Jak Zosia została mamą dzięki swojemu dobremu sercu
Dzisiaj, po powrocie z pracy, otworzyłam drzwi do klatki schodowej i od razu zobaczyłam pod moim mieszkaniem karton. Patrzyłam na niego z lekkim zdziwieniem i niepokojem. W środku, skulone i wystraszone, siedziały pies i kot. Patrzyli na mnie wielkimi oczami, drżąc z niepewności.
Co tu robicie, maluchy? Kim wy jesteście? zapytałam cicho, jakby mieli mi odpowiedzieć.
W tym momencie uchyliły się drzwi sąsiadki naprzeciwko. To była pani Helena.
A, Zosiu, dobry wieczór. Wyobraź sobie! Pani Wanda z drugiego piętra już nie żyje, a jej zwierzaki przez cały czas bez domu westchnęła ciężko.
Próbowałam wszystkich, nikt nie chce. Ja mam swojego kota, innych nie toleruje, inni mają alergię… Może wy z Tomkiem przygarniecie? Dzieci nie macie, młodzi jesteście, dobrze zarabiacie.
My choćby nie rozważaliśmy zwierząt, a co dopiero dwóch na raz odpowiedziałam z wahaniem.
Lepiej ich nie rozdzielać. Zżyli się ze sobą, zawsze razem śpią… Pani Wanda wyprowadzała psa na spacer, a kot sam chodził na podwórko, naprawdę nie sprawiali kłopotu.
Może się jednak zdecydujesz? poprosiła mnie Helena z cichą nadzieją.
A jeżeli nie weźmiemy? Co się z nimi stanie? zapytałam cicho.
Słyszałam, iż chcą ich oddać do uśpienia. Karton już czeka Mieszkanie praktycznie sprzedane, nowym właścicielom zwierzaki niepotrzebne wyznała smutno.
W tej chwili na klatkę wszedł pan Janek z góry, popatrzył na mnie i karton.
Pani Zosiu, może jednak je przygarniecie? One spokojne są, kilka jedzą i już starsze… długo nie pożyją… Nikomu niepotrzebne, a żal. Pani Wanda je kochała.
Serce mi zmiękło.
Dobrze, proszę… Nie mogę znieść myśli, iż je uśpią. Jak się nazywają? Dopiero dwa lata tu mieszkamy, nikogo dobrze nie znamy…
Janek uśmiechnął się z ulgą i zaniósł karton do naszego przedpokoju.
Pies nazywa się Reksio, a kota wołali Maurycy. Dziękujemy wam ogromnie… położył na komodzie pięćdziesiąt złotych i smycz na początek, chociaż tyle. Jeszcze raz dziękuję…
Zamknęłam drzwi i rozebrałam się. Przysiadłam i zaczęłam mówić spokojnie do moich niespodziewanych gości.
No co, chłopaki? Tomek zaraz się zdziwi. Ale z jego dobrym sercem pewnie się zgodzi na taki dodatek. Nie bójcie się, nikomu nie pozwolę was skrzywdzić. Co to za pomysł z uśpieniem… Masakra jakaś.
Kot obwąchał najpierw ostrożnie nowe kąty, po czym spokojnie wyszedł z kartonu na zwiedzanie mieszkania. Reksio jeszcze chwilę siedział, patrząc nieufnie, ale w końcu zaczął śledzić swojego kociego towarzysza.
Poszłam do kuchni. Oczywiście nie miałam karmy dla zwierząt. Zrobiłam więc kaszę z mięsem pomyślałam, iż obojgu powinno smakować.
Na szczęście Maurycy gwałtownie znalazł kuchnię i zainteresował się miską. Zawołałam Reksia, który początkowo nie chciał podejść, ale widząc jak kot zajada z apetytem, spojrzał na mnie smutnymi oczami i podszedł nieśmiało.
Kiedy wrócił Tomek, mój mąż, rzeczywiście był bardzo zdziwiony, ale uznaliśmy, iż może znajdziemy im nowe domy najlepiej u kogoś z większym mieszkaniem czy domem.
Jesteśmy z Tomkiem małżeństwem od czterech lat, a mieszkanie kupiliśmy raptem dwa lata temu. Kochamy się, żyjemy spokojnie, nie kłócimy. Tylko brak dzieci przyciemnia naszą codzienność.
Zosiu, ty taka uporządkowana, sama nie chciałaś zwierząt zdziwił się Tomek.
