Miłość Bruna była za duża dla Wiktora
Nazywam się Wiktor Osadnik, mam czterdzieści dwa lata i przez jedenaście lat pracowałem jako kierowca dostawczy w firmie kurierskiej pod Radomiem. Piszę to, bo ktoś w końcu powinien powiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, a nie tylko z boku klatki w schronisku.
Adoptowałem Bruna – tak, to ja nadałem mu to imię, wcześniej wołali go inaczej – w marcu, akurat kiedy jeszcze leżał śnieg na trawnikach przy blokach na Borkach. Miał wtedy pięć lat, sierść koloru mokrego piasku, uszy jak łyżki. Wolontariuszka ostrzegała mnie: "on jest bardzo przywiązany, potrzebuje dużo bliskości". Pomyślałem wtedy, iż to akurat pasuje. Mieszkałem sam od rozwodu, dwa pokoje na trzecim piętrze, kuchnia pachnąca zawsze tym samym – rozpuszczalną kawą i psim jedzeniem z puszki, bo suchej karmy Bruno nie tykał.
Pierwsze tygodnie były dobre. Wracałem po dziesięciu godzinach za kółkiem, cały zdrętwiały, a on czekał pod drzwiami, jakby liczył kroki na klatce schodowej. Telewizor grał wieczorami byle co, jakiś serial kryminalny, którego nie pamiętam choćby tytułu, a Bruno kładł łeb na moim kolanie. To mi odpowiadało.
Problem zaczął się w nocy. Kupiłem mu posłanie, porządne, z pianki, za sto dziewięćdziesiąt złotych w sklepie zoologicznym przy Żeromskiego. Postawiłem je w rogu sypialni. Bruno przez pierwsze dwie noce tam leżał. Trzeciej nocy obudziłem się, bo poczułem ciężar przy nogach – wgramolił się na łóżko i leżał przyciśnięty do mojego boku, oddychał głośno, prawie chrapał. Zepchnąłem go z powrotem na posłanie. Następnej nocy to samo. I następnej.
Nie chcę udawać, iż byłem potworem. Po prostu nie sypiałem. Mam bezdech, chrapię sam, budzę się kilka razy w nocy i tak i tak. A tu jeszcze pies, trzydzieści pięć kilogramów, wciska się między mnie a ścianę, dyszy mi w kark. Rano miałem trasę do Kielc, potem do Skarżyska, jechałem nieprzytomny, dwa razy o mało nie zjechałem na pobocze. Sąsiadka z dołu, pani Halina, pytała mnie kiedyś na klatce, czemu mam takie sine worki pod oczami. Powiedziałem, iż to nadgodziny. Skłamałem – to był pies.
Próbowałem różnych rzeczy. Zamykałem drzwi sypialni – wtedy Bruno skrobał pazurami po futrynie, cicho, uparcie, jakby ktoś prosił o coś, czego nie umiał wypowiedzieć, aż w końcu wstawałem i wpuszczałem go. Kupiłem klatkę transportową, żeby miał swoje zamknięte miejsce – wył. Sąsiad z góry, ten od remontu, który ciągnął się od stycznia, zaczął pukać w kaloryfer.
W maju zabrałem go do lekarza weterynarii przy ulicy Wośnickiej, może myślałem, iż to jakiś problem zdrowotny, lęk separacyjny czy coś. Lekarka, młoda kobieta, obejrzała go dokładnie, powiedziała, iż pies jest zdrowy, tylko bardzo mocno przywiązany, i iż to normalne u labradorów, które przeszły przez kilka domów. Zapytała, ile miał wcześniej właścicieli. Nie wiedziałem. W papierach ze schroniska było tylko "znaleziony, oddany dwukrotnie".
To zdanie mnie wtedy nie ruszyło tak, jak powinno.
Bo w czerwcu miałem już dość. Nie spałem porządnie od trzech miesięcy, robiłem błędy w pracy – pomyliłem dwie paczki, klient się wściekł, szef wezwał mnie na dywanik. Wróciłem tego dnia zmęczony jak nigdy, a Bruno czekał pod drzwiami z ogonem merdającym tak mocno, iż uderzał nim o framugę. I coś we mnie pękło – nie z jego winy, z mojego wyczerpania. Zadzwoniłem do schroniska następnego ranka.
Zawiozłem go tam w sobotę. Deszcz mżył, wycieraczki w moim starym passacie ledwo nadążały. Bruno siedział na tylnym siedzeniu, patrzył przez szybę na mijane pola, od czasu do czasu obwąchiwał szparę w oknie. Kiedy skręciłem na parking przy schronisku, poczułem, jak jego oddech się zmienia, przyspiesza. On to miejsce znał.
Wolontariuszka, ta sama co przy adopcji, popatrzyła na mnie tak, iż wolałbym, żeby na mnie nakrzyczała. Zamiast tego powiedziała cicho: "on znowu będzie czekał pod bramą". Oddałem smycz, podpisałem papier, wyszedłem. Bruno nie szczekał. Stał przy siatce, uszy podniesione, jakby wciąż liczył na to, iż zawrócę.
Nie zawróciłem. Przez trzy tygodnie nie mogłem spać w tym pustym mieszkaniu ani trochę lepiej niż z nim – tylko teraz z innego powodu. Ta cisza w nocy była gorsza niż tamto sapanie przy uchu.
We wrześniu zadzwoniłem do schroniska, zapytałem, czy Bruno jeszcze tam jest. Kierowniczka, pani Danuta, powiedziała, iż tak, iż nikt go nie chce, bo w karcie napisali "wymaga bliskości w nocy" i ludzie to czytają jak ostrzeżenie, a nie jak instrukcję obsługi.
Pojechałem tam w niedzielę, bez zapowiedzi. Zastałem go leżącego w kojcu, skulonego na macie, mniejszego niż go zapamiętałem, jakby chciał zająć jak najmniej miejsca na tym świecie. Podniósł łeb, kiedy podszedłem, ale nie podbiegł od razu, jakby sprawdzał, czy to naprawdę ja, czy tylko ktoś podobny.
Powiedziałem pani Danucie, iż biorę go z powrotem. Tego samego dnia kupiłem materac piankowy na podłogę obok łóżka, sto sześćdziesiąt złotych, dokładnie taki, żeby mógł leżeć blisko, ale nie na mnie, oraz maszynkę do bezdechu, którą od dawna odkładałem, bo w kolejce do poradni trzeba było czekać cztery miesiące. Zapłaciłem za nią tysiąc dwieście złotych z własnej kieszeni, bez czekania na refundację.
Teraz Bruno śpi na tym materacu, łbem opartym o brzeg mojego łóżka. W nocy zwieszam rękę w dół i trafiam na jego ucho, ciepłe, miękkie, lekko drgające, kiedy śni. Materac po jego stronie jest już wgnieciony w kształt jego boku, tak dokładnie, iż choćby kiedy Bruno wychodzi się napić wody, zagłębienie zostaje na miejscu, czekając, aż wróci.






