnem, zardzewiały garnek. Podniosłam go i moim oczom ukazał się maleńki kotek. Wzięłam maleństwo na ręce. Było mniejsze od mojej dłoni, a dłonie mam drobne. Kociątko drżało z zimna.
Nie miałam doświadczenia w opiece nad kotami. W domu wprawdzie były koty i lubiłam je, ale karmiła je babcia, a ja się nimi nie opiekowałam.
Zabrałam kociaka do pracy i trzymałam na kolanach przez pół dnia. Maleństwo było głodne i piszczało.
— Piszczy i piszczy. Nie mogę tego znieść. Idź ty lepiej z nim do domu, bo wszystkie tu zwariujemy — stwierdziła kierowniczka.
— Dziękuję za zrozumienie, pójdę — odpowiedziałam i gwałtownie wyszłam, żeby się nie rozmyśliła.
Gdy wróciłam do domu, babcia na widok kociaka była zaskoczona, ale raczej nieuradowana. W domu były wtedy trzy koty i kolejny był zbędny.
— On i tak nie przeżyje — stwierdziła babcia. — Jest zbyt mały. Spróbuj go karmić dzięki kroplomierza. Krople do nosa są w szafce. Ma góra trzy tygodnie.
— Poproś mamę, niech zadzwoni jutro do zoo. Może coś podpowiedzą — dodała.
Szybko poszukałam dużego pudełka, włożyłam do niego poduszkę elektryczną owiniętą folią i umieściłam tam kotka. Po chwili zagrzałam zwykłe krowie mleko i dałam kociątku jeść. Najadło się i usnęło mi na dłoni.
Kociątko okazało się koteczką i dostało na imię Funia. Było czarno-białe. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, iż na takie koty mówi się „pingwinki”.
W zoo faktycznie pomogli. Poradzili, by maluchowi podawać mleko zmieszane z wodą i masować brzuszek, ponieważ mogą wystąpić problemy z wypróżnianiem. Tak robiłam.
Koteczka rosła i gwałtownie zaczęła wychodzić z pudełka. W nocy wspinała się na moją wersalkę i zasypiała we wgłębieniu mojej szyi.
Wkrótce zrezygnowałam z pracy, ponieważ trzeba było karmić małą częściej niż co osiem godzin. To było dla mnie oczywiste. Jej dobro było dla mnie najważniejsze.
Pokochałam ją całym sercem. Od tego czasu zaczęłam ratować koty.
Funia była ze mną kilka lat. Straciłam ją, kiedy zaraziła się chorobą od kolejnego przygarniętego kociaka. Maluch został podrzucony i wyglądał na zdrowego. Niestety, oboje odeszli. W tamtych czasach nie szczepiło się jeszcze powszechnie kotów, a ja nie wiedziałam, jak wielkie niebezpieczeństwo może kryć się za niewinnym wyglądem zwierzęcia.
Bardzo przeżyłam ich śmierć, ale nie przestałam ratować kolejnych kocich istnień.
Minęło ponad czterdzieści lat i uratowałam ich wiele. Żyję skromnie, ale o koty dbam. Miewałam ich po kilkanaście, leczyłam, kastrowałam i szukałam im dobrych domów.
Teraz mam dziesięć kotów i te już ze mną zostaną. Nie wiem, czy ktoś jeszcze podrzuci mi kota. Nie wiem, czy znajdę jakąś biedę na ulicy, ale rozważam przepisanie mojego domu na fundację zajmującą się kotami.
Dzieci nie mam, a mąż pogodził się z moją miłością, z moją misją.
Inne zwierzęta też kocham, ale koty są najważniejsze i tak już pozostanie.






