Babciu Haniu! zawołał Mateusz. Kto pozwolił trzymać wilka w naszej wsi?
Hanna Stefańska gorzko zapłakała, gdy zobaczyła zawalony płot. Już nieraz podpierała go deskami i reperowała spróchniałe słupki, mając nadzieję, iż ogrodzenie wytrzyma, dopóki uzbiera dość grosza ze swojej skromnej emerytury. Ale nie było jej dane! Płot runął.
Już dziesięć lat Hanna radziła sobie w gospodarstwie całkiem sama, odkąd jej ukochany mąż, Piotr Andrzejewski, odszedł na tamten świat. Ręce miał złote dopóki żył, Hanna nie martwiła się o nic. Piotr był mistrzem wszelkich robót stolarzem i cieślą.
Wszystko robił własnoręcznie, więc nie musieli wzywać fachowców spoza wsi. Cieszył się poważaniem za dobroć i pracowitość. Razem przeżyli szczęśliwych czterdzieści lat, tylko jeden dzień zabrakło im do rocznicy. Porządny dom, obfity plon na grządkach, zadbane zwierzęta to była wspólna praca ich rąk.
Doczekali się jednego syna Jerzego, który był ich dumą i radością. Od dziecka był przyuczony do pracy, nie trzeba było go nakłaniać do pomocy. Gdy matka wracała utrudzona z pola, syn miał już narąbane drewno, przyniesioną wodę, rozpalony piec i napojone zwierzęta.
Piotr po robocie mył ręce, wychodził na ganek zapalić, podczas gdy żona szykowała wieczerzę. Wieczorami cała rodzina jadła razem, opowiadając sobie nowinki z całego dnia. Byli szczęśliwi.
Czas płynął nieubłaganie, zostawiając jedynie wspomnienia. Jerzy dorósł i opuścił rodziców, wyjechał do Warszawy, zdobył wykształcenie, ożenił się z mieszkanką miasta, Zofią. Małżeństwo osiąść postanowiło w stolicy. Na początku Jerzy przyjeżdżał do rodzinnego domu na urlop, ale z czasem żona namówiła go na wypoczynek za granicą, i tak każdego roku. Piotr Andrzejewski gniewał się na syna, nie rozumiejąc jego wyborów.
Co mu się stało, temu naszemu Jerzykowi? Pewnie Zośka przewróciła mu w głowie. Po co mu te wycieczki?
Ojciec tęsknił, matka zadręczała się myślami. Pozostało im żyć i czekać choćby na wieści od syna. Aż pewnego dnia Piotr zachorował. Odmawiał jedzenia, słabł w oczach. Lekarze przepisywali leki, ale ostatecznie odesłali go do domu, by spokojnie dokonał żywota. Wiosną, gdy w lesie śpiewały kosy, Piotr zgasł.
Jerzy przyjechał na pogrzeb, płakał gorzko, wyrzucając sobie, iż nie zdążył pożegnać się z ojcem. Spędził tydzień w rodzinnym domu, a potem wrócił do Warszawy. Przez kolejne dziesięć lat napisał do matki tylko trzy listy. Hanna została sama. Krowę i owce sprzedała sąsiadom.
Po co jej teraz bydło? Mućka długo stała przy płocie, wsłuchując się w gorzki płacz dawnej gospodyni. Hanna zamykała się w najdalszym pokoju, tłumiąc łzy w poduszce.
Bez męskich rąk gospodarstwo podupadało raz przeciekał dach, raz spróchniałe deski na ganku się łamały, raz woda zalewała piwnicę Hanna starała się robić co mogła. Z emerytury odkładała na fachowców, czasem radziła sobie sama, bo wychowała się na wsi, więc wszystko znała.
Tak żyła, ledwie wiążąc koniec z końcem, gdy nadeszło kolejne nieszczęście. Naglę pogorszył się jej wzrok, choć wcześniej nie miała z tym problemu. Poszła do sklepu wiejskiego, ledwie rozróżniając ceny. Miesiącami traciła zdolność do czytania choćby szyldu sklepu.
Przyjechała pielęgniarka, obejrzała babcię i nalegała na badania w szpitalu.
Pani Hanno, chce Pani oślepnąć? Zrobimy operację i wzrok wróci!
Ale Hanna bała się zabiegu i odmówiła wyjazdu. W ciągu roku niemal całkiem utraciła wzrok, ale nie przejmowała się tym zanadto.
Po co mi światło? Telewizora nie oglądam, tylko słucham. Prezenter czyta wiadomości, wszystko zrozumiem. W domu wszystko robię po omacku.
Czasem jednak niepokój ją dopadał. W wiosce pojawiło się więcej nieuczciwych ludzi. Często zjeżdżali złodzieje, grzebali po opuszczonych domach, wynosili co się dało. Hanna bała się, iż nie ma porządnego psa, który odstraszyłby nieproszonych gości gromkim szczekaniem i groźnym wyglądem.
Spytała myśliwego Szymona:
Szymonie, nie wiesz, czy gajowy nie ma szczeniąt? Trzeba mi jednego, choćby najmniejszego. Sama go wychowam…
Szymon, lokalny myśliwy, spojrzał na Hannę z zaciekawieniem:
Babciu, po co Ci szczenię husky? One są do lasu. Ja mