Lech uparcie nie wierzył, iż Irmina jest jego córką. Żona, Weronika, pracowała w sklepie spożywczym. Wieść wiejska niosła, iż często zamykała się w magazynku z obcymi mężczyznami. Dlatego mąż był przekonany, iż drobniutka Irmina nie jest jego dzieckiem. Nie polubił jej od pierwszych dni. Jedynie dziadek Józef pokochał wnuczkę i zapisał jej w spadku dom.
Dziadek kochał tylko Irminę
Od dzieciństwa Irmina chorowała. Była drobna i wątła. „W naszej rodzinie takich maleństw nie było,” powtarzał Lech. „A ta dziewczynka to ledwie od garnka wyższa.” Z czasem niechęć ojca udzieliła się i Weronice.
Prawdziwie kochał Irminę tylko dziadek Józef. Jego dom stał na krańcu wsi, tuż przy lesie. Józef całe życie pracował jako leśniczy i choćby na emeryturze codziennie zaglądał do lasu. Zbierał jagody, zioła, zwoził chrust, zimą dokarmiał zwierzęta. We wsi uchodził za nieco ekscentrycznego. Ludzie bali się go trochę, bo co powiedział, to się spełniało. Mimo to chodzili do niego po nalewki i ziołowe napary.
Józef żonę pochował dawno temu i jedyną pociechą była wnuczka i las. Kiedy Irmina poszła do szkoły, więcej czasu spędzała u dziadka niż w rodzinnym domu. Uczył ją rozpoznawać zioła i opowiadał o swoich leśnych przygodach. Nauka przychodziła dziewczynce z łatwością. Gdy pytali ją, kim chce być, odpowiadała: „Będę leczyć ludzi.” Weronika powtarzała, iż na studia córki pieniędzy nie ma. Józef zawsze pocieszał wnuczkę, iż nie zginą, a jeżeli trzeba będzie, to i krowę sprzeda, by pomóc.
Dziadek zostawił wnuczce dom i szczęście
Weronika rzadko odwiedzała ojca, ale pewnego dnia niespodziewanie stanęła w progu jego domu. Przyszła prosić o pieniądze, bo syn Adam przegrał w karty w Poznaniu i został ciężko pobity. Kazano jej znaleźć pieniądze za wszelką cenę.
„Gdy ci się pali, to sobie o mnie przypominasz?”, rzucił sucho dziadek Józef. „Lata tu nie zaglądałaś, a teraz nagle czegoś chcesz?” Odrzekł spokojnie: „Nie zamierzam spłacać długów Adama. Moim obowiązkiem jest zapewnić przyszłość Irminie.”
Weronika wpadła w furię. „Nie chcecie was obojga oglądać, nie mam już ani ojca, ani córki!” – zawołała, po czym wybiegła.
Kiedy Irmina dostała się do szkoły pielęgniarskiej w Toruniu, rodzice nie wsparli jej choćby złotówką. Tylko dziadek Józef pomagał jak mógł. Dodatkowo Irminę ratowało stypendium za dobre wyniki w nauce.
Przed końcem szkoły pielęgniarskiej Józef poważnie zachorował. Przeczuwał swoje odejście, więc powiedział Irminie, iż dom zapisał właśnie jej. Nakazał, by szukała pracy w mieście, ale nie zapomniała o domu bo dom żyje tak długo, jak czuć w nim ludzki duch. Zimą trzeba rozpalać w piecu. „Nie bój się tutaj spać, dziecko. W tym domu znajdziesz swoje szczęście,” przepowiedział Józef. Chyba coś wiedział.
Przepowiednia dziadka się spełniła
Józefa zabrakło jesienią. Irmina podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym. W weekendy jeździła do dziadkowego domu, robiła ogień w piecu, korzystała z drewna przygotowanego przez Józefa miała zapas na całą zimę. Prognoza pogody zapowiadała silny atak zimy. Irmina miała dwa wolne dni i nie chciała spędzać ich w wynajętym pokoju u starszych krewnych przyjaciółki ze studiów.
Wieczorem dotarła do wsi. W nocy rozpętała się śnieżyca. Rano, choć wiatr nieco ustał, śnieg ciągle padał, zasypując drogę. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Przed progiem stał nieznajomy młody mężczyzna. „Dzień dobry. Zasnąłem autem pod państwa domem i ugrzązłem w śniegu. Ma pani łopatę?” zapytał grzecznie.
„Przy ganku stoi, proszę wziąć. Może mogę jakoś pomóc?” – zaproponowałem. Jednak wysoki nieznajomy spojrzał z przymrużeniem oka na drobną kobietę i zażartował: „Jeszcze by tylko panią też śnieg zasypał.” Chwycił za łopatę i sprawnie odkopywał samochód. Uruchomił pojazd, ale przejechał jedynie kilka metrów i znowu ugrzązł. Próbował raz jeszcze, ale bez skutku. Zaprosiłem go więc do domu na gorącą herbatę na pewno śnieżyca nie potrwa długo, w końcu droga biegnie do miasteczka, często jeżdżą nią auta.
Nieznajomy zastanowił się chwilę, ale wszedł ze mną do środka. „Nie boisz się tak sama pod lasem mieszkać?” zapytał, rozglądając się po izbie. Wyjaśniłem, iż przyjeżdżam tylko na weekendy, a na co dzień pracuję w mieście. Martwiłem się, czy autobus w ogóle wróci przez ten śnieg. Mężczyzna, który przedstawił się jako Sławek, zaproponował, iż może ją podwieźć on też musiał wracać do powiatowego miasteczka, gdzie mieszkał. Zgodziłem się.
Po pracy Irmina często wracała pieszo do domu. Pewnego dnia czekała ją niespodzianka niespodziewanie spotkała na drodze Sławka. „Chyba twój zielnik jest zaczarowany,” zażartował. „Tak bardzo chciałem znów cię zobaczyć. Może jeszcze kiedyś napiję się tej herbaty?”
Ślubu nie było. Irmina nie chciała. Sławek początkowo nalegał, ale w końcu ustąpił. Łączyło ich jednak szczere uczucie, a Irmina przekonała się, iż mężczyźni naprawdę bywają tacy, o jakich pisze się w książkach. Kiedy urodził się ich pierwszy syn, lekarze w szpitalu nie mogli się nadziwić, jak z tak drobnej kobiety mógł pojawić się taki mocarz. Gdy pytano, jak chłopca nazwą, Irmina zawsze odpowiadała: „Będzie Józef, na pamiątkę po kimś wyjątkowym.”

19 godzin temu




