— Mamo, nie mogłem go zostawić — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. Nikita miał czternaście lat i cały świat był przeciwko niemu. A raczej — nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, przemykając gwałtownie na drugą stronę podwórka. — Sama matka wychowuje. No i masz efekty! A Nikita szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych jeansów, udając, iż nie słyszy. Choć słyszał. Matka pracowała — znów do późna. Na kuchennym stole leżała karteczka: „Kotlety w lodówce, podgrzej.” I cisza. Zawsze cisza. Teraz też wracał ze szkoły, gdzie nauczyciele po raz kolejny „przeprowadzali z nim rozmowę” o zachowaniu. Jakby nie wiedział, iż stał się problemem dla wszystkich. Wiedział. I co z tego? — Ej, chłopaku! — zawołał do niego wujek Stefan, sąsiad z pierwszego piętra. — Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba go przegonić. Nikita zatrzymał się. Przyjrzał się. Przy śmietnikach rzeczywiście leżał pies. Dorosły, rudy z białymi łatami. Leżał bez ruchu, tylko oczy śledziły ludzi. Inteligentne oczy. I smutne. — Przegoniłby go ktoś wreszcie! — przytaknęła ciotka Krysia. — Pewnie chory! Nikita podszedł bliżej. Pies nie drgnął, tylko słabo machnął ogonem. Na tylnej łapie miała rozległą ranę, zakrzepłą krwią. — Czemu stanąłeś? — rzucił z irytacją wujek Stefan. — Weź kijek i wygń go! I wtedy coś w Nikicie pękło. — Tylko spróbujcie go dotknąć! — wyrzucił z siebie ostro, stając w obronie psa. — Nikomu nic złego nie robi! — Oho — zdziwił się wujek Stefan. — Obrońca się znalazł. — I będę bronił! — Nikita kucnął przy psie, delikatnie wyciągając rękę. Zwierzak powąchał palce i cicho polizał dłoń. Coś ciepłego rozlało się w sercu chłopca. Pierwszy raz od dawna ktoś okazał mu życzliwość. — Chodź, — wyszeptał do psa. — Chodź ze mną. W domu Nikita urządził Rudemu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Matki nie było do wieczora — nikt nie miał jak go skarcić ani wywalić „zarazy”. Rana wyglądała źle. Nikita wszedł do Internetu, znalazł artykuły o pierwszej pomocy dla zwierząt. Czytał, marszcząc się od medycznych terminów, ale zapamiętywał wszystko. — Muszę przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem jodem po brzegach. Ostrożnie, żeby nie bolało. Pies leżał spokojnie, ufnie wystawiając łapę do opatrunku. Patrzył na Nikitę z wdzięcznością — tak, jak już dawno nikt na niego nie patrzył. — Jak masz na imię? — Nikita ostrożnie bandażował łapę. — Rudy jesteś. Rudy, tak cię nazwę? Pies cicho szczeknął — jakby się zgodził. Wieczorem wróciła matka. Nikita przygotował się na awanturę, ale mama tylko obejrzała Rudego, dotknęła bandaża. — Sam opatrzyłeś? — zapytała cicho. — Sam. W internecie znalazłem instrukcję. — Czym go nakarmisz? — Coś wymyślę. Długo patrzyła na syna, potem na psa, który ufnie lizał jej rękę. — Jutro idziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. Imię już wymyśliłeś? — Rudy — rozpromienił się Nikita. Pierwszy raz od miesięcy nie było między nimi ściany niezrozumienia. Rano Nikita wstał godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, popiskiwał z bólu. — Leż, leż — uspokoił go chłopiec. — Zaraz dam ci wodę i jedzenie. W domu nie było karmy. Dał ostatniego kotleta, rozmoczył chleb w mleku. Rudy jadł chciwie, ale ostrożnie, oblizując każdy okruszek. W szkole Nikita pierwszy raz od dawna nie odburkiwał nauczycielom. Myślał tylko o jednym — co u Rudego? Czy nie boli go rana? