Dawno temu, jeszcze zanim świat przyspieszył i wszystko stało się takie przewidywalne, moja żona przeżyła coś, co długo opowiadała znajomym ze śmiechem, a trochę z niedowierzaniem. Wszystko zaczęło się od kota o imieniu Niewcio i psa, który niedługo potem zawitał w naszym domu.
Zacznijmy jednak od początku. Kot pojawił się u nas przez przypadek jeżeli można tak powiedzieć o losie. Żona, wychodząc wyrzucić śmieci, wróciła z mikroskopijnym kociakiem, znalezionym wśród kartonów przy śmietniku na podwórku starej kamienicy w Krakowie. Ktoś po prostu go tam podrzucił Nadała mu imię Niewcio od niewdzięścia, bo biedak już od pierwszego dnia zaczynał swoją przygodę od pecha.
Zaledwie wszedł do kuchni, wpakował się przednimi łapkami prosto do gorącego barszczu, a kiedy żona łapała go ze stołu, wywinął się i wpadł tylnymi łapkami w miskę ze śmietaną. Potem nadeszła cała seria przygód: wybił wszystkie cztery łapki, zeskakując z kanapy, strącał z szafek filiżanki i talerze, których odłamki same potem wpadały mu na głowę. jeżeli na stole stała sól, każdy domownik pilnował jej jak oka w głowie, bo Niewcio z uporem godnym lepszej sprawy pchał się zawsze prosto w kubek, solniczkę czy cokolwiek, co mogło się wywrócić.
Bywało, iż spotkał się z prądem trzy razy i trzy razy lekarz w gabinecie weterynaryjnym na Zwierzyńcu ratował mu życie. Z wodą także miał na pieńku; kilkukrotnie próbował utopić się w wiadrze do mycia podłóg, więc te niedługo przestały stać bez opieki. Skakał jakby miał dwie lewe łapy, a nigdy nie trafiał tam, gdzie zamierzał. Rozbijał się o rogi mebli, lustra, poręcze Sami rozumiecie.
Żona zaciągała Niewcia do różnych znachorek, a te wykręcały pecha jajkiem i śmiały się, biorąc przy tym niemało złotych. Ale gdy Niewcio potłukł porcelanę w domach każdej z nich, rozniosła się o nim zła sława nie chciały już go widzieć żadne czarownice z Podgórza.
Pogodzeni z losem, przejęci codziennymi problemami, zastanawialiśmy się, co dalej. Pewnego razu znajoma poradziła żonie: Kup mu towarzysza! Albo psa, albo kotkę. Żona była zachwycona i nie zastanawiając się dłużej, wydała sporą sumę złotych na psa rasy chihuahua, ku euforii naszej córeczki.
Dlaczego straszny? jeżeli kiedyś widzieliście tę rasę z bliska i słyszeliście ten szczek, czy raczej kaszel, to wiecie, o czym mówię.
Szybko przekonaliśmy się, na co się pisaliśmy. Mieszkaliśmy wtedy na obrzeżach Krakowa, w starej, drewnianej willi. Myszki chętnie odwiedzały nasz dom Niewcio nie tyle się ich bał, co bawił się w berka. Dla porządku poustawialiśmy więc pułapki.
Pierwszą ofiarą okazał się być nowy pupil, którego nazwaliśmy Reks. Niewciowi przypadła rola nauczyciela pecha.
Reks podzielał los swojego kumpla. I zamiast jednego niewdzięśnika, w domu pojawiły się dwa. Wychodzili razem na dwór, łapali w łapy mrówki, szerszenie i pszczoły. Gęsi z sąsiedztwa usiłowały ich dziobać, a kury szczypać. Kłopotów przybyło, ale i śmiechu nie brakowało.
Aż pewnego dnia wszystko się odmieniło
Mój mąż, Janusz, miał zwyczaj zostawiać samochód prosto przed domem, gdzie zawsze miał miejsce. Rano wychodził z kubkiem kawy, przekręcał furtkę i zasiadał za kierownicą.
Tego ranka tradycyjnie Niewcio strącił mu kubek z kawą, a kanapka z szynką wylądowała na panelach. Tym razem jednak, zamiast schować się pod stół, kot rzucił się i zastawił drzwi na mur.
Janusz chciał go odsunąć, na co kot zareagował arcycharakterystycznym łukiem grzbietu i wymierzył mu łapą z pazurami.
No naprawdę! zawołał Janusz. Mało ci, iż rozlałeś mi kawę i zrzuciłeś kanapkę, to jeszcze bijesz się?! Wynocha!
Wtedy spod łóżka wypadło straszydełko, które kaszle i szczeka naraz tak, to był Reks próbując obronić swojego kociego przyjaciela.
Miniaturowy piesek odważnie rozstawił trzęsące się łapki i z osłoniętym pyszczkiem zarzucił groźbę: Nie oddam! choćby zdechnę, ale nie odejdę! Najpierw zemną się rozpraw!
Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta.
Czy wyście powariowali?! jęknął Janusz. Przecież spóźnię się do pracy!
Wbiegł do sypialni po żonę.
Wstawaj, Halino! Do pracy muszę jechać, a te dwa nie przepuszczą mnie przez drzwi!
Co? Kto? jęknęła zaspana żona.
Wstali razem. Kiedy podeszli do zwierzaków zastawiających wyjście, nagle zza okna rozległ się huk. Wybiegli na dziedziniec. Na naszych oczach wielka ciężarówka z mlekiem, która nie zdążyła zahamować, uderzyła w samochód Janusza stojący przed furtką. Po naszej skodzie zostało tylko pogięte żelastwo. Kubek z nową kawą wypadł Januszowi z rąk, a kierowcę ciężarówki zabrała karetka z atakiem serca. Bywa i tak
***
Od tamtego czasu Niewcio i Reks już nie blokują nikomu drogi, ale Janusz zawsze przed wyjściem pyta przyjaciół:
No, chłopaki, spokojnie dzisiaj? Mogę wyjść?
Reks zęby szczerzy, a Niewcio kiwa głową
Może myślicie, iż od tej pory są szczęściarzami? Wcale nie! Ta dwójka dalej pakuje się w różne kłopoty. Tylko iż teraz nikt nie łapie się za głowę ani nie narzeka na straty. Ktoś ich przytula, całuje, wyciera z barszczu i śmietany. Dla Reksa kupiliśmy piękną, nową obrożę, a Niewciowi w każdym rogu postawiliśmy drapak i zapewniliśmy własne legowisko.
Choć i tak śpi w nogach małżeńskiego łóżka, skąd regularnie spada i rozpoczyna nocne lamenty.
Na te lamenty przybiega Reks i szczeka a raczej kaszle grożąc każdemu, kto miałby krzywdzić jego przyjaciela.
Po kolejnej nocnej burzy cała rodzina znów kładzie się razem tym razem Niewcio i Reks lądują między nami, dzięki czemu chociaż do świtu mamy względny spokój.
A zresztą, jeżeli nie wiecie, do czego dążę przewróćcie kartkę.
Bo wszystko to, jak zawsze, opowiada o miłości. Wierzcie mi, Niewcio i Reks są kochani nie dlatego, iż są szczęściarzami lub pechowcami, ale po prostu dlatego, iż są. A to, wierzcie, największe szczęście.





