Kot, który zmienił losy – czyli jak Ania, kierowczyni autobusu z Warszawy, znalazła perskiego kota-b…

18 godzin temu

Kot patrzył na nią bez słowa. Westchnąłem ciężko i zebrałem się na odwagę wyciągnąłem rękę w kierunku kota, licząc na to, iż rękawy mojej skórzanej kurtki ochronią dłonie przed pazurami puszystego gapowicza…

Zmiana dobiegała końca, więc Aneta odeszła na koniec autobusu, pilnie zaglądając pod każde siedzenie.

Autobus był dla niej jak dom, a w domu u Anety zawsze panował porządek. Może dlatego, iż nie było komu tam bałaganić?

Aneto, czas już poszukać sobie męża żartowały dyspozytorki. Pod trzydziestkę ci idzie, a ty ciągle sama. Jeszcze taka robota, niby dla facetów! Oni to nie mają tyle cierpliwości, gdy trafi się awanturujący się pasażer!

Mnie trafiają się mili zwykła odpowiadać Aneta. Lubię swoją pracę. A mąż to nie kot ani pies, żeby go sobie załatwić!

Tylko wymieniały się znaczącymi spojrzeniami. Przecież wiedziały, iż z facetem więcej zachodu niż ze zwierzęciem.

To może kota sobie weź, lepiej niż być samej!

Aneta tylko wzdychała:

Kot na razie się nie znajduje odpowiadała serdecznym dyspozytorkom i wracała do domu, włączała muzykę, szykowała sobie kolację, czytała książkę i kładła się spać…

Dni mijały do siebie podobne jak dwie krople wody. Nie lubiła weekendów wtedy miała za dużo wolnego czasu, więc… jeździła po mieście autobusem, by poczuć się pasażerką, którą ktoś wiezie gdzieś w ciekawe, lepsze życie.

Ten dzień był taki jak wszystkie. Po pracy Aneta sprzątała autobus.

Kiedy zajrzała pod ostatnie siedzenie, aż odskoczyła patrzyły na nią dwa świecące oczy!

Hej, kto tam? Kiciuś! Jak się tu znalazłeś? Zsunąłem się na kolana. Zgubiłeś się?

Kot patrzył bez słowa.

Westchnąłem i zdecydowałem się sięgnąć po zwierzaka, ufając, iż skórzana kurtka ochroni mnie przed pazurami futrzastego pasażera na gapę.

Kot dał się wyciągnąć spod siedzenia i wtedy mogłem go dobrze obejrzeć.

Był imponujący.

Nie znałem się na rasach, ale specyficzny pyszczek i długi włos zdradzały rasę perską. Na szyi miał obrożę z medalikiem.

Merlin przeczytałem, przekręcając kota raz w jedną, raz w drugą stronę. Co, rzeczywiście ten sam wielki czarodziej?

Kot ziewnął jakby chciał powiedzieć: Może i tak.

No i co ja z tobą zrobię, wasza magiczność? zacząłem mówić z szacunkiem. Gdzie szukać twoich ludzi?

Kot tylko spojrzał i znowu ziewnął. Jakby dawał do zrozumienia, iż nie wie i w sumie to chętnie by coś zjadł albo przespał się…

Zrozumiałem, iż mam dwa wyjścia, choć naprawdę tylko jedno przecież nie zostawię zwierzaka na ulicy!

Dobra, dziś śpisz u mnie, a jutro wydrukuję ogłoszenia z twoim zdjęciem. Pewnie ktoś już cię szuka i się martwi!

Kot nie protestował, za to gdy tylko ruszyłem do wyjścia zaczął się wyrywać z objęć.

O co ci chodzi? zastanawiałem się, ale Merlin sam zeskoczył na podłogę i wrócił pod siedzenie. Po chwili wyszedł, trzymając coś w pysku.

Co tam masz? zapytałem i pochyliłem się bliżej.

Kot puścił przedmiot na moją dłoń. To był los na loterię.

No popatrz! zaskoczony obracałem wygraną. Czyżby twój właściciel stracił i ciebie, i wygraną?

Kot tylko spojrzał znacząco, jakby chciał powiedzieć: Chodźmy już do domu.

Zacząłem się zastanawiać, czy w ogłoszeniu napisać o tym losie. A co jeżeli ktoś spróbuje oszukać i wyłudzić wygraną, podając się za właściciela kota?

Trzeba rozegrać to lepiej! Najpierw zakupy dla gościa.

Co chcesz zjeść? zapytałem w sklepie, niepewnie patrząc na półki z kocim jedzeniem.

Merlin popatrzył na saszetki, po czym sięgnął łapą jedną z nich, ciągnąc mnie bliżej półki.

Na pewno tą? dopytałem.

Merlin złapał wybrany smakołyk zębami i nie miałem już wątpliwości.

Mądry z ciebie kot! pochwaliłem.

Odpowiedział cichym mrrau, jakby mówił: Wiem. Kupiłem także coś dla siebie i wróciliśmy do domu.

Rozgość się rzuciłem, stawiając kota na podłodze.

Merlin natychmiast ruszył na inspekcję. W kuchni nie miałem misek, więc przeznaczyłem dwa spodki, jeden na wodę, drugi na karmę.

Kiedy kot zjadł, zrobiłem mu zdjęcie i przygotowałem ogłoszenie, nie wspominając ani słowem o imieniu czy losie na loterię.

Wydrukowałem ogłoszenie na domowej drukarce i pokazałem Merlinowi.

Świetnie wyszedłeś! Jutro wywieszę w autobusie, może znajdziesz swojego człowieka! O, cholera…

Stężałem, bo przypomniałem sobie, iż jutro mam zmianę i nie mam co zrobić z kotem…

Zabrać ze sobą? Nie, rozpraszałbym się, a kierowca musi być czujny. Zostawić samego też źle. To taki stres!

I wtedy przypomniałem sobie o Krzysztofie, sąsiedzie zza ściany. Pracuje w domu wystarczy mu laptop i internet.

Czasem mijaliśmy się w korytarzu, gdy Krzysztof schodził na zakupy. Wysoki, nieco fajtłapowaty, w okularach.

Zazwyczaj kiwaliśmy sobie głowami i każdy szedł w swoją stronę. Ale dziś może poprosić go o pomoc?

Zdobyłem się na odwagę i zadzwoniłem do jego drzwi. Krzysztof otworzył mi nieogolony, w domowych kapciach i rozciągniętych spodniach. Spojrzał zaskoczony.

Wyjaśniłem mu sprawę, mówiąc, ile mogłem najlepiej. Okazało się, iż nie musiałem długo go przekonywać tylko pokiwał głową i wziął ode mnie zapasowy klucz.

Na chwilę zrobiło mi się głupio, bo choćby mnie porządnie nie zauważył. Westchnąłem i wróciłem do siebie. Zawołałem:

Kiciuś! Merlin! Gdzie jesteś?

Kot stał przy drzwiach balkonowych, jasno dawał znać, iż chce wyjść.

Zawahałem się sekundę, w końcu uznałem, iż taki mądry kot nie wyskoczy z ósmego piętra, więc otworzyłem balkon i wyszliśmy razem.

Merlin od razu wskoczył na barierkę, ja zamarłem i rzuciłem się go asekurować.

Spojrzał na mnie z lekkim politowaniem i podniósł głowę do góry. Pogłaskałem go i spojrzałem w noc…

Zobaczyłem gwiazdy. Niebo patrzyło tysiącem świecących oczu. Jedna spadła, mknąc jak łza po nieboskłonie.

Kot otarł się o moją dłoń jakby szepcąc: No, pomyśl życzenie! Pomyślałem…

Umarłem prawie od razu, gdy tylko położyłem się spać. Może dlatego, iż obok mnie mruczał Merlin?

Rano, dając ostatnie wskazówki zaspanym Krzysztofowi, poszedłem do pracy.

Przez cały dzień jeździłem po Krakowie z ogłoszeniem wywieszonym w autobusie, ale nikt się nie zgłosił po kota.

Trochę mi było głupio, ale byłem szczęśliwy. Do domu biegłem niemal jak na skrzydłach tam czekało na mnie…

W mieszkaniu pachniało świeżo mieloną kawą. Zwykle piłem rozpuszczalną, więc poczułem różnicę od razu.

Trochę się tu rozgościłem przyznał Krzysztof. Bez urazy, ale twoja kawa to porażka. Swoją przyniosłem i zaparzyłem. Chcesz?

Pewnie! ucieszyłem się. A gdzie Merlin?

Kot natychmiast pojawił się w przedpokoju, wyraźnie zadowolony. Wlazł mi pod nogę, wyrażając najwyższą pochwałę.

Twój Merlin w świetnej formie powiedział Krzysztof, schylając się, by pogłaskać kota. Wiesz, dawno się tak nie zrelaksowałem. Odpaliłem laptop, chciałem popracować, ale nie wyszło…

Przypomniało mi się dzieciństwo i zacząłem pisać bajkę o kocie machnął ręką. Napisałem całą historię.

Pokażesz? zainteresowałem się.

E tam… niby nie chciał się chwalić, ale widziałem, iż aż się pali.

Lubię bajki! W sumie fantasy, ale to przecież prawie to samo! zapewniłem go z entuzjazmem.

Uległ.

Potem piliśmy pyszną kawę i czytaliśmy bajkę. Obok siedział Merlin, spoglądał pobłażliwie, jakby wiedział więcej od nas obu.

Spodobała mi się ta bajka. Gdy Krzysztof wrócił do siebie, zrobiło mi się trochę smutno. Ale przecież został kot…

Nagle zadzwonił dzwonek. Merlin wyprostował się i dumnie ruszył do drzwi. Zapytałem:

Kto tam?

W sprawie ogłoszenia usłyszałem głos, a serce mi ścisnęło.

Miałem zamiar nie otwierać, ale to byłoby nie fair, więc otworzyłem. Na progu stał wysoki, sędziwy mężczyzna w czarnym płaszczu. Uśmiechnął się:

Proszę się nie martwić, rzeczywiście przyszedłem po kota. Nazywa się Merlin. Oto on.

Kot od razu wskoczył mu na ręce, nie było wątpliwości.

Proszę wejść powiedziałem z przyciszonym głosem.

Chciało mi się płakać. Jak można tak przywiązać się do zwierzaka w jeden dzień! Staruszek wszedł, powąchał powietrze, uśmiechnął się. Wydawało się, iż z kotem wymienił porozumiewawcze spojrzenie.

Może kawy? zaproponował.

Zaparzyłem kawę, dzięki Krzysztofowi jeszcze była w kuchni. Przez cały czas staruszek i kot patrzyli na siebie jakby rozmawiali w myślach.

Przy okazji odezwał się w końcu mężczyzna. Nie znalazł pan czegoś jeszcze?

Zarumieniłem się. Wyciągnąłem los na loterię i podałem mu. On jednak odsunął moją rękę.

To dla pana powiedział z uśmiechem.

Ale to przecież pański los! zaprotestowałem.

Ale znalazł go pan, a Merlin nie ma nic przeciwko staruszek uśmiechał się tajemniczo.

A jeżeli trafi wygraną? zmieszałem się.

To co, nigdy nie dopuści pan do siebie szansy na ciut większe szczęście? spytał łagodnie.

Spuściłem wzrok. Przecież właśnie to życzenie pomyślałem przy spadającej gwieździe!

Proszę dać szansę szczęściu powiedział ciepło. Niech się pan nie smuci, pewnie jeszcze się spotkamy. Kiedy pan wróci…

Wracam skąd? chciałem zapytać, ale staruszek zdążył wyjść, cicho zamykając drzwi za sobą.

Zamek sam się przekręcił i nagle ogarnęła mnie senność. Dotarłem do łóżka i zasnąłem… Śniła mi się bajka Krzysztofa.

O potężnym czarowniku, który całe życie myślał tylko o sobie. Jego czary nikogo nie uszczęśliwiły i za karę został zamieniony w kota.

I miał chodzić po ziemi w tym futrze, aż jego magia się rozwieje…

Nazajutrz znów ruszyłem do pracy, ale dziś słońce wydawało się świecić jaśniej, pasażerowie uśmiechali się, autobus śmigał wesoło przez Kraków.

Sprawdziłem los na loterii i prawie się nie zdziwiłem, wygrywając wycieczkę nad morze. Bardziej zdziwiło mnie to, iż szef, ze śmiechem, bez wahania powiedział:

Jedź, Aneta, należy ci się urlop. Zastąpią cię, nie martw się!

A potem było morze, gwiazdy i świeże, nowe uczucie!

Wróciłem szczęśliwy, przywiozłem trochę muszelek i morze, które już zostało mi w sercu.

Otwierając drzwi do mieszkania, na klatkę wyszedł Krzysztof. Wysoki, trochę nieporadny, rozczochrany.

Ktoś był do ciebie wczoraj powiedział Kazał przekazać… zamilkł, wpatrując się we mnie. Jesteś inny. I bardzo ładna.

Dzięki odparłem z uśmiechem. A co miałeś przekazać?

Puknął się w czoło i zniknął w mieszkaniu. Wyszedł, trzymając pod pachą puszystego, szarego kociaka. Poznałem wyraz pyszczka.

Choć zresztą każdemu persowi czegoś takiego nie brakuje odrobiny dumy.

To syn twojego kota… To znaczy tego, którego znalazłeś w autobusie. Nazywa się Artur.

Stary powiedział, iż on i Merlin mogą powierzyć jego wychowanie tylko tobie tu zająknął się Krzysztof. A może… nam obojgu…

Jak? poczułem, jak serce wali mi w piersi.

On powiedział, iż mogą powierzyć Artura tylko nam razem wyznał Krzysztof.

Miau! potwierdził kociak, wyciągając łapkę do mnie.

Wyciągnąłem dłoń i spotkałem drugą dłoń Krzysztofa. I na świecie od tej chwili zrobiło się trochę cieplej, pogodniej i zwyczajnie… szczęśliwiej.

Idź do oryginalnego materiału