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś jakiś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Nikita tylko wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać — wyśmialiby go. Po szkole pędził do domu, ignorując niezadowolone spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym piskiem — już umiał stać na trzech łapach. — No, przyjacielu, chcesz na dwór? — Nikita zrobił smycz z sznurka. — Ostrożnie, dbaj o łapę. Na podwórku działy się rzeczy niesłychane. Ciotka Krysia niemal zadławiła się pestkami, widząc ich razem: — On go do domu wziął! Nikita! Tyś zwariował?! — A co z tego? — spokojnie odpowiedział chłopak. — Leczę go. Niedługo wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — A skąd masz na lekarstwa? Ukradłeś matce? Nikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy wtulił się w jego nogę — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Oszczędzałem na śniadaniach — szepnął. Wujek Stefan pokiwał głową: — Chłopcze, wiesz, iż to żywa dusza? To nie zabawka. Trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać. Każdy dzień zaczynał się od spaceru. Rudy gwałtownie wracał do formy, już mógł biegać, choć lekko kulejąc. Nikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Brawo! Daj łapę! Tak jest! Sąsiedzi obserwowali z daleka; jedni kręcili głową, inni się uśmiechali. Nikita nic nie widział poza oddanymi oczami Rudego. Zmienił się. Powoli, ale wyraźnie. Przestał pyskować, zaczął sprzątać, poprawił choćby oceny. Miał cel. To był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się to, czego Nikita najbardziej się bał. Wracał z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła wataha bezdomnych psów. Pięć albo sześć wściekłych, głodnych, z błyszczącymi oczami. Przywódca — wielki czarny pies — wyszczerzył zęby i ruszył naprzód. Rudy instynktownie odsunął się za plecy Nikity. Rana jeszcze bolała, nie mógł dobrze biegać. A tamte zwietrzyły słabość. — Wracać! — krzyknął Nikita, machając smyczą. — Odejdźcie! Ale wataha nie odpuszczała. Otaczała ich. Czarny przywódca warczał coraz głośniej, szykując się do skoku. — Nikita! — nad podwórkiem rozległ się kobiecy krzyk. — Uciekaj! Zostaw psa i uciekaj! To była ciotka Krysia, wychylona z okna. Za nią stali inni sąsiedzi. — Chłopcze, nie bądź bohaterem! — krzyczał wujek Stefan. — On i tak nie ucieknie! Jest kulawy! Nikita spojrzał na Rudego. Ten drżał, ale nie uciekał. Przytulił się do nogi właściciela, gotów przyjąć każdy los. Czarny pies skoczył pierwszy. Nikita zasłonił się rękami, ale ugryzienie trafiło w ramię. Ostrość kłów przebiła kurtkę aż do skóry. Rudy, mimo chorej łapy i strachu, rzucił się w obronę właściciela. Wgryzł się w nogę przywódcy, zawisł na niej całym ciałem. Rozpoczęła się walka. Nikita odpierał ataki nogami i rękami, chronił Rudego przed kłami. Sam dostawał ugryzienia i rany, ale nie cofnął się ani na krok. — Boże, co tu się dzieje! — lamentowała z góry ciotka Krysia. — Stefan, zrób coś! Wujek Stefan już schodził po schodach, łapał kijek, kawałek pręta — cokolwiek. — Trzymaj się, chłopcze! — krzyczał. — Pomogę! Nikita już padał pod naporem watahy, gdy