Jadwiga Sęk chodzi do lasu od siódmego roku życia. Teraz ma sześćdziesiąt trzy lata i wciąż nosi tę samą lornetkę Bresser, odziedziczoną po ojcu, pasek na szyi oklejony taśmą izolacyjną, bo kiedyś pękł jej w połowie torfowiska, a ona nie miała serca go wyrzucić. Mieszka kawałek od Hajnówki, na skraju Puszczy Białowieskiej, dokąd przeprowadziła się trzydzieści lat temu za pracą w nadleśnictwie i już została, bo mąż umarł, a powrót do Radomia nie miał już żadnego sensu.
Tego sierpnia siedziała na ambonie przy śródleśnej łące, czekała na łosia, kiedy nagle zobaczyła wilczycę. Młodą, chudą, sierść jeszcze z letnim, jaśniejszym odcieniem. Wilczyca nie szła sama. Obok niej, w odległości może trzech metrów, szedł brunatny niedźwiedź, też młody, może roczny, może dwuletni.
Jadwiga znieruchomiała na ambonie. Wiedziała, iż wilk z niedźwiedziem w lesie się nie dogadują – polują na podobną drobną zwierzynę, bronią tego samego kawałka terenu, a kiedy spotkają się przy padlinie, zwykle kończy się to warczeniem, czasem krwią. Ci dwoje jednak położyli się obok siebie na mchu, jakieś dziesięć metrów od jej ambony, a wilczyca oparła pysk o bok niedźwiedzia.
Wyciągnęła telefon, nagrała trzydzieści sekund, ręce trzęsły jej się tak, iż nagranie wyszło rozmazane. Potem uznała, iż lepiej będzie siedzieć cicho i tylko patrzeć.
Dwa dni później wróciła w to samo miejsce ze starym aparatem Pentax, który trzymała w samochodzie na wypadek, gdyby trafiła na bielika – te ostatnio znów pojawiają się nad okolicznymi stawami. Niedźwiedzia i wilczycę znalazła piętnaście metrów od poprzedniego miejsca, przy strumieniu. Niedźwiedź właśnie wygrzebał z dna starą kość, resztki jakiejś wiosennej zdobyczy, a wilczyca stała obok i czekała, aż coś jej perknie. Dostała kawałek. Żadnego warczenia, żadnego obnażania kłów. Po prostu się podzielili.
Jadwiga napisała o tym do znajomego ornitologa, z którym znała się jeszcze z pracy w nadleśnictwie, ten przesłał wiadomość do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Białymstoku, a stamtąd zadzwonili do fotografa nazwiskiem Mirosław Dąbek, który robił dla pewnego magazynu przyrodniczego dokumentację rysi w okolicach Puszczy Knyszyńskiej. Dąbek z początku nie wierzył – mówił, iż przez dwadzieścia lat pracy w lesie widział wilki pożerające niedźwiedzie młode, ale nigdy nie widział, żeby odpoczywały razem.
Przyjechał. Został jedenaście dni w leśniczówce bez prądu, spał na pryczy, jadł konserwy i chleb, a każdego ranka o wpół do piątej wyruszał z obiektywem w ten sam fragment lasu nad rzeką Leśną. Ósmego dnia zastał ich leżących bok w bok na powalonym pniu, niedźwiedź z pyskiem na łapach, wilczyca z nosem wtulonym w jego sierść. Dziewiątego ranka szli razem wzdłuż strumienia, w odstępie niecałego metra, jak dwoje starych znajomych wybierających się na spacer.
Dąbek powiedział później lokalnej gazecie w Białymstoku, iż nie ma na to rozsądnego wytłumaczenia. Jego teoria była prosta: oba zwierzęta były młode, oba być może straciły watahę albo matkę wcześniej, niż powinny, a w tym konkretnym kawałku lasu, gdzie akurat było dość jedzenia dla obu, nie opłacało im się rywalizować. Może po prostu było im lepiej razem niż samemu. Dodał jednak, iż to tylko domysł – nikt zwierzętom do głowy nie zajrzy, a żaden biolog mu tego nie potwierdził.
Zdjęcia obiegły najpierw podlaską prasę, potem trafiły też do ogólnopolskich mediów, bo jeden z kolegów Dąbka przesłał je redaktorowi, którego znał jeszcze ze studiów w Poznaniu. Jadwiga wydrukowała sobie te fotografie i powiesiła w domku na działce obok zdjęcia męża ze szczupakiem, którego złowił w Bugu rok przed śmiercią. Mówi, iż na ten kawałek lasu przy strumieniu chodzi teraz co lato, choć wilczycy z niedźwiedziem już nigdy więcej nie widziała.
Dwunastego dnia, gdy Dąbek szykował się już do złożenia statywu i powrotu do domu, burza nadeszła wcześniej, niż się spodziewał. Wilczyca i niedźwiedź zniknęli w gęstwinie, zanim zdążył wyjąć obiektyw, i od tego dnia nikt – ani Jadwiga, ani Dąbek, ani leśniczowie z nadleśnictwa – już ich nie widział. W raporcie dla Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska dopisał tylko jedno zdanie, którego nie podał do gazety: iż chciałby wiedzieć, czy ta dwójka została razem, gdy nadeszła jesień, a z nią głód, który zwykle decyduje za wszystkich.

6 godzin temu




![Pszczoły przed sądem w Ostrołęce! O co chodziło w tej nietypowej sprawie? [WIDEO, ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/symulacja-rozprawy-cywilnej-w-sadzie-okregowym-w-ostrolece-3_normal.jpg)
