Czterysta sześćdziesiąt hektarów koncesji górniczej stało się bezużytecznym świstkiem papieru

polregion.pl 1 dzień temu

Ryszard Boguski stał w drzwiach kancelarii i nie mógł otworzyć ust. Teczka wypadła mu z ręki, papiery rozsypały się na wycieraczce, a on patrzył na nie tak, jakby to nie były jego dokumenty, tylko śmieci przyniesione wiatrem.

— Panie… panie notariuszu… — wykrztusił w końcu, kucając niezdarnie, żeby pozbierać kartki. — Musi mnie pan przyjąć. Teraz. Natychmiast.

Marta Wieczorek, sekretarka kancelarii notarialnej przy ulicy Świętojańskiej w Białymstoku, podeszła i pomogła mu podnieść umowę kupna, wyciąg z księgi wieczystej, decyzję środowiskową sprzed trzech lat. Ręce mu się trzęsły tak mocno, iż nie mógł ułożyć papierów równo, więc w końcu wcisnął je byle jak do teczki i poszedł za nią do gabinetu pana Adama Kowalika.

Miesiąc wcześniej samorząd województwa, powołując się na nową ustawę o ochronie dorzecza Narwi jako rezerwatu zasobów odnawialnych, cofnął zgodę na czterysta sześćdziesiąt hektarów koncesji, które firma Boguskiego kupiła za milion dwieście tysięcy złotych od poprzedniego właściciela. Sprzęt stał już zaparkowany przy drodze gminnej, koparki czekały pod plandekami na wiosnę, która miała otworzyć inwestycję życia. Kredyt zaciągnięty pod ten milion dwieście miał raty do spłacenia niezależnie od tego, czy żwir kiedykolwiek wyjedzie z tej ziemi.

— Ja w to włożyłem całe życie — powiedział Boguski, siadając naprzeciwko notariusza. — Syn miał przejąć firmę za dwa lata. Kredyt płacę do dwa tysiące trzydziestego drugiego, panie notariuszu. Bez koncesji nie mam z czego.

Kowalik przeglądał papiery powoli, przekładał kartki, aż w końcu odłożył okulary.

— Panie Ryszardzie, rozumiem pański gniew, ale samorząd działał w granicach swoich kompetencji. Ustawa weszła w życie, decyzja środowiskowa nie została jeszcze zatwierdzona ostatecznie, więc formalnie inwestycja nie ruszyła.

— To jest dla mnie wyrok — wykrztusił Boguski, uderzając otwartą dłonią w blat biurka, aż filiżanka podskoczyła i kawa chlusnęła na spodek. — Dwadzieścia lat pracy. Dwadzieścia lat!

Trzy dni później wrócił z córką, Anną, prawniczką z Warszawy, która rozłożyła na biurku własny plik notatek i mówiła szybko, wskazując palcem kolejne akapity ustawy.

— Tutaj, panie notariuszu, proszę spojrzeć — powiedziała. — Decyzja środowiskowa z dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku była prawomocna od stu osiemdziesięciu dni przed wejściem ustawy w życie. jeżeli uda się to udowodnić, koncesja mogła zostać objęta klauzulą praw nabytych.

Boguski po raz pierwszy od tygodni wyglądał, jakby ktoś zdjął mu z pleców worek cementu. Zaczął choćby żartować z Martą, gdy przynosiła kawę, pytał, czy storczyk na parapecie w końcu przeżyje.

— jeżeli sąd administracyjny przyjmie skargę w trybie przyspieszonym, mamy szansę — powtarzała Anna przez telefon, a Marta słyszała jej głos przez uchylone drzwi gabinetu. — Termin złożenia mija w piątek.

Skargę złożyli we wtorek. W czwartek przyszło pismo z sądu — odrzucone z przyczyn formalnych, decyzja środowiskowa figurowała w rejestrze jako "warunkowa", nie "prawomocna", różnica jednego słowa w dokumencie sprzed trzech lat.

Boguski przyszedł sam, bez teczki, w piątek rano. Usiadł na krześle w poczekalni i przez dwadzieścia minut nie odezwał się ani słowem, tylko obracał w palcach guzik od marynarki, aż w końcu nitka pękła i guzik został mu w dłoni. Odłożył go na stolik obok siebie, bardzo dokładnie, jakby to była ostatnia rzecz, nad którą miał jeszcze kontrolę.

Ostateczna decyzja przyszła pocztą pod koniec miesiąca. Dolina rzeki, cała zlewnia od mostu kolejowego do granicy powiatu, została formalnie wpisana do rejestru terenów chronionych. Sto siedemdziesiąt cztery wnioski koncesyjne w całym województwie przestały istnieć tego samego dnia.

Boguski przyszedł po odbiór poświadczonych dokumentów w piątek, tuż przed zamknięciem kancelarii. Stanął w progu gabinetu i nie usiadł.

— To jest niesprawiedliwe — powiedział, a głos mu się łamał na drugim słowie. — Ja miałem prawo.

— Miał pan koncesję, która nie została jeszcze zrealizowana — odparł Kowalik. — Prawo mówiło co innego, zanim pan zdążył wbić pierwszą łopatę.

Boguski wziął kopertę z dokumentami. Nie podziękował. Stał jeszcze chwilę, patrząc na własne ręce, jakby sprawdzał, czy wciąż należą do niego, a potem wyszedł bez słowa, zostawiając drzwi uchylone za sobą.

Trzy tygodnie później do kancelarii przyszła Halina Boguska z pełnomocnictwem do sprzedaży sprzętu budowlanego — koparki kosztowały więcej w podatku od nieruchomości niż było warte ich trzymanie na wypadek, gdyby coś się jeszcze zmieniło.

— On już się z tym pogodził — powiedziała, podpisując dokument przy biurku, gdzie storczyk na parapecie w końcu puścił nowy pęd. — Sprzedajemy wszystko firmie z Suwałk. Będzie robić drogi, nie kopalnie.

Notariusz poświadczył podpis. Marta odłożyła stempel na miejsce i zamknęła teczkę z aktami sprawy Boguskiego, wsuwając ją na najniższą półkę archiwum, tam gdzie trzymano dokumenty spraw ostatecznie zamkniętych. Na dnie szuflady, gdy przekładała papiery, znalazła mały metalowy guzik od marynarki — ktoś musiał go tam kiedyś zostawić, zapomniany między aktami, których nikt już nie miał otworzyć.

Idź do oryginalnego materiału