Roman od dwudziestu lat prowadzi warsztat samochodowy przy ulicy Morskiej w Gdyni i do schroniska przyjechał, bo w domu, na starej daczy pod Wejherowem, wreszcie zaczęła się chwiać deska w podłodze werandy, a lisy podchodziły coraz bliżej kurnika. Potrzebował psa. Nie jakiegoś kanapowego pieska, tylko konkretnego zwierzaka, który będzie pilnował obejścia, kiedy Roman zostaje na noc w garażu przy zleceniu.
Drzwi schroniska pchnął barkiem, bo tak wchodził wszędzie — do warsztatu, do sklepu z częściami, do baru mlecznego na rogu. Szyba brzęknęła w futrynie. Za ladą siedziała dziewczyna w zielonym fartuchu, z identyfikatorem „Kasia”, i na widok gościa mimowolnie się wyprostowała. Trudno się dziwić. Roman miał metr osiemdziesiąt sześć, ręce jak łopaty, brodę gęstą i siwiejącą, a na roboczych butach zaschnięte grudki gliny z placu za warsztatem. Kurtka pachniała olejem silnikowym.
— Potrzebuję psa — powiedział niskim, zachrypniętym głosem. — Dużego. Do pilnowania posesji.
— Mamy kilka — odparła Kasia, sięgając po segregator. — A kotów pan w ogóle nie bierze pod uwagę? Jest teraz parę bardzo przymilnych…
Roman skrzywił się, jakby mu w słoneczny dzień ktoś wcisnął parasolkę.
— Koty to stworzenia bezużyteczne. I moim zdaniem głupiutkie. Bez obrazy.
— Żadnej obrazy — mruknęła Kasia, chowając uśmiech za segregatorem.
Poprowadziła go korytarzem, po którego bokach ciągnęły się kocie kojce, ale Roman choćby głowy nie odwrócił. Na zewnątrz, na wybiegach dla psów, szczekanie uderzyło od razu — głośno, chaotycznie, z pazurami stukającymi o beton. Roman obchodził kojec po kojcu, pytał krótko: wiek, zdrowie, charakter. Zatrzymał się przy owczarku podobnym do husky, dwuletnim samcu imieniem Wicher. Spokojny, silny, patrzył uważnie.
— Można go wyprowadzić? Chcę zobaczyć, jak się zachowuje poza kojcem.
— Jasne, tylko wypiszę przepustkę. Proszę zaczekać przy wyjściu.
Roman wrócił do środka, ręce w kieszeniach, krok ciężki. Minął tablicę z ogłoszeniami i znowu znalazł się przy kocich boksach. Skrajna klapka była uchylona — ktoś właśnie wymieniał miski. I wtedy usłyszał dźwięk, jakby ktoś skrzyżował krótkie ptasie „prr” z warkotem starego silnika diesla. Dźwięk był kierowany wprost do niego.
Na górnej półce boksu siedział szary kot ze świdrującymi zielonymi oczami, w których migotał jakiś zupełnie stuknięty ognik. Patrzył na Romana tak, jakby czekał właśnie na niego. Nie na dowolnego klienta. Nie na Kasię. Na tego konkretnego brodatego mężczyznę w kurtce pachnącej olejem.
Zanim Roman zdążył cokolwiek zrobić, kot skoczył — prosto na ramię, precyzyjnie, jakby wcześniej wyliczył odległość cyrklem. Wbił pazury w gruby materiał kurtki i osiadł tam tak spokojnie, jakby robił to od lat. Po czym zaczął mruczeć. Głośno, na cały korytarz. Wibracje czuł już przy obojczyku.
— Co jest, do… — zaczął Roman, ale kot już ocierał się pyszczkiem o jego brodę.
