Hej! Rzuć okiem na ten spektakl. Miotła sprowadziła rodzinę do domu…

polregion.pl 3 dni temu

15 czerwca 1999

Pa! Idź zobacz, co się dzieje. Witek rodzinę przyprowadził

Witold miał klasyczne umaszczenie, które w naszej okolicy nazywamy marquis: ciemnogranatowy grzbiet, identyczny kolor na uszach i ogonie, a na piersi z mankietem, policzkach, eleganckich skarpetkach na łapach, brzuszku, końcówce ogona i trójkącie na czole wszystko oszałamiająco jasne. Z gracją godną fortepianu, z typową kocią elastycznością, Witold zawsze przyciągał spojrzenia. Jego oczy były zielone, zamyślone miał spojrzenie nocnego śpiewaka serenad pod oknami w stylu kota z krainy Mazur.

Był niespotykanie dobrze wychowany. Nigdy nie wskakiwał na stoły, nie drapał szafek, nie zrzucał rzeczy z komód w stylu Newtona badającego prawa grawitacji. Jaki był jako kociak mogę się tylko domyślać: pewnie wspinał się po zasłonach, przewracał choinki, ganiał za zabawkami. Do nas trafił już jako dojrzały kot, ukształtowany i z własnym charakterem. Wcześniej wcale nie mieszkał w mieszkaniu.

Przed zamieszkaniem u nas Witold mieszkał w pomieszczeniu gospodarczym przy rybackiej spółdzielni po drugiej stronie Wisły. Pewnego dnia zainteresowano się nim: zmienił się szef garażu i nowy kierownik był zapalonym wielbicielem psów oraz zdecydowanym wrogiem kotów. To przesądziło los Witka. Przyniósł go mój szwagier, który pracował tam jako spawacz.

Bo te owczarki szefa w końcu go rozszarpią. Możecie go przygarnąć? poprosił.

Zgodziliśmy się. Witold jak prawdziwy młody dżentelmen gwałtownie wziął się za „poprawę kociej genetyki” w okolicy.

Proszę, nie rzucajcie we mnie kapciami za temat „samowolnego wychodzenia” i związane z tym ryzyka. To były końcówka lat 80., podwarszawska wieś O opiece weterynaryjnej dla kotów, a tym bardziej o kastracji, mało kto słyszał. Gdyby ktoś mówił o tym miejscowemu, lekko podchmielonemu weterynarzowi z PGR-u, pewnie uznałby go za niepoczytalnego.

Mimo licznych kocich eskapad Witolda po okolicy, żadna z kotek nie była dla niego wyjątkowa. Traktował je z dystansem, żadna nie została wybranką serca. Tak było, dopóki nie pojawiła się ona Musia.

Wracałem akurat z nocnego dyżuru, wskoczyłem pod prysznic i zdrzemnąłem się solidnie. Około południa córka Wiktoria przyszła ze szkoły i delikatnie mnie obudziła:

Tato, wstawaj, musisz to zobaczyć. Witek rodzinę przyprowadził

Przeszedłem przez korytarz do kuchni i stanąłem jak wryty. Witold siedział w poważnej kociej pozie: grzbiet wygięty, łapy podwinięte, ogon owinięty wokół przednich łapek, uszy i wąsy wyciągnięte do przodu

A przed nim, na podłodze, paplało się trzy kociątka. Ich wygląd od razu zdradzał pochodzenie: podobne ciemne grzbiety, białe skarpetki, mankiet na piersi, a na czarnych ogonach białe pędzelki. Zrobiłem jeszcze dwa kroki i zamarłem ponownie. To, co zobaczyłem, mnie zamurowało.

Z miski Witolda, wręcz zachłannie pochłaniając rybę z kaszą gryczaną, jadła wychudzona kotka w umaszczeniu tabby: szaro-pręgowana, z pogryzionymi uszami i strachliwym spojrzeniem.

Kiedy podniosła głowę, spojrzała na mnie swoim jedynym okiem.

Dopiero co wchodzę do drzwi zaczęła tłumaczyć Wiktoria a oni wszyscy pięcioro siedzą na wycieraczce, Witek z przodu. Chciałam ich wygonić, ale zobaczyłam, iż ona ma problem z oczkiem

Dobrze zrobiłaś, iż ich wpuściłaś! odparłem ostro.

Spróbowałem delikatnie dotknąć kotki, ale natychmiast się napięła, odsunęła i syknęła. Widać było, iż dawno oduczyła się ufać ludziom. Pewnie nie miała szczęścia do dobrych osób, jak Witold z nami. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby na nią i kocięta natknęły się miejscowe psy dzikie, pracujące na gospodarstwie. Sam fakt, iż była jednooka, wiele mówił o jej życiu.

Ostatecznie zostawiliśmy całą rodzinę u siebie. I nagle nastąpiła niespodziewana zmiana: kot stał się wzorem domowego pupilka! Wcześniej walczył na podwórku z innymi kotami, teraz troszczył się już tylko o swoją jednooką przyjaciółkę. Gdy walczył, to tylko o teren nie o kocie damy. Zawsze wracał pobity i potargany, prosto do Musi.

Wieczorami układali się razem w ciepłym gnieździe dużym pudle pod kuchennym stołem. Witold z troską wylizywał Musię, szczególnie dbając o chore oko.

