Franek Zalewski i sobota u Tadeusza Górskiego: dlaczego jeszcze teraz woli psy od ludzi

4 godzin temu

Nazywam się Franek Zalewski, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech prowadzę schronisko dla zwierząt na obrzeżach Bydgoszczy, przy drodze na Fordon. Piszę to, bo ludzie wciąż pytają, czy po tylu latach da się jeszcze polubić zwierzęta bardziej niż ludzi. Odpowiem: tak, da się. I opowiem, dlaczego.

Zacznę od soboty, bo to był dzień, który wszystko zmienił w moim rozumieniu tej roboty. Przyjechał do nas pies, owczarek mieszany, może dziewięć lat, sierść spilśniona tak, iż trzeba było ją ścinać maszynką jak baranowi. Właściciel, starszy mężczyzna, zostawił go pod bramą w kartonowym pudle po telewizorze, bez słowa, i odjechał starym Polonezem. Zapytałem sąsiada z warzywniaka, czy widział numer rejestracyjny. Nie widział. Nikogo to nie zdziwiło — u nas tak bywa co tydzień.

Psa nazwałem Tadeusz. Imię po prostu do niego przylgnęło, może bo miał w oczach coś takiego poważnego, jak stary urzędnik, który już nic nikomu nie udowadnia. Przez pierwsze dni nie podchodził do miski, jadł tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Siadałem więc na betonowej podmurówce koło boksu, odwracałem się bokiem, udawałem, iż czytam gazetę, i tak jadł.

Dziewiątego dnia zauważyłem, iż przestał wstawać, kiedy wnosiłem mu żarcie. Leżał w kącie boksu, oddychał płytko, a sierść wokół pyska miała kolor zbyt ciemny jak na ślinę. Zadzwoniłem do weterynarza, doktora Kowalczyka, z którym pracuję od lat, i powiedziałem mu tylko tyle: "Przyjedź, bo chyba go tracę." Diagnoza brzmiała: zapalenie żołądka, skrajne wyniszczenie, może odwodnienie przez zaniedbanie trwające miesiącami. Kowalczyk powiedział wprost, iż jeżeli nie zacznie pić i jeść w ciągu dwóch dni, trzeba będzie rozważyć uśpienie, bo kroplówki w naszych warunkach nie wystarczą, a stać nas tylko na podstawowy zestaw leków.

Przez te dwie noce spałem w biurze, na starej kozetce, z budzikiem nastawionym co trzy godziny, żeby podawać mu wodę ze strzykawki. Za trzecim razem wypluł ją na beton. Za siódmym przełknął odrobinę. Rano gmina przysłała pismo w sprawie budżetu na przyszły rok — cięcia o piętnaście procent, bo radni uznali, iż schronisko "generuje nieproporcjonalne koszty względem liczby mieszkańców korzystających z usługi". Czytałem to pismo, trzymając w drugiej ręce strzykawkę, i pomyślałem, iż może oboje, ja i Tadeusz, dostaliśmy ten sam wyrok, tylko inaczej sformułowany.

Dziesiątego dnia rano wstał sam. Zrobił trzy kroki w stronę miski i położył się z powrotem, ale te trzy kroki wystarczyły, żeby Kowalczyk zmienił zdanie o rokowaniach.

Moja córka, Kasia, ma dwadzieścia osiem lat i pracuje w aptece na Starym Fordonie. Dzwoni do mnie co niedzielę i pyta, kiedy wreszcie przejdę na emeryturę, bo kolana mi trzeszczą. Tamtej niedzieli, kiedy Tadeusz jeszcze ledwo stał na nogach, powiedziałem jej, iż nie wiem, czy zdążę go wyciągnąć, zanim gmina przytnie budżet na leki. Ona się nie roześmiała jak zwykle. Powiedziała tylko, żebym jej podał numer konta schroniska, bo przeleje, co może.

Tadeusz wygrzebał się z choroby w dwa tygodnie, ale machać ogonem zaczął dopiero miesiąc później. Dwunastego czerwca, bo akurat szykowaliśmy się do mundialu i radio w biurze gadało bez przerwy o składzie reprezentacji. Wyszedłem z wiadrem wody, a on wstał, podszedł do siatki i machnął ogonem dwa razy. Usiadłem na ziemi w kaloszach, w kałuży po deszczu, i nic nie powiedziałem.

Tadeusz nie znalazł domu przez kolejne dwa miesiące. Przychodzili ludzie, oglądali go, mówili "ładny, ale za stary" albo "może coś młodszego, bo dzieci chcą szczeniaka". Tymczasem pismo od gminy zmieniło się w decyzję: cięcia wchodziły od stycznia, a ja musiałem zdecydować, które z czterdziestu dwóch boksów utrzymam pełne, a które będę musiał zamykać. Tadeusz, jako najstarszy i najdłużej czekający, trafił na listę tych "trudnych do adopcji", o których zarząd fundacji mówił wprost, iż są priorytetem do przekazania do innych placówek — co w praktyce oznaczało transport gdzieś dalej, gdzie miejsca i tak brakowało.

Trzy dni przed planowanym transportem przyjechała kobieta, emerytowana nauczycielka z Fordonu, sama, mąż jej zmarł trzy lata wcześniej. Usiadła przy boksie Tadeusza na tej samej podmurówce, gdzie ja siadywałem, długo nic nie mówiąc, tylko patrząc, jak pies oddycha. W końcu powiedziała do niego: "No chodź, ja też jestem stara."

Zadzwoniłem do koordynatora transportu tego samego wieczoru i zdjąłem Tadeusza z listy, zanim ktokolwiek zdążył się sprzeciwić.

Zabrała go tydzień później. Przywiozła mu koc w kratkę i miskę z napisem "Tadziu". Do dziś przyjeżdża raz na miesiąc pochwalić się, jak chodzą razem na Ostrów Tumski, bo tam mało samochodów.

Kasia mówi, iż powinienem spisać te historie, zanim zapomnę szczegóły. Może i tak zrobię. Na razie wiem jedno: jak przyjedzie następny karton pod bramę, usiądę przy nim na tej samej podmurówce i będę czekał, aż pies sam zrobi pierwszy krok.

Idź do oryginalnego materiału