Myślałam, iż będziemy mieć dziecko. A tu mamy ich… I te zwierzaki. Nie mogę słuchać o tym uśpieniu, daruj mi… mój głos zadrżał.
Uwielbiam zwierzęta. Damy radę, jutro popytam w pracy, może ktoś się skusi pocieszył mnie Tomek, przytulając.
Od tej chwili nasze życie się zmieniło. Kot i pies gwałtownie się zadomowili. Ich poprzednie mieszkanie było dokładnie nad naszym, ten sam rozkład, ten sam ogródek.
Patrzcie, kochani, jakbyście zawsze z nami byli często im mówiłam, głaszcząc.
Wyprowadzałam Reksia na spacer trzy razy dziennie, Maurycy wychodził przez okno na podwórko i wracał bardzo nam to odpowiadało.
Pani Helena cieszyła się, iż przygarnęłam zwierzaki. Przynosiła Reksiowi kości ze zupy, a Maurycemu oddawała resztki kaszy po wnukach.
Wieczorami śmialiśmy się z Tomkiem do łez, widząc jak Maurycy goni za piłeczką, a Reksio slodko rozciąga się na nowym posłaniu.
Nasi futrzaści przyjaciele zawsze spali razem, nie rozstawali się choćby na chwilę. Zrozumieliśmy, iż rozdzielanie ich byłoby naprawdę okrutne.
Po kilku miesiącach nie szukaliśmy już im nowych domów tak się zżyliśmy, iż nie wyobrażaliśmy sobie domu bez nich.
W weekendy odwiedzała mnie mama, mieszkała niedaleko. Też polubiła nasze zwierzaki, choć na początku była w szoku.
Wzięłabym kota, ale mieszkam na trzecim piętrze, a on przyzwyczajony do wychodzenia… mówiła.
Mamo, nie oddam go! Ty będziesz przychodzić do nich podczas naszych wyjazdów. Będziesz podlewać kwiaty i doglądać futrzaków.
Przyszedł czas urlopu nad Bałtykiem. Dzwoniłam codziennie do mamy, drżąc o nich i o nią.
Spokojnie, radzą sobie świetnie, jedzą, śpią razem, wyprowadzam Reksia, kot sam się pilnuje. Wypoczywajcie! meldowała mama.
Gdy wróciłam, byłam wzruszona, jak powitały nas nasze zwierzaki. Reksio skakał, merdał ogonem, Mruczek tulił się i miauczał. Tomek się śmiał:
No popatrz, jak nas kochają te nasze czworonogi!
Od tej pory wstawałam wcześniej, by wyprowadzić Reksia i nakarmić obu po spacerze.
Po paru miesiącach, z drżeniem głosu, powiedziałam Tomkowi, iż nareszcie jestem w ciąży. To była upragniona wiadomość.
Mama powiedziała wtedy:
Nie bez powodu trafiły do ciebie Reksio i Maurycy. To taka próba dobroci, kochanie. Niebo ci się odwdzięczyło. Teraz przygotuj się na bycie mamą.
Może i masz rację, mamo. Czasami warto wierzyć w takie znaki odpowiedziałam. Dobre przygotowanie już miałam, kiedy pojawiły się futrzaki.
Troska, opieka, sprzątanie… One są prawie jak dzieci!
Może na początek wezmę je do siebie, będzie ci lżej po porodzie? zaproponowała mama.
Nie, mamo. Damy radę, będzie dobrze. Lepiej przychodź i pomagaj nam z wózkiem, jak maluch się urodzi.
Przytuliłyśmy się obie.
Ciąża przebiegała prawidłowo. Synka urodziłam w terminie. Tomek był w siódmym niebie, tak jak ja i cała rodzina.
Stary Reksio prawie nie szczekał, Maurycy żył swoim życiem w letnie dni wylegiwał się przed blokiem, wspinał na stare drzewo, spał w kwietniku.
Dom był pełen miłości i harmonii.
A starsze sąsiadki, za sprawą pani Heleny, rozpowiadały już po całej ulicy historię o tym, jak Zosia została mamą dzięki swojemu dobremu sercu. Helena przedstawiała to niemal jak opowieść z morałem prawdziwy dowód, iż dobro wraca.
A ty? Wierzysz w takie rzeczy? Daj znać, co myślisz.

10 godzin temu