Roman stał pośrodku korytarza kompletnie zbity z tropu, z kotem na ramieniu, i po raz pierwszy od dawna nie wiedział, co ma zrobić. Przez trzydzieści lat wyciągał zapadnięte silniki, spawał ramy, raz choćby gołymi rękami wypchnął tira z rowu pod Redą. A zdjąć z ramienia kota, który ważył ze cztery kilogramy, okazało się zadaniem znacznie trudniejszym.
Najpierw spróbował delikatnie — podsunął szeroką dłoń pod kocie podbrzusze i pociągnął w dół. Kot przywarł mocniej do kurtki. Mruczenie wzmogło się. Pazury weszły głębiej w tkaninę.
— Ej — burknął Roman. — Nie tu twoje miejsce.
Kot tylko zmrużył ślepia z zadowoleniem.
Roman postanowił działać zdecydowanie. Objął zwierzaka oburącz i szarpnął. Kot uwolnił jedną łapę, ale drugą zaczepił się o kieszeń na piersi. Zrobiło się gorzej — teraz wisiał na nim jak wspinacz na skalnej ścianie i grawitacja go najwyraźniej w ogóle nie obchodziła.
Zza rogu wyszła Kasia z dokumentami. Zobaczyła Romana. Zobaczyła kota. Stanęła jak wryta. Na twarzy najpierw zdziwienie, potem zrozumienie, a zaraz potem zacięta walka z chęcią wybuchnięcia śmiechem.
— To co za przedstawienie? — wskazał brodą na zwierzaka.
— To Walet — odparła Kasia, gryząc wargę. — Jest u nas już z cztery miesiące. Normalnie do ludzi w ogóle nie podchodzi.
Roman zmarszczył brwi.
— No i proszę. Do mnie podszedł.
Spróbował jeszcze raz się go pozbyć, ale Walet wygiął się, jakby zmienił się w ciecz, i z ramienia przesunął się na kark Romana. Sekundę później szare futro owijało go już niczym kołnierz. Ciepły. Głośno mruczący. I zupełnie niezamierzający zejść.
— Może pan usiądzie? — zaproponowała Kasia głosem drżącym od tłumionego śmiechu. — Czasem koty same schodzą, jak się trochę zaczeka.
Roman spojrzał na nią, potem spróbował zerknąć ukosem na Waleta i ciężko opadł na plastikowe krzesło pod ścianą. Minęła minuta. Kot się nie ruszył. Minęło jeszcze kilka. Walet zsunął się z karku z powrotem na ramię, usadowił się wygodniej i zaczął rytmicznie przebierać łapami po kurtce — pazurki to wysuwały się, to chowały, jak tłoczki w małym silniku.
Roman odchrząknął.
— Zawsze taki jest?
Kasia usiadła obok, kładąc segregator na kolanach.
— adekwatnie nie. Walet trafił do nas z mieszkania przy alei Piłsudskiego. Właściciel się wyprowadzał i po prostu go zostawił. Zamknął drzwi i wyjechał.
— Sam został?
— Tak. Sąsiedzi jakiś tydzień później usłyszeli, iż drapie i miauczy za ścianą.
— I ile tam siedział?
— Prawie dziesięć dni. Jak go w końcu odebrali, nikogo do siebie nie dopuszczał. Pierwszy miesiąc siedział na najwyższej półce. Schodził jeść i do kuwety tylko w nocy, jak nikogo nie było w pobliżu.
Roman nic nie powiedział. Ręka, którą przed chwilą próbował ściągnąć kota z kurtki, sama uniosła się i osiadła na szarym grzbiecie. Walet zawibrował pod dłonią tak mocno, jakby obok włączył się mały transformator.
— Potem powoli zaczął schodzić i w dzień — ciągnęła Kasia. — Ale trzymał się z daleka od ludzi. Podchodzili różni: rodziny z dziećmi, starsze małżeństwa. Nikomu się nie dawał. Po prostu się odwracał.
Roman podrapał Waleta za uchem, zanim jeszcze sam zdążył się nad tym zastanowić.
— A skąd taka ksywka?