usłyszał znany głos: — Odejdźcie natychmiast! To była matka. Wyskoczyła z klatki z wiadrem wody i oblała psy. Wataha odskoczyła, warcząc. — Stefan, pomóż! — zawołała. Wujek Stefan dobiegł z kijem, inni sąsiedzi zbiegli z wyższych pięter. Bezdomne psy zrozumiały, iż siły są nierówne — uciekły. Nikita leżał na asfalcie, tuląc Rudego. Oboje byli pokrwawieni, oboje drżeli. Ale żyli. Przeżyli. — Synek — matka uklękła przy nim, ostrożnie oglądała rany. — Ale mnie nastraszyłeś. — Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zeszła na podwórko, podeszła bliżej. Patrzyła na chłopca dziwnie — jakby widziała go po raz pierwszy. — Dziecko — powiedziała zdezorientowana. — Mógłbyś zginąć… Przez jakiegoś psa. — Nie „przez psa”, — niespodziewanie wtrącił się wujek Stefan. — Przez przyjaciela. Rozumiesz różnicę, Krysiu? Sąsiadka kiwnęła głową. Po policzkach popłynęły łzy. — Chodźmy do domu — powiedziała matka. — Musimy opatrzyć rany. I Rudego też. Nikita z trudem wstał, wziął psa na ręce. Rudy cicho popiskiwał, ale jego ogon poruszał się — cieszył się, iż właściciel jest obok. — Zaczekajcie — zatrzymał ich wujek Stefan. — Jutro jedziecie do weterynarza? — Jedziemy. — Zawiozę was. Samochodem. I za leczenie zapłacę — pies okazał się bohaterem. Nikita spojrzał zaskoczony. — Dziękuję, wujku Stefanie. Ale sam… — Nie dyskutuj. Odpracujesz, oddasz. A na razie… — poklepał chłopca po ramieniu. — Jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi kiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, a Nikita wracał z lecznicy, gdzie w weekendy pomagał wolontariuszom. Rudy biegał obok — łapa wyleczona, niemal nie kuleje. — Nikita! — zawołała ciotka Krysia. — Poczekaj! Chłopak zatrzymał się, gotów na kolejną moralizatorską gadkę. Ale sąsiadka podała mu siatkę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała zmieszana. — Dobra karma, droga. Tak się nim opiekujesz. — Dziękuję, ciociu Krysiu — odpowiedział szczerze Nikita. — Ale mamy już karmę. Teraz pracuję w lecznicy, pani doktor Anna płaci. — Weź, przyda się na przyszłość. W domu matka szykowała kolację. Na widok syna uśmiechnęła się: — Jak w klinice? Doktor Anna zadowolona z ciebie? — Mówi, iż mam dobre ręce. I cierpliwość. — Nikita pogładził Rudego po głowie. — Może zostanę weterynarzem. Serio myślę. — A nauka? — W porządku. choćby z fizyki pan Pietrzak mnie pochwalił. Że się poprawiłem. Matka kiwnęła głową. W ostatnim miesiącu syn zmienił się nie do poznania. Przestał pyskować, pomagał w domu, choćby sąsiadów witał. A najważniejsze — miał cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała — jutro Stefan przyjdzie. Chce ci zaoferować jeszcze jedną pracę dorywczą. Jego znajomy hoduje psy rasowe, szuka pomocy. Nikita rozpromienił się: — Naprawdę? A mogę zabrać Rudego? — Myślę, iż tak. Teraz to prawie pies służbowy. Wieczorem Nikita siedział na podwórku z Rudym. Ćwiczył nową komendę — „pilnuj”. Pies starał się najlepiej, patrzył na niego ufnie. Wujek Stefan podszedł, usiadł obok na ławce. — Jutro faktycznie jedziesz do hodowli? — Jadę. Z Rudym. — To połóż się wcześnie spać. Dzień będzie ciężki. Gdy wujek Stefan poszedł, Nikita jeszcze trochę posiedział. Rudy położył łeb na kolanach właściciela i westchnął zadowolony. Odnaleźli się. I już nigdy nie będą sami.

