Nazywam się Marek Kujawski, mam czterdzieści jeden lat i do niedawna uważałem się za człowieka, który sobie radzi z każdą sytuacją. Nie jestem potworem. Chcę to powiedzieć od razu, bo wiem, jak to wygląda z zewnątrz, i wiem, iż nikt mi nie uwierzy, ale muszę to opowiedzieć po swojemu, bo tylko ja wiem, co się wtedy działo w mojej głowie.
Psa nazywałem Bury. Mieszanka czegoś z czymś, sierść w kolorze mokrego asfaltu, jedno ucho zawsze postawione, drugie opadające, jakby się nie mógł zdecydować. Dostałem go cztery lata temu od kolegi z pracy, który się go pozbywał, bo "nie miał czasu". Wtedy pomyślałem, iż ja mam czas. Miałem wtedy firmę przewozową, dwa busy, zlecenia z całej Polski, żona jeszcze ze mną mieszkała. Bury jeździł ze mną czasem w kabinie, siedział na siedzeniu pasażera jak drugi kierowca, wystawiał nos przez uchyloną szybę na trasie koło Łodzi.
Potem wszystko zaczęło się rozpadać. Nie chcę się tłumaczyć szczegółami, bo i tak zabrzmi to jak wymówki. Jeden bus rozbity na A2, drugi zarekwirowany przez leasing, żona wyprowadziła się do matki w Radomiu, zabierając córkę. Zostałem z wynajmowanym mieszkaniem przy Powstańców Śląskich, z długiem u dwóch firm pożyczkowych i z psem, którego nikt chciał przejąć, bo "nie ma warunków".
Tamtego wieczoru, w środę, dwudziestego sierpnia, zjechałem do podziemnego parkingu galerii handlowej na Wołoskiej, na poziom minus trzy. Miałem spotkanie z komornikiem, zresztą nie o to teraz chodzi. Bury spał na tylnym siedzeniu, zmęczony, bo przez cały dzień włóczyliśmy się po mieście, bo nie miałem już gdzie go zostawić na dłużej – sąsiadka, która mi go trzymała czasem przez parę godzin, powiedziała, iż już więcej nie może, bo ma alergię u wnuczki.
Siedziałem w aucie z wyłączonym silnikiem przez dwadzieścia minut. Myślałem. Nie szukam teraz dla siebie usprawiedliwienia, mówię po prostu, co się stało w mojej głowie: pomyślałem, iż jak go tam zostawię, to przyjedzie jakiś pracownik ochrony, znajdzie, zabierze do schroniska, może choćby szybciej niż ja bym go gdzieś oddał. Zdjąłem tablice rejestracyjne, bo się bałem, iż ktoś zgłosi numer na policję i będę miał kolejną sprawę na karku, kolejne pismo, kolejny termin w sądzie, którego i tak bym nie dotrzymał. Zamknąłem drzwi i wyszedłem po schodach, nie windą, żeby nikogo nie minąć.
Nie wróciłem. Mijały dni, a ja się przekonywałem, iż już pewnie go znaleźli, iż pewnie jest w ciepłym boksie w schronisku na Paluchu, iż to lepiej dla niego. Wiedziałem, iż to nieprawda, ale łatwiej było w to wierzyć niż wrócić i zobaczyć, co zrobiłem.
Bury siedział w tym aucie dziewięć dni. Ochrona parkingu zmieniała się, nikt nie zwracał uwagi na stary srebrny kombi na poziomie minus trzy, dopóki jedna z pracownic nie poczuła zapachu i nie usłyszała skrobania od strony bagażnika. Otworzyli drzwi dwudziestego dziewiątego sierpnia. Bury był wychudzony, sierść poszarzała jeszcze bardziej, język spuchnięty od odwodnienia. Mimo to, kiedy pracownica ochrony wyciągnęła do niego rękę, on polizał jej palce. Nie warczał. Nie odgryzł się na nikogo, choć miał powody.
O tym, iż go znaleźli, dowiedziałem się od kolegi, który zobaczył nagranie z kamer na grupie na Facebooku, zanim jeszcze ktokolwiek powiązał to ze mną – w nagraniu nie było tablic, bo je zdjąłem, ale ktoś rozpoznał mój bus po wgnieceniu na przednim zderzaku, pamiątce po stłuczce na obwodnicy. Zadzwonił do mnie i zapytał prosto: "Marek, to twoje auto?"