— Jeden wolontariusz wymyślił. Powiedział, iż kot ma minę prawdziwego karciarza. Siedzi, jakby wszystko wiedział z góry, a udaje, iż mu obojętnie.
Roman parsknął, spojrzał na Waleta i musiał przyznać — coś w tym było. Kot patrzył na świat z niewzruszoną miną gracza, który doskonale wie, jaką kartę trzyma w rękawie.
Minęło jeszcze kilka minut. Kasia w milczeniu wypełniała papiery. Roman też się nie odzywał. Za dwoje mruczał Walet. Z zewnątrz dobiegało dalej ujadanie, gdzieś tam czekał Wicher — duży, spokojny, z mądrymi oczami. Idealny pies. Właśnie po takiego Roman dziś przyjechał.
Spojrzał na szarego kota. Walet oparł łeb o jego ramię i przymknął oczy. Roman westchnął tak ciężko, iż kartka leżąca na kolanach Kasi drgnęła i zsunęła się na podłogę.
Podniósł ją sam, zanim zdążyła się schylić, i podał jej z powrotem, ale rąk nie cofnął od razu — trzymał papier między palcami jeszcze chwilę, jakby coś ważył.
— Ten Wicher — powiedział wreszcie. — On do stada się nada, do innej rodziny. Silny pies, ktoś go weźmie szybko.
— Pewnie tak — zgodziła się Kasia ostrożnie, nie rozumiejąc jeszcze, do czego zmierza.
— A tego — Roman kiwnął brodą w stronę własnego ramienia — nikt nie weźmie. Cztery miesiące już tu siedzi i ludzi się boi.
Kasia nic nie odpowiedziała, tylko patrzyła, jak duże palce mechanika gładzą kocią sierść z ostrożnością, jaką zwykle rezerwuje się dla precyzyjnych części silnika.
— Dawajcie papiery na kota — powiedział Roman. — Adopcyjne. Nie na Wichra.
— Jest pan pewien? Zwierzę do pilnowania obejścia miał być psem…
— Będę miał psa. Kupię innego, w ogłoszeniach, od hodowcy spod Kartuz. A tego — poklepał Waleta po grzbiecie — zabiorę teraz. Bo on chyba nie ma zamiaru czekać, aż ja się zdecyduję.
Kasia wypisała dokumenty w kwadrans: dwieście złotych opłaty adopcyjnej, karta szczepień, zaświadczenie od weterynarza. Podpis Romana na formularzu wyszedł niewyraźny, bo kot w międzyczasie postanowił polizać mu knykcie.
Do transportera Walet wszedł bez oporu — po raz pierwszy w historii schroniska, jak zauważyła Kasia, bo zwykle przy przenoszeniu drapał i wyrywał się każdemu. Na tylnym siedzeniu starego pickupa transporter jechał przypięty pasem, a kot przez całą drogę do Wejherowa mruczał tak głośno, iż zagłuszał radio nastawione na stację z muzyką disco polo.
Na daczy Roman postawił transporter na środku kuchni, otworzył drzwiczki i odszedł do zlewu nalać sobie wody. Kiedy się odwrócił, Walet siedział już na parapecie, obserwując podwórko przez firankę w kwiatki, którą jeszcze babka Romana szyła na maszynie Singera.
Lisy przez cały czas podchodziły do kurnika. Deska na werandzie przez cały czas się chwiała. Ale w niedzielę Roman pojechał po psa do hodowcy spod Kartuz — młodego owczarka, którego nazwał Grot — a Walet, jak się okazało, w ogóle nie miał zamiaru dzielić się ramieniem z nikim. Pierwszej nocy, gdy szczeniak zaskomlał w swojej klatce, kot zszedł z parapetu, usiadł przy kratce i patrzył na niego swoim karcianym spojrzeniem, dopóki Grot się nie uspokoił.
Roman tego nie planował. Ale kredensu w kuchni, na którym odtąd sypiał Walet, nikomu oddawać nie zamierzał.

9 godzin temu