16 godzin temu

Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptał Michał. Rozumiesz? Po prostu nie mogłem.

Michał miał wtedy czternaście lat, a świat zdawał się być przeciwko niemu. adekwatnie nikt nie chciał go zrozumieć.

Znowu ten łobuz! mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, przechodząc gwałtownie na drugą stronę podwórka. Wychowuje go sama matka, to i ma, co ma!

A Michał szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych jeansów, udając, iż nic nie słyszy. Chociaż wszystko do niego docierało.

Matka pracowała znowu długo. Na stole w kuchni kartka: Kotlety są w lodówce, podgrzej sobie. I cisza. Zawsze ta sama cisza.

I właśnie wracał ze szkoły, gdzie nauczyciele po raz kolejny rozmawiali z nim o jego zachowaniu. Jakby nie wiedział, iż dla wszystkich stał się kłopotem. Wiedział. Tylko co mógł zrobić?

Ej, chłopcze! zawołał do niego pan Wiktor, sąsiad z pierwszego piętra. Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba go przepędzić.

Michał zatrzymał się. Przyjrzał się.

Obok śmietnika naprawdę leżał pies. Nie szczeniak, dorosły, rudawy z białymi łatami. Leżał nieruchomo, tylko oczy obserwowały ludzi mądre, smutne.

Przepędźcie go ktoś! przytaknęła ciotka Krysia. Pewnie chory!

Michał podszedł bliżej. Pies nie ruszał się, tylko słabo machał ogonem. Na tylnej łapie poszarpana rana, zaschnięta krew.

Co tak stoisz? rzucił z irytacją pan Wiktor. Weź kij, przegoń go!

I wtedy w Michałku coś pękło.

Tylko spróbujcie go tknąć! powiedział ostro, stając w obronie psa. Nikomu nie robi krzywdy!

No, proszę, obrońca się znalazł zdziwił się sąsiad.

I będę bronić! Michał przykucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął dłoń. Zwierzak obwąchał palce i cicho polizał dłoń.

Poczuł w sobie ciepło, jakiego dawno nie czuł. Po raz pierwszy od miesięcy ktoś był dla niego serdeczny.

Chodźmy wyszeptał do psa. Chodź ze mną.

W domu urządził mu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Matka do wieczora w pracy nikt nie krzyczy, nie wygania zarazy.

Rana wyglądała źle. Michał przeszukiwał Internet, szukał porad, jak pomagać zwierzętom. Czytał, marszcząc czoło przy medycznych terminach, ale uczył się pilnie.

Trzeba przepłukać wodą utlenioną mamrotał, grzebiąc w apteczce. Potem jod na brzegi, tylko delikatnie, żeby nie bolało.

Pies leżał spokojnie, ufnie podawał łapę. Patrzył na Michała z wdzięcznością tak, jak dawno nikt na niego nie patrzył.

Jak adekwatnie masz na imię? Michał delikatnie bandażował łapę. Rudy jesteś Nazwę cię Rudy.

Pies cicho szczeknął jakby się zgodził.

Wieczorem przyszła mama. Michał przygotował się do awantury, ale ona tylko spokojnie obejrzała Rudego, dotknęła opatrunku na łapie.

Sam próbowałeś opatrywać? zapytała cicho.

Sam. Znalazłem porady w internecie.

A czym go nakarmisz?

Coś wymyślę.

Matka długo patrzyła na syna, potem na psa, który lizał ją ufnie po ręce.

Jutro zabierzemy go do weterynarza zdecydowała. Sprawdzimy, co z łapą. Imię już ma?

Rudy odpowiedział Michał, rozpromieniony.

Pierwszy raz od dawna między nimi nie było muru niezrozumienia.

Następnego dnia wstał godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował się podnieść, skomlał z bólu.

Leż spokojnie pocieszył go Michał. Zaraz przyniosę wodę i jedzenie.

W domu nie było psiej karmy. Oddał ostatni kotlet, rozmoczył chleb w mleku. Rudy jadł zachłannie, ale ostrożnie, wylizując każdy okruszek.

W szkole Michał pierwszy raz od dawna nie dyskutował z nauczycielami. Myślał tylko o jednym jak czuje się Rudy? Czy nie cierpi? Czy nie tęskni?

Jakiś ty dziś inny zdziwiła się wychowawczyni.

Michał wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać wyśmialiby go.