Siedziałem wtedy w kuchni tego wynajmowanego mieszkania, z kartką od komornika na stole, i milczałem przez dłuższą chwilę, zanim powiedziałem, iż tak, to moje.
Fundacja, która zajęła się Burym, nazwała go już inaczej, Dudkiem – jakoś musieli go nazwać na potrzeby zbiórki, a ja nie miałem prawa się wtrącać. Zapłaciłem za niego czterysta osiemdziesiąt złotych kiedyś u weterynarza, kiedy brał udział w wypadku na trasie, i te czterysta osiemdziesiąt złotych były dla mnie wtedy ogromną sumą – teraz, kiedy fundacja opublikowała koszt jego rehabilitacji, dwa tysiące sto złotych na kroplówki, badania krwi i obserwację, poczułem się jeszcze mniejszy, bo wiedziałem, iż ja bym tego nie zapłacił, choćby gdybym chciał.
Dwa tygodnie później zjawiłem się pod siedzibą fundacji na Targówku, bez zapowiedzi, w tej samej kurtce, w której go wtedy zostawiłem. Kobieta, która prowadziła fundację, nazywała się Hanna Olczak, miała może sześćdziesiąt lat i spojrzenie, które mówiło więcej niż jakiekolwiek jej słowa. Nie krzyczała na mnie. Powiedziała tylko, iż Bury – ona uparcie mówiła na niego Bury, bo tak miał wpisane w starych papierach od weterynarza – nie ma już do mnie wrócić, bo zgłosiła sprawę do odpowiednich służb i bo już podpisała zgodę na adopcję dla innej rodziny, z dwoma dzieciakami, mieszkającej w domu z ogrodem pod Piasecznem.
Zapytałem, czy mogę go zobaczyć choć raz. Powiedziała, iż to zależy od niego, nie od niej. Wprowadziła mnie na boks. Bury podniósł głowę, popatrzył na mnie przez metalową siatkę, i nie podbiegł. Położył się z powrotem, odwrócony bokiem, ogon nieruchomy. Nie uciekł, nie zaatakował. Po prostu mnie zignorował, jakby już dawno przestałem być dla niego kimkolwiek.
Hanna wręczyła mi wtedy kartkę – formularz zrzeczenia się praw do zwierzęcia, który i tak musiałem podpisać, bo inaczej nie mogli przepisać go na nową rodzinę bez ryzyka, iż będę się czepiał później. Podpisałem go długopisem, który mi podała, na biurku zawalonym karmami i segregatorami ze zdjęciami psów do adopcji. Zostawiłem też dwieście złotych, wszystko co miałem przy sobie, do puszki na leczenie innych zwierząt w fundacji – nie dla rozgrzeszenia, bo wiedziałem, iż tego nie kupię za dwieście złotych, ale bo to było jedyne, co mogłem w tamtej chwili zrobić rękami, nie słowami.
Wychodząc, usłyszałem jeszcze, jak jedna z wolontariuszek mówi do telefonu, iż nowa rodzina przyjeżdża po Burego w sobotę, iż już kupili mu nową obrożę, czerwoną, bo starą, tę po mnie, Hanna poleciła wyrzucić.
Nie wiem, czy zasłużyłem na coś więcej niż to milczenie przy siatce. Wiem tylko, iż w sobotę, kiedy już dawno nie było mnie w pobliżu Targówka, Bury wyjechał z tamtego boksu do domu z ogrodem, gdzie – jak mi później napisała jedna z wolontariuszek, bez żadnego komentarza, chyba na znak, iż sprawa jest zamknięta – pierwszej nocy spał na macie przy łóżku dziewięcioletniego chłopca i nie odszedł od niej do rana.

7 godzin temu



![Dzień Kundelka. Pokochaj i adoptuj czworonoga ze świdnickiego schroniska [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/10/Dzien-Kundelka-w-schronisku-dla-zwierzat-2026.10.18-37.jpg)

![Wychował się w piwnicy i boi się ludzi. Timi z Katowic szuka domu [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-10/timi.png)
![Wersalki i fotele porzucone w parku, zaśmiecone zagajniki. Społecznik wciąż walczy z dzikimi wysypiskami [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/10/Waldemar-Wozniak-sprzata-2026.10-mix.jpg)