– Hej, chodź zobacz, co się dzieje! Wenik sprowadził rodzinę do domu…

3 dni temu

Tato! Idź zobacz, co się dzieje. Wiktor rodzinę do domu sprowadził…

Wiktor był kotem o klasycznym polskim umaszczeniu, zwanym często marcepan: grzbiet miał głęboko granatowy, taki sam kolor widniał na uszach i ogonie, podczas gdy pierś z białą krawatką, policzki, delikatne skarpetki na łapach, brzuszek, końcówka ogona i trójkąt na czole lśniły śnieżną bielą. Wszystko to w połączeniu z naturalną kocią zwinnością budziło skojarzenia z powiedzeniem zgrabny, jak fortepian. Oczy Wiktora były zielone, zamyślone spojrzenie godne wytrawnego śpiewaka nocnych kocich serenad pod oknami, w typowym stylu kot-wilkołak.

Kot był wyjątkowo dobrze wychowany. Nigdy nie wskakiwał na stół, nie niszczył mebli pazurami, nie zrzucał przedmiotów z komody niczym Isaac Newton, sprawdzając, jak coś spada w polskim przyciąganiu ziemskim. Jako kociaka znać go nie mogliśmy być może wspinał się po firankach, przewracał choinki, gonił zabawki. Do nas trafił już dorosły, ukształtowany, z własnym charakterem i kocią osobowością. Zresztą, wcześniej mieszkaniem nie był choćby zainteresowany.

Przed pojawieniem się u nas Wiktor zamieszkiwał garaż rybackiej spółdzielni po drugiej stronie Wisły. Zmienił się tam kierownik nowy szef był zatwardziałym miłośnikiem psów i zdecydowanym przeciwnikiem kotów. To przesądziło o losie Wiktora. Przyniósł go do nas mój szwagier, pracujący tam jako spawacz.

Oby pies szefa nie rozszarpał kota. Możecie go przygarnąć? poprosił z troską.

Zgodziliśmy się bez wahania. Wiktor, jak przystojny młodzieniec, gwałtownie zabrał się za poprawę kociej genetyki wśród okolicznych kocic.

Nie rzucajcie we mnie kapciami za temat samowypasu i ryzyka to były lata 80., nie miasto, tylko wieś pod Krakowem… Wtedy nikt nie słyszał o kocich weterynarzach, kastracji czy nowoczesnej opiece. Gdyby ktoś o tym wspomniał lokalnemu, wiecznie podchmielonemu weterynarzowi z PGR-u, ten patrzyłby tylko na niego jak na dziwoląga.

Mimo licznych wypraw za sercem żadna z okolicznych kocic nie była wyjątkowa dla Wiktora. Wszystkie traktował równie obojętnie. Wszystko się zmieniło, gdy pojawiła się ona… Jagoda.

Tamtego dnia wróciłem do domu po nocnej zmianie, wykąpałem się gwałtownie i zasnąłem. Pod koniec przedpołudnia obudziła mnie delikatnie córka wracająca ze szkoły.

Tato, wstawaj, to trzeba zobaczyć. Wiktor rodzinę przyprowadził…

Powlokłem się korytarzem, skręciłem do kuchni i stanąłem, jak wryty. Wiktor siedział poważnie: grzbiet wygięty, łapki podwinięte, ogon owinięty wokół nich, uszy i wąsy skierowane do przodu…

A tuż przed nim trzy kocięta. Ich wygląd jasno wskazywał na ojca: ciemne grzbiety, białe skarpetki, maniszki na piersiach, a na czubkach czarnych ogonów białe pędzelki. Zrobiłem jeszcze parę kroków i znów zamarłem. To, co zobaczyłem potem, było szokujące.

Z miski Wiktora, nie jedząc, a wręcz pochłaniając jedzenie, biedna, wychudzona kotka w umaszczeniu tabby: szary, pręgowany kolor, pogryzione uszy, zmęczona, wystraszona. Gdy podniosła głowę i spojrzała na mnie, znów stanąłem jak słup: miała tylko jedno oko.

Ledwo podeszłam do drzwi, tłumaczyła się córka. Cała piątka siedziała na wycieraczce, Wiktor na przodzie. Chciałam ich wygonić, ale zobaczyłam ona ma problem z okiem…

Dobrze, iż ich wpuściłaś! odparłem ostro.

Próbowałem łagodnie pogłaskać Jagodę, ale natychmiast się spięła, odskoczyła i syknęła. Widać było, iż dawno straciła zaufanie do ludzi. Pewnie nie miała tyle szczęścia co Wiktor. Strach pomyśleć, co mogłoby się stać, gdyby na nią i kocięta trafiły miejscowe psy dzikie, pracujące w spółdzielni. Sama utrata oka świadczyła o jej trudnej przeszłości.