Po lekcjach pędził do domu, nie przejmując się wrogimi spojrzeniami sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym skowytem mógł już stać na trzech łapach.

No, przyjacielu, chcesz na spacer? Michał zrobił z sznurka smycz. Tylko ostrożnie, na łapę uważaj.

Na podwórku działy się rzeczy niebywałe. Ciotka Krysia, widząc ich razem, prawie się zakrztusiła:

Przecież on psa do domu wziął! Michał! Zwariowałeś?!

A co w tym dziwnego? odpowiedział spokojnie Michał. Leczę go. Zaraz będzie zdrowy.

Leczyć chcesz?! podeszła sąsiadka. A skąd masz na leki? Kradniesz matce?

Michał zacisnął pięści, ale się opanował. Rudy przytulił się do jego nogi chyba wyczuł napięcie.

Nie kradnę. Wydaję swoje pieniądze. Zbierałem ze śniadaniowych oszczędności powiedział cicho.

Pan Wiktor pokręcił głową:

Chłopcze, wiesz, iż wziąłeś na siebie żywą istotę? To nie zabawka. Musisz karmić, leczyć, wyprowadzać.

Od tej pory każdy dzień zaczynał się od spaceru. Rudy gwałtownie wracał do zdrowia, biegał, choć lekko utykał. Michał cierpliwie uczył go komend godzinami.

Siad! Dobry pies! Daj łapę! Świetnie!

Sąsiedzi patrzyli z daleka. Jedni kręcili głową, inni się uśmiechali. Michał nie zwracał uwagi na nic, prócz oddanych oczu Rudego.

Zmienił się. Nie od razu powoli. Przestał odpowiadać niegrzecznie, sprzątał w domu, choćby poprawił oceny. Zyskał cel. I to był dopiero początek.

Po trzech tygodniach wydarzyło się to, czego Michał najbardziej się bał.

Wracał z Rudym ze spaceru wieczorem, gdy zza garaży wyskoczyła gromada bezpańskich psów. Pięć czy sześć wściekłych, głodnych, z płonącymi oczami. Przywódca, wielki czarny kundel, wyszczerzył kły i ruszył naprzód.

Rudy instynktownie schował się za plecami Michała. Łapa przez cały czas bolała, nie mógł normalnie biegać. Tamte psy wyczuły słabość.

Odejdźcie! zawołał Michał, wymachując smyczą. Wynoście się!

Ale stado nie odpuszczało. Otoczyło ich. Czarny przywódca warczał coraz głośniej, szykował się do skoku.

Michał! rozległ się kobiecy krzyk z okna. Uciekaj! Zostaw psa i biegnij!

To była ciotka Krysia, a za nią kilku sąsiadów.

Nie heroizuj! wołał pan Wiktor. On jest kulawy, nie ucieknie!

Michał spojrzał na Rudego. Pies drżał, ale nie uciekł. Przytulał się do nogi swego pana, gotów dzielić z nim wszystko.

Czarny pies skoczył pierwszy. Michał instynktownie zasłonił się rękoma, ale uderzenie trafiło go w ramię. Ostro pogryzione kurtka, potem skóra.

A Rudy, mimo bolącej łapy i strachu, rzucił się bronić swego pana. Wczepił się zębami w nogę przywódcy, zawisł na niej całym ciałem.

Zaczęła się walka. Michał bronił się rękami i nogami, próbując osłonić Rudego. Zbierał ugryzienia, zadrapania, ale ani razu się nie wycofał.

Chryste, co tutaj się dzieje! lamentowała z góry ciotka Krysia. Wiktor, zrób coś!

Pan Wiktor schodził po schodach, łapał kij, pręt cokolwiek.

Trzymaj się! krzyczał. Pomogę ci!

Michał już prawie padał pod naporem psów, gdy usłyszał znajomy głos:

Wynocha stąd!

To była mama. Wybiegła z klatki z wiadrem wody, oblała psy. One odbiegły, warcząc.

Wiktor, pomóż! zawołała.