Z czasem udało się namówić miejscowego specjalistę od zwierząt na leczenie jej oczka. Nie obyło się bez kłopotów: trzeba było złapać go za fartuch i później uraczyć butelką wódki, co podczas sztywnej prohibicji było nie małym wyzwaniem.

Kocięta znalazły domy błyskawicznie zwłaszcza, gdy rybacy dowiedzieli się, iż są potomkami Witolda, rozeszły się jak rasowe kocięta. Pozostali czekali, wiedząc, iż Musia urodzi kolejne.

Tak minął czas, a szara towarzyszka marquisa urodziła młode jeszcze dwa razy. A potem pewnego dnia wyszła i już nie wróciła. Wiernością się nigdy nie odznaczała zrozumieliśmy to już dawno.

Szukaliśmy jej przez dni wołaliśmy pod oknami, chodziliśmy po podwórku, zaglądaliśmy do starych szop i krzaków olchy na pobliskim pagórku. Szukaliśmy na próżno. Dobrze, iż ostatnie kocięta zdążyły podrosnąć i zaraz trafiły do nowych domów.

A sam Witek posmutniał. Czasami godzinami siedział na parapecie, patrząc na podwórko, jakby na kogoś czekał. Albo powoli krążył, wdając się od czasu do czasu w potyczki z innymi kotami. Nowe zdobyte kotki nie dawały mu już euforii żadnej nie przyprowadził pod nasze drzwi.

Jedynym śladem jego dawnej męskości były co roku nowe młode koty w jego marquisowym umaszczeniu. Były dowodem na to, iż stary Witold wciąż trzyma poziom, nie tracąc resztek dawnej energii.

Na zasłużoną emeryturę przeszedł mniej więcej w 1998 roku. Przestał na dobre wychodzić, spał przez 1819 godzin na dobę, jadł mało. Widać było, iż starzeje się nie tylko z ciała, ale i z ducha.

W lipcu 1999 roku zdarzyło się coś niezwykłego: zaczął żałośnie miauczeć przy drzwiach, drapać pazurami, uparcie domagając się wyjścia. Wiedziałem, iż to nie jest zwyczajne, więc poszedłem za nim choć bałem się, iż któryś pies go złapie.

Witold z wysiłkiem zszedł z trzeciego piętra jak dziadek zmęczony życiem; na każdym stopniu się potykał, jakby łapy już go nie słuchały. Obszedł dom i ruszył pod stromy pagórek, który był trzydzieści metrów od domu. Chciałem go wziąć na ręce, pomóc, ale kot z uporem się bronił, pokazując: nie próbuj muszę sam.

Gdy wszedł na płaską część wzgórza, stanął przy krętym zagłębieniu, gdzie były małe jamki i zagłębienia. Nagle odwrócił się, spojrzał mi prosto w oczy jakby chciał coś powiedzieć lub zapamiętać na zawsze. Zielone oczy przenikały do duszy. Wtedy, z nieoczekiwaną energią, zniknął w jednym z korytarzy pod urwiskiem. Wszedł w ciemność.

Czekałem, wołałem go po imieniu, nasłuchiwałem. Próbowałem wejść za nim ale w ciasnych jamach tylko oberwałem grudkami ziemi i wkładałem ręce w jakieś zwierzęce odchody. Nie mogłem go znaleźć, wróciłem do domu.

W domu umyłem ręce, wziąłem latarkę i worek z karmą, który w sklepie już od dawna był dostępny. Wróciłem tam, wołałem raz jeszcze. Kot już nie wyszedł, nie odpowiedział. Musiałem odejść, wiedząc, iż zobaczyłem go pewnie po raz ostatni.

Witek już się nie pojawił. Może to prawda, iż stare koty odchodzą, by umrzeć daleko od domu. Nam zostało tylko wierzyć albo przynajmniej po cichu mieć nadzieję iż ten krzak dzikiej róży z czerwonymi kwiatami, który wyrosł latem przy południowej stronie zagłębienia, to nie tylko roślina. Może to Witold w nowym, pięknym wcieleniuTeraz, ilekroć mijam ten krzak, widzę, jak wiatrem kołysane płatki odbijają promienie słońca, tworząc na ziemi bladozielony cień. Zawsze zastanawiam się, czy to nie Witold kołysze światem z tamtej strony, czy nie przemyka pośród korzeni i zaprasza Musię do wspólnej wyprawy daleko poza podwórko, poza zasięg psów i ludzi, gdzie znowu będzie mógł patrzeć zielonymi oczami w nocną ciszę.

Czasem, kiedy wracam z pracy po zmroku, słyszę w oddali ciche miauknięcie, i przez ułamek sekundy myślę, iż może Witek wrócił. Ale potem rozumiem, iż to tylko echo dawnych wieczorów, kiedy koty krążyły po ogrodzie, a życie powoli toczyło się dalej. Ślady marquisowych łap są już tylko wspomnieniem i krzak dzikiej róży, rosły i piękny, jest pomnikiem tamtej kociej opowieści.

Bo prawdziwe koty odchodzą po cichu, zostawiając w sercach niewidzialny ślad, nie gasnący nigdy zielonym, mazurskim spojrzeniem, którym raz jeszcze witają noc i zmieniają ją w legendę.

Idź do oryginalnego materiału