Koniec z tolerowaniem

polregion.pl 1 godzina temu

Już dłużej nie wytrzymam
– Znowu ta głupia muzyka! – krzyknęła Halina Kowalska, waląc pięścią w kaloryfer. – Jest pierwsza w nocy, a oni tam urządzają rockowy koncert!
– Mamo, uspokój się – westchnęła córka Katarzyna, nie odrywając wzroku od telefonu. – Pogadasz z nimi jutro.
– Ile można gadać! Już miesiąc znoszę tych… tych… – wymachiwała rękami, szukając słów. – Jakichś narkomanów!
– Mamo, nie krzycz tak. Obudzisz Marysię.
– Niech się obudzi! Niech wie, w jakim domu mieszka! – Halina Kowalska podeszła do okna i szeroko je otworzyła. – Hej, wy tam na górze! Dość tego wrzeszczenia!
Z okna na trzecim piętrze wychyliła się rozczochrana głowa młodego chłopaka.
– Babciu, sama nie drzyj się! Ludzie śpią!
– Jaką ja ci jestem babcią, głąbie! – wrzasnęła Halina Kowalska. – Zaraz wezwę dzielnicowego!
– Wzywaj! – warknął chłopak i zatrzasnął okno.
Muzyka stała się tylko głośniejsza.
Halina opadła na kanapę, chwytając się za serce. Ręce jej drżały, oddech się płatał. Katarzyna wreszcie odłożyła telefon i spojrzała na matkę.
– Mamo, jak się czujesz? Wziąć tabletki?
– Daj waleriany – szepnęła Halina Kowalska.
Katarzyna przyniosła nalewkę i szklankę wody. Matka wypiła krople i opadła na poduszki.
– Już nie mogę, Kasiu. Zupełnie nie mogę. Dawniej mieszkali tu porządni ludzie. Cisza, spokój. A teraz…
Machnęła ręką w stronę sufitu, skąd dochodził łomot perkusji.
– Kiedy się wprowadzili? – spytała Katarzyna.
– Miesiąc temu. Młoda para. Wyglądali na normalnych, grzecznych. Witali się na klatce, uśmiechali. A okazali się…
Halina nie dokończyła. Na górze coś z hukiem spadło, potem rozległy się wrzaski i śmiech.
– Na pewno ćpuny – zamruczała. – Normalni ludzie o pierwszej w nocy śpią.
Katarzyna przeciągnęła się i ziewnęła.
– Mamo, pojadę już do domu. Późno.
– Nie zostawiaj mnie samej z tymi… wariatami!
– Mamo, no co ja mogę zrobić? Jutro praca, Marysia do szkoły. Sama się dogadaj z sąsiadami.
Katarzyna zebrała rzeczy i wyszła. Halina została sama w mieszkaniu, gdzie każdy dźwięk z góry odbijał się bólem w sercu.
Wyjrzała z szafki notes i znalazła numer dzielnicowego. Nie odbierali. Spróbowała dodzwonić się na prewencję.
– Słucham – odezwał się zmęczony głos.
– Dzień dobry, tu Halina Kowalska z ulicy Konopnickiej. Sąsiedzi z góry puszczają głośno muzykę, spać nie dają.
– Która godzina?
– Już pierwsza w nocy!
– Rozumiem. Zapiszę zgłoszenie. Patrol przyjedzie, jak będzie wolny.
– Kiedy to będzie?
– Nie mogę powiedzieć. Zgłoszeń dużo.
Halina odłożyła słuchawkę i zaciśniętą pięść uderzyła w stół. Patrol przyjedzie, jak będzie wolny. A kiedy będzie wolny? Rano? Jutro? Za tydzień?
Podeszła do okna i spojrzała na ulicę. Pusto, cicho, tylko latarnie świecą. A w jej domu panuje chaos. Muzyka grzmi, ludzie tupią, krzyczą. I nikogo to nie obchodzi.
Halina przypomniała sobie dawne życie. Trzydzieści lat w tym mieszkaniu. Widziała, jak zmieniali się sąsiedzi, jak rodziły się i rosły dzieci. Wszyscy się znali, szanowali. Po dziesiątej wieczorem panowała idealna cisza.
A teraz to. Młodzież zjechała się Bóg wie skąd, myśli, iż wszystko im wolno. Rodzice pewnie bogaci, mieszkania kupują, a wychowania żadnego.
Na górze zagrał nowy kawałek. Halina rozpoznała melodię – coś współczesnego, zawodzące gitary i łomot. Ściany drżały od basu.
Nie wytrzymała i znów podeszła do okna.
– Wyłączcie muzykę! – krzyknęła z całych sił. – Ludzie śpią!
Nikt nie odpowiedział. Muzyka dalej grzmiała.
Halina zarzuciła szlafrok i wyszła na klatkę. Weszła piętro wyżej i zadzwoniła. Długo nie otwierali, w końcu usłyszała kroki.
– Kto tam? – spytał męski głos.
– Sąsiadka z dołu. Proszę otworzyć.
Drzwi uchyliły się na łańcuch. W szparze ukazało się oko młodego faceta.
– Czego?
– Młody człowieku, można ciszej z tą muzyką? Już pierwsza w nocy.
– A co, przeszkadzamy?
– Oczywiście, iż przeszkadzacie! Jak tu spać przy takiej głośności?
Facet prychnął i już chciał drzwi zatrzasnąć, ale Halina zdążyła wsadzić stopę w szparę.
– Zaczekajcie! Rozmawiam z wami!
– Babciu, nie podnoś głosu. Nikomu nie przeszkadzamy.
– Jak nie? Cały dom słyszy waszą muzykę!
– To nie nasz problem. U siebie robimy, co chce
Lenka często przychodzi na pierogi i herbatę, a Walentyna Piotrowska, choć młotek schowała głębiej w szafie, wie, iż odzyskany spokój jest słodszy niż jakiekolwiek zwycięstwo.

Idź do oryginalnego materiału