Sąsiad dobiegł z kijem, inni wyskoczyli z mieszkań. Bezpańskie psy zrozumiały, iż mają przewagę uciekły.

Michał leżał na asfalcie, tuląc Rudego. Obaj byli zakrwawieni, drżeli. Ale żyli. Byli cali.

Synku mama uklękła przy nim, ostrożnie obejrzała rany. Aleś mnie nastraszył.

Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptał Michał. Rozumiesz? Nie mogłem.

Rozumiem odpowiedziała cicho.

Ciotka Krysia zeszła na podwórko, przyjrzała mu się dziwnie jakby widziała go pierwszy raz.

Chłopcze powiedziała zmieszana. Mogłeś… przez psa…

Nie „przez psa” wtrącił pan Wiktor. Przez przyjaciela. Rozumiesz różnicę, Krysiu?

Sąsiadka kiwnęła głową, łzy ciekły jej po policzkach.

Chodźcie do domu oznajmiła matka. Trzeba opatrzyć rany. Rudemu też.

Michał podniósł się z trudem, wziął psa na ręce. Rudy cicho skomlał, ale ogon lekko się poruszał cieszył się, iż pan jest blisko.

Zaczekajcie zatrzymał ich pan Wiktor. Jutro pójdziecie do weterynarza?

Pójdziemy.

Ja was zawiozę samochodem. I za leczenie zapłacę psiak się okazał bohaterem.

Michał patrzył ze zdumieniem na sąsiada.

Dziękuję, panie Wiktorze. Ale sam dam radę.

Nie kłóć się. Zarobisz, oddasz. A póki co… poklepał go po ramieniu. Jesteśmy z ciebie dumni. Prawda?

Sąsiedzi zgodnie kiwali głowami.

Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, Michał wracał właśnie z kliniki weterynaryjnej, gdzie pomagał jako wolontariusz w weekendy. Rudy biegał obok łapa wyzdrowiała, utykanie niemal znikło.

Michał! zawołała ciotka Krysia. Poczekaj!

Zatrzymał się, przygotowany na kolejną uwagę. Ale sąsiadka podała mu torbę z karmą.

To dla Rudego powiedziała zakłopotana. Dobra karma, droga. Dbaj o niego.

Dziękuję, ciociu Krysiu odparł szczerze Michał. Ale mamy zapas. Dorabiam w klinice, doktor Anna Kowalska płaci.

Weź, na później się przyda.

W domu mama szykowała kolację. Uśmiechnęła się do syna:

Jak w klinice? Doktor Anna zadowolona z ciebie?

Mówi, iż mam dobre ręce. I cierpliwość. Michał pogłaskał Rudego. Może zostanę weterynarzem. Poważnie myślę.

A nauka?

W porządku. choćby pan Piotr z fizyki chwali. Mówi, iż jestem uważny.

Mama pokiwała głową. W ciągu miesiąca syn zmienił się nie do poznania. Nie zuchwalił się, pomagał w domu, choćby sąsiadów witał. Najważniejsze miał cel. Marzenie.

Wiesz powiedziała jutro Wiktor przyjdzie. Ma dla ciebie dodatkową pracę. U znajomego w hodowli psów potrzebny pomocnik.

Michał rozpromienił się:

Naprawdę? A mogę zabrać Rudego?

Myślę, iż tak. Przecież to prawie pies służbowy.

Wieczorem Michał siedział na podwórku z Rudym. Ćwiczył nową komendę pilnuj. Pies uważnie wykonywał zadania, patrząc na niego oddanymi oczami.

Pan Wiktor przysiadł się na ławce.

Pojedziesz jutro do hodowli?

Pojadę. Z Rudym.

To wcześniej idź spać. Dzień ciężki będzie.

Kiedy pan Wiktor poszedł, Michał jeszcze chwilę został na ławce. Rudy położył pysk na jego kolanach, westchnął z zadowoleniem.

Odnaleźli się. I już nigdy nie byli samotni.

Idź do oryginalnego materiału