– Zjechał, mówię pani. Cały tydzień temu – Ryszard patrzył na dziewczynę z klatki obok i widział, iż nie rozumie ani słowa. – A po co miałby zostawać?
– A kot? – Marta cofnęła się o krok, jakby te trzy słowa mogły go zatrzymać na miejscu.
Nazywam się Ryszard Kowalik, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzynastu pracuję jako dozorca w bloku przy Freta – tym samym, w którym tydzień wcześniej wprowadziła się ta dziewczyna, Marta. Mieszkanie na parterze, klatka obok mojej stróżówki, znam tam każdą rurę i każdego lokatora. Znałem też jego. Bartek Lis, trzydzieści dwa lata, informatyk pracujący zdalnie – w każdym razie tak mówił, bo ja go w ciągu dnia widywałem raczej pod klatką z papierosem niż przy komputerze.
Rozumiecie, ja nie osądzam. Facet miał prawo się wyprowadzić, mieszkanie było wynajęte, umowa się kończyła, dziewczyna go zostawiła w listopadzie – to wszystko wiedziałem, bo w naszym bloku plotki chodzą szybciej niż winda, a winda u nas akurat nie chodzi wcale, trzeba pieszo na czwarte piętro. Ale to, co zrobił z kotem, tego już nie rozumiem. I mam pięćdziesiąt osiem lat, różne rzeczy w życiu widziałem.
Ta dziewczyna, Marta, wprowadziła się dwudziestego siódmego grudnia. Zapamiętałem, bo akurat tego dnia wymieniałem żarówkę na klatce – wisiała tam od miesiąca przepalona, zarządca obiecywał i obiecywał. Widziałem ją, jak wnosiła kartony, uśmiechnięta, w czerwonej czapce z pomponem. Pomyślałem sobie: dobra dziewczyna, spokojna, nie będzie awantur jak ten poprzedni lokator z trzeciego, co muzykę do drugiej w nocy puszczał.
Trzydziestego grudnia, koło południa, zobaczyłem ją drugi raz. Stała pod moim oknem – bo stróżówka ma okno wychodzące dokładnie na to mieszkanie na parterze, numer dwa – i patrzyła na szybę tak, iż aż wyszedłem zapytać, czy coś się stało. Wtedy właśnie powiedziałem jej o Bartku. Że zjechał. Że zabrał telewizor, laptop, dwie walizki i klucze zostawił w skrzynce na listy, bo z właścicielem miał się rozliczyć przelewem.
O kocie nie wspomniałem, bo szczerze mówiąc, zapomniałem o nim. Miałem tego dnia inne zmartwienie – piec w kotłowni chrypiał jak stary traktor, a syn dzwonił, iż przyjedzie na Sylwestra dopiero po dwudziestej drugiej, bo korki na S8. Człowiek ma głowę pełną swoich spraw.
Marta zaczęła stukać w drzwi tego samego mieszkania. Nikt nie otwierał, bo nikt tam już nie mieszkał – klucze od nowego lokatora miał dostać dopiero piętnastego stycznia, tak przynajmniej słyszałem od pani Danuty z zarządu wspólnoty. Kot – rudy, z białą łatką na pysku, pamiętam go, bo czasem podrzucałem mu przez uchylone okno kawałek szynki, kiedy Bartek jeszcze tam mieszkał – siedział na parapecie i bił łapą w szybę. Nie raz, nie dwa. Cały czas.
Trzydziestego pierwszego rano wyszedłem po gazetę i zobaczyłem Martę znowu pod tym oknem. W tym samym miejscu co dzień wcześniej. Miała już inną kurtkę, ciemnozieloną, i termos w ręku – nie swój, jak się później okazało, tylko wyniesiony specjalnie dla siebie, bo postanowiła tam czekać. Otworzyłem drzwi stróżówki, bo mróz był porządny, ze dwanaście stopni, a ona stała tak z godzinę.
– Pani zamarznie – powiedziałem.
– On tam jest sam od tygodnia – odpowiedziała, nie patrząc na mnie, tylko na tę szybę. – Nikt mu nie zostawił żarcia. Nikt nie zostawił wody.
I wtedy zrozumiałem, iż to nie jest jakiś kaprys nowej lokatorki. Ona liczyła dni. Bartek wyprowadził się dwudziestego trzeciego grudnia. To znaczy, iż ten kot siedział zamknięty osiem dni.
Zadzwoniłem do właściciela mieszkania, niejakiego pana Zbigniewa Tarczyńskiego, którego numer miałem z tablicy w kotłowni – na wypadek awarii. Powiedział, iż o żadnym kocie nic nie wie, iż umowa najmu zwierząt nie obejmowała i iż Bartek nigdy mu nie mówił, iż jakiegoś trzyma. Ale klucze zapasowe da, bo i tak trzeba sprawdzić stan mieszkania przed nowym najemcą.
Przyjechał po czterdziestu minutach, w kurtce narzuconej na piżamę, bo akurat robił pierogi na Sylwestra i żona go poganiała. Otworzył drzwi – i tu, mówię wam, ten zapach uderzył w nas jeszcze z korytarza. Kuweta nieczyszczona od tygodnia, miska sucha jak pieprz, na podłodze przewrócony worek po karmie, do połowy pusty – kot musiał go sam rozerwać.
Zwierzak wyskoczył Marcie prosto w ręce, jakby czekał tylko na to. Nie miauczał nawet, tylko wtulił się w nią całym ciałem, drżący, chudy – później weterynarz powiedział, iż stracił prawie kilogram wagi, przy tak małym kocie to bardzo dużo.
Marta zapytała pana Zbigniewa, co teraz z kotem. On wzruszył ramionami – powiedział, iż to nie jego problem, iż lokator wyprowadził się i tyle, a co zrobił ze zwierzęciem, to już jego sprawa, niech go szuka, jeżeli chce.
– To ja go biorę – powiedziała Marta. Bez wahania, od razu.
Zbigniew tylko kiwnął głową, podpisał coś na kartce, iż nie rości sobie praw do zwierzęcia, i pojechał do swoich pierogów. A ja zostałem z Martą w tym pustym mieszkaniu, patrząc, jak sadza kota do przyniesionego naprędce kartonu po butach – bo transportera przecież nie miała, mieszkała tam dopiero cztery dni.
Numer do Bartka miałem, bo zostawił mi go na wypadek poczty czy paczek. Zadzwoniłem tego samego wieczoru, trzydziestego pierwszego, jeszcze przed północą. Odebrał gdzieś w tle muzyki, śmiechu – widać był już na imprezie sylwestrowej.
– Panie Bartku, tu Ryszard, dozorca z Freta. Co pan zrobił z kotem?
Cisza na chwilę, potem: – A, no zapomniałem go zabrać. Miałem po niego wrócić.
Osiem dni. Powiedziałem mu to prosto: osiem dni zwierzę siedziało zamknięte bez wody, o mało nie zdechło z głodu, a on „miał wrócić". Rozłączył się. Nie zadzwonił więcej, nie napisał, nic. Zniknął z tego bloku tak samo, jak wyprowadził się z życia tego kota – bez śladu, bez odpowiedzialności.
Marta nazwała go Grudzień – bo w grudniu go znalazła, mówiła mi to później, kiedy przynosiła mi czasem kawę do stróżówki, dziękując, iż jej wtedy uwierzyłem i nie kazałem po prostu iść do domu. Zawiozła go tego samego wieczoru na ostry dyżur weterynaryjny przy Grochowskiej, bo w Sylwestra normalna przychodnia była zamknięta. Zapłaciła sto osiemdziesiąt złotych za kroplówkę i badania, kota zatrzymali na noc pod obserwacją.
Trzeciego stycznia poszła do notariusza – no, może nie notariusza, tylko do zwykłego prawnika z kancelarii przy Targowej, żeby sprawdzić, czy formalnie może zgłosić porzucenie zwierzęcia. Spisała oświadczenie od właściciela mieszkania, zrobiła zdjęcia stanu kuwety i miski, i złożyła zawiadomienie na policję oraz w fundacji zajmującej się prawami zwierząt – nie po to, żeby się mścić, tylko żeby to zostało gdzieś zapisane, na papierze, z datą i podpisem.
Dostała odpowiedź dopiero w lutym: sprawę umorzono z braku dowodów bezpośredniej winy, bo Bartek twierdził, iż "planował wrócić" i "nie miał złych intencji". Marta nie walczyła dalej. Powiedziała mi wtedy, stojąc w progu mojej stróżówki z kubkiem herbaty w ręku: "Papier mi go nie odda ukaranego, ale mam co innego – mam jego."
I rzeczywiście miała. Grudzień do dziś mieszka w tym mieszkaniu na parterze, tylko już z nią, nie z nim. Widuję go czasem na tym samym parapecie, ale teraz nie bije łapą w szybę z rozpaczy – tylko wygrzewa się na słońcu, kiedy Marta rano wychodzi do pracy na Targ Śniadaniowy, gdzie prowadzi stoisko z serami. A ja, przechodząc obok tego okna z miotłą albo workiem na śmieci, czasem się zatrzymuję na chwilę i patrzę, jak śpi sobie spokojnie na poduszce, którą mu kupiła. I myślę sobie: dobrze, iż tamtego dnia otworzyłem drzwi stróżówki, zamiast tylko machnąć ręką i wrócić do swoich pierogów.