Zostawiliśmy całą rodzinę u siebie. I tu pojawił się niespodziewany zwrot: Wiktor z miejsca stał się wzorem domowego kota! Zamiast walczyć na podwórku o względy kocic, teraz potrafił się bić tylko o terytorium ale nie dla serca damy. Pobity, rozczochrany po walkach zawsze wracał do domu, do swojej jedynej Jagody.

Wieczorami zasiadali w swoim gniazdku dużym pudle pod stołem w kuchni. Tam Wiktor troskliwie mył swoją odzyskaną Jagodę, szczególnie dbając o okolice jej zranionego oka.

Udało mi się w końcu namówić lokalnego specjalistę od zwierząt, by się Jagodą zajął. Nie obyło się bez trudności: trzeba było poczęstować go kieliszkiem wódki, a w czasach popijawki był to wyczyn.

Kocięta gwałtownie znalazły nowe domy rybacy ze spółdzielni, słysząc, iż są potomkami Wiktora, rozebrali maluchy jak najcenniejsze rasowe koty. Reszta zapisywała się na kolejne mioty, licząc iż Jagoda jeszcze raz zostanie matką.

Tak to wszystko się ułożyło: szara przyjaciółka naszego marcepana urodziła jeszcze dwa mioty. Pewnego dnia znowu wyruszyła na wędrówkę i już nie wróciła. Wierna swojemu partnerowi nie była to już wiedzieliśmy.

Szukaliśmy jej dniami: nawoływaliśmy pod oknami, przeszukiwaliśmy podwórko, zaglądaliśmy do opuszczonych szop i przeszukiwaliśmy olchowe krzaki za domem. Bez skutku. Na szczęście ostatnie kocięta podobne i niepodobne do Wiktora zarazem były już podrośnięte i trafiły do nowych rodzin.

Wiktor popadł w smutek. Niekiedy godzinami siedział przy oknie, zapatrzony na dwór, jakby kogoś wyczekiwał. Lub powoli spacerował po podwórku i od czasu do czasu wdawał się w gwałtowne walki z innymi kotami. Nowe przyjaciółki z walk nie sprawiały mu już jednak euforii żadnej nie przyprowadził pod nasze drzwi.

Jedyną pamiątką po jego dawnych męskich wyczynach były pojawiające się co wiosnę i jesień młode koty w charakterystycznym marcepanowym umaszczeniu. Stanowiły żywe dowody, iż starzejący się Wiktor wciąż trzyma poziom i nie utracił resztek energii.

Wiktor przeszedł na emeryturę około roku 1998. Przestał wychodzić na zewnątrz, spał całe dnie po 1819 godzin, jadł niewiele. Widać było, iż starzeje się nie tylko ciałem, ale sercem.

A w lipcu 1999 niespodziewanie zaczął żałośnie miauczeć przy drzwiach, drapać próg, domagać się wyjścia. Wiedziałem, iż coś jest na rzeczy, poszedłem za nim choć bałem się, iż może trafić na psy.

Wiktor ciężko schodził po schodach z naszego trzeciego piętra, jak stary człowiek; na każdym stopniu się potykał, jakby łapy go już nie słuchały. Okrążył dom i skierował się do stromego pagórka, który znajdował się trzydzieści metrów za budynkiem. Chciałem go wziąć na ręce, pomóc, ale zaciekle się bronił: nie, muszę iść sam.

Dotarł na płaski szczyt, zatrzymał się przy rozwidleniu wąwozu pełnym małych zagłębień i nor. Nagle odwrócił się do mnie i spojrzał w oczy jakby chciał coś powiedzieć albo zapamiętać mnie na zawsze. Jego zielone oczy przeszywały na wskroś. Po chwili, niespodziewanie dla swojego starczego stanu, wskoczył do jednej z nor pod skarpą. I zniknął w ciemności.

Czekałem, wołałem go, nasłuchiwałem. Próbowałem sam wejść w głąb ale w ciasnych korytarzach tylko ubrudziłem się i wsunąłem ręce w jakieś zwierzęce odchody. Nie docierając do niego, wróciłem do domu.

Zmyłem ręce, wziąłem latarkę i paczkę karmy, która już była dostępna w sklepach. Wróciłem pod pagórek i znowu nawoływałem. Kot już nie wyszedł, nie odpowiedział. Musiałem odejść, rozumiejąc, iż widziałem go po raz ostatni.

Nigdy już się nie pojawił. Może to nie wymysł stare koty rzeczywiście odchodzą umierać z dala od domu. Nam zostało wierzyć albo choć mieć cichą nadzieję iż ten dziki krzak róży o amarantowych kwiatach, który wyrósł następnego lata od południowej strony wąwozu, nie jest zwykłym rośliną. Może Wiktor w nowej, piękniejszej postaci.

Dziś wiem, iż najważniejsze jest szukać w codzienności szczęścia odnaleźć kogoś lub coś, co pozwoli być dobrym, choćby jeżeli los rzuca wyzwania. Czasem warto okazać serce, bo nigdy nie wiadomo, jaką lekcję nam przyniesie życie.

Idź do oryginalnego materiału