12 marca 2024
Dzień, w którym postanowiłem zapisać to, co od roku męczy mnie w weekendy. Nie jesteśmy waszymi sługami! tak brzmi dzisiejszy wpis, bo moja teściowa, nieustępliwa Halina Kowalska, zamieniła każdy wolny dzień w prawdziwą torturę.
Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, iż moje rzadkie, wyczekiwane weekendy zamienią się w ciężką fizyczną robotę, przy której każdy mięsień krzyczy ból, a łzy napływają do oczu, prawdopodobnie uznałbym go za szaleńca. Dziś wiem, iż to prawda. Winna jest mi Halina, która upiera się, iż ponieważ ja i moja żona Zuzanna mieszkamy w kamienicy w centrum Warszawy, nie mamy własnego ogrodu, więc mamy czas w bród i możemy być wykorzystywani do wszystkiego.
Zuzanna i ja jesteśmy małżeństwem od niecałego roku. Nasz ślub był skromny pieniądze nie rosły na drzewach, a w naszej dzielnicy każdy grosz się liczy. Rodzice pomogli nam wynająć małe mieszkanie w kamienicy przy Starym Mieście. Oczywiście nie było ono w najlepszym stanie, więc od wiosny zaczęliśmy stopniowo remontować: wymieniamy krany, wieszamy nowe tapety, w kuchni kładziemy nowe płytki. Brakuje nam zarówno funduszy, jak i czasu.
Rodzice Zuzanny mają jednak wsię pod Krakowem, gdzie rozciąga się spory ogród, kury, kaczki, koza i dwie krowy. Mieszkają w przedmieściach, które po latach PRL wciąż noszą ślady dawnych gospodarstw. To ich własny projekt, ich decyzja, którą szanujemy, ale dla nas to zupełnie inny świat.
Halina widziała to inaczej. Gdy tylko usłyszała, iż siedzimy w mieście, nie mamy ogródka i obowiązków, natychmiast zaczęła nas zapraszać. Najpierw było to tylko na herbatkę. niedługo jednak co sobotę i niedzielę dostawaliśmy wyraźne polecenia: Przyjdźcie i pomóżcie! Nie na relaks ani na oddech od pracy a na robotę. Gdy tylko przekraczaliśmy próg ich domu, Halina podawała nam miotły, grabie albo wiadro. Z uśmiechem: Do dzieła, przyda się trochę porządu.
Na początku myślałem: Dobrze, pomożemy od czasu do czasu, pokażemy, iż jesteśmy rodziną. Zuzanna próbowała wytłumaczyć mamie, iż mamy remont, mało wolnego czasu i pracę pod presją. Ale upór Haliny nie znał granic. Żyjecie jak królowie w mieście! U mnie wszystko spoczywa na moich barkach! krzyczała, nie słuchając naszych argumentów. Co macie zrobić w tej małej kawalerce? Wychowaliśmy was, teraz musicie oddać coś w zamian!.
Szczerze mówiąc, chciałem być dobrą zięcią, nie wywoływać kłótni. Jednak pewnego dnia, przywożąc wiadro wody i szmatę, Halina rozkazała mi: Podczas gdy ja gotuję zupę, ty wyczyść cały podłogę aż do szopy i z powrotem. Jan (mój syn) niech przytnie deski, a kurnik trzeba naprawić. Chciałem uprzejmie odmówić, tłumacząc, iż jestem wykończony po tygodniu, ale ona nie dała szansy. Traktowała mnie jak płatną robotnicę, której można odmówić, tylko jeżeli chce się na to narażać.
Niedzielny wieczór przyniósł ból w każdym mięśniu. W poniedziałek zaspałem i nie poszedłem do pracy. Szef był w szoku nigdy nie chorowałem, a nagle leżałem w łóżku. Kłamałem, iż czuję się źle, i wszystko to po relaksującym weekendzie u teściowej. Nie było tu euforii ani wdzięczności tylko gniew i rozczarowanie.
Najgorsze było to, iż mimo wielokrotnych wyjaśnień, iż mamy własne obowiązki, jesteśmy zmęczeni i mieszkanie to przez cały czas plac budowy, Halina dzwoniła codziennie: Kiedy w końcu przyjdziecie? Ogród nie wykarmi się sam! Gdy mówiliśmy, iż teraz nie da się, odpowiadała: Co takiego remontujecie, iż nie skończycie za miesiąc? Budujemy tu pałac?.
Jej bezczelność szokowała mnie, zwłaszcza gdy otwarcie rzekła: Liczyłam na ciebie, Zuzanno. Jesteś kobietą musisz nauczyć się doić krowy i sadzić warzywa, to cię rozwija. Milczałem, ale w środku gotowało się we mnie gniew. Nie chciałem żyć na wsi, nie chciałem doić krów ani grzebać w oborniku.
Jan stał po mojej stronie. Był równie zmęczony jej żądaniami. Kiedyś chętnie jeździł do rodziców, teraz robił to wyłącznie z poczucia obowiązku. Ignorował telefony, bo pełne były jedynie pretensji. Za każdym razem szukałem wymówek, by nie musieć znów wsiadać w samochód.
W końcu zadzwoniłem do mojej matki i opowiedziałem jej wszystko. Zrozumiała mnie od razu. Powiedziała: pomoc ma być dobrowolna, nie można młodej rodzinie sprzedawać darmowej siły roboczej. Gdy pozwolimy się wykorzystywać, tylko pogorszy się sytuacja.
Jestem wyczerpany podwójnym życiem: praca w biurze w Warszawie, remont w mieszkaniu, a w weekendy praca na farmie pod Krakowem. Chciałbym po prostu się wyspać. Weekend z książką lub filmem, a nie z łopatą i brudem.
Jan i ja doszliśmy do wniosku, iż musimy dać halinie ultimatum: albo przestanie nas terroryzować, albo zerwiemy kontakt. Brzmi surowo? Być może. Ale mamy własne życie, marzenia, cele. Nie zamierzamy być wieczną siłą roboczą.
Jeśli ktoś mówi: To normalne, trzeba pomagać rodzicom, nie zgadzam się. Pomoc to pytanie, nie rozkaz. To wdzięczne przyjęcie, nie manipulacja. To wybór, a nie przypisane zadania.
Może zima zahamuje energię Haliny. A ja w końcu będę mógł wziąć oddech i przypomnieć sobie, iż weekend ma służyć odpoczynkowi, a nie przymusowej służbie.
Na koniec nauczyłem się jednej prawdy: nie da się znosić obowiązków z czystego poczucia obowiązku, a miłość nie da się wymusić pracą. Granice trzeba wyznaczyć samemu inaczej wyznaczą je inni.

1 dzień temu
![Przy Serenadzie budują hotel [ZDJĘCIA Z DRONA, WIZUALIZACJE]](https://cowkrakowie.pl/wp-content/uploads/2025/11/wizualizacja3-1.jpg)


![Co słychać na budowie pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce? [FILM]](https://wykop.pl/cdn/c3397993/418058cc828555f4e09b145d56ea9913286a77a980dcfc1d2a2a42b3fd2d257f,w1000h1000.jpg)




