Miłość nie dla pokazania
Jadzia wyszła ze swojego domu z ciężkim wiadrem pomyj dla świń i rozdrażniona minęła męża, Grzegorza, który już trzeci dzień dłubał przy studni. Zachciało mu się rzeźbionej, żeby był ładniejszy widok, jakby nie było ważniejszych spraw! Żona uwija się przy gospodarstwie, zwierzęta karmi, a on sobie stoi, strugając dłutem, cały w trocinach i tylko się do niej uśmiecha, patrząc ciepło w oczy. Co za mąż jej się trafił? Ani miłego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie walnie, tylko robota mu w głowie, czasem podejdzie, pogładzi jej ciemny gruby warkocz i spojrzy serdecznie cała jego czułość. A ona by tak bardzo chciała, żeby i jaskierku, i łabędziczko
Zamyśliła się nad swoim kobiecym losem i omal nie potknęła się przez starego Burka, psa, który leżał pod nogami. W jednej chwili Grzegorz odskoczył od studni, chwycił żonę, spojrzeniem skarcił psa:
Coś ty tu wlazł pod nogi? Chcesz gospodyni krzywdę zrobić?
Burek schylił łeb, zawinął ogon pod siebie i poczłapał do budy. Jadzia znowu zdumiała się, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Spytała go kiedyś o to, on tylko odparł:
Lubię zwierzęta a one odwdzięczają się tym samym.
Jadzia też marzyła o miłości, żeby ją nosił na rękach, szeptał cieple słowa do ucha i kwiatki rano pod poduszkę kładł… Ale Grzegorz oszczędzał się na czułość, i Jadzia coraz częściej się zastanawiała czy on ją choć trochę kocha?
Szczęść Boże, sąsiadeczko zawołał zza płotu Wacław. Grzesiek, znowu się głupotami zajmujesz? Komu te twoje wzorki potrzebne?
Chcę, żeby dzieci wyrosły na dobrych ludzi, patrząc na piękno.
To najpierw dzieci trzeba zrobić! zaśmiał się Wacław i puścił oczko do Jadzi.
Grzegorz spojrzał smutno na żonę, a Jadzia, zawstydzona, pospiesznie wróciła do domu. Nie spieszyło jej się do dzieci, młoda, ładna, może jeszcze dla siebie chciała pożyć, a i mąż ni to ni sio. Za to sąsiad jaki przystojny! Wysoki, szerokie ramiona, Grzegorz też niebrzydki, ale Wacław… Gdy spotka ją na drodze, mówi tak pieszczotliwie, jak letni deszczyk szepcze: Rosiczko, słonko moje jasne… Gdy tak przemawia, aż serce przyspiesza, nogi miękną, ale Jadzia ucieka od niego, nie słucha tych namów. Przysięgała przy ślubie być wierną żoną rodzice jej przykład dali i życie zgodne prowadzili; ją też nauczyli rodzinę szanować.
Ale czemu tak ją ciągnie, by zerknąć przez okno i spotkać spojrzenie sąsiada?
Nazajutrz, gdy Jadzia wyprowadzała krowę na pastwisko, natknęła się przy furtce na Wacława:
Jadziunia, gołąbeczko, czemu ode mnie uciekasz? Boisz się, czy co? Nie mogę się napatrzeć na twoją urodę, głowa kręci się, gdy cię widzę.
Przyjdź do mnie o świcie. Jak twój Grzesiek rano na ryby pójdzie, do mnie wpadnij. Obleję cię miłością, szczęśliwsza nikt nie będzie.
Jadzia spłonęła rumieńcem, serce aż zadrżało, ale nic nie powiedziała, tylko szybkim krokiem minęła sąsiada.
Będę czekał rzucił za nią.
Cały dzień myślała o nim. Serce rwało się do miłości, a i Wacław taki dorodny, spojrzenie rozgrzewało, ale odwagi na taki krok jej nie starczało. Ale do świtu jeszcze czas, może
Wieczorem Grzegorz rozgrzał banię i zaprosił sąsiada na parówkę. Tamten się ucieszył nie musiał własnej wygrzewać ani drewna marnować. Siedli, obydwaj smagali się brzozowymi witkami, chrumkali z zadowolenia. Wyparzyli się, wyszli odpocząć, a Jadzia postawiła im w przedpokoju karafkę samogonu, zakąskę przygotowała, przypomniała sobie o małosolnych ogórkach w piwnicy. Zeszła do piwnicy, dobrała ogórków, chciała mężczyznom na stół przynieść, ale z uchylonych drzwi usłyszała rozmowę, więc przystanęła w półmroku.
Aleś ty miękki, Grzesiek cicho mówił Wacław. Chodź ze mną, nie pożałujesz. Tam takie wdówki, takie cię wycałują, tylko spojrzysz i już szczęśliwy. Nie to, co twoja Jadzia szara myszka.
Nie, przyjacielu odezwał się cicho, ale stanowczo Grzegorz nie chcę innych kobiet. choćby myśleć o tym nie chcę. Moja żona nie jest szarą myszką, jest najpiękniejsza ze wszystkich kobiet na tej ziemi. Nie ma takiego kwiatu, nie ma jagody, co z nią się równa. Gdy na nią patrzę, nie widzę słońca tylko ukochane oczy, smukłą figurę. Miłość aż mnie zalewa, jak rzeka wiosenna, tylko bieda, nie umiem jej tego powiedzieć. Wiem, iż się obraża, iż jest jej przykro z tej powodu. Winien jestem, boję się ją stracić, nie przeżyłbym bez niej ani dnia, nie zaczerpnął powietrza bez niej.
Jadzia słuchała wstrzymując oddech, serce waliło jak dzwon, łza spłynęła po policzku. Podniosła dumnie głowę, weszła do przedpokoju i stanowczo powiedziała:
Idź, sąsiedzie… wdowom tęsknotę odejmować, my z mężem mamy poważniejsze sprawy. Jeszcze nie ma komu się gapić na piękno, które Grzesiek wystrugał. Wybacz mi, mój ukochany mężu, za głupie myśli, za moją ślepotę. Szczęście miałam w rękach i nie zauważyłam. Chodź, zbyt dużo już czasu straciliśmy na nic…
Rankiem, na świcie, Grzegorz nie wybrał się na ryby.

3 dni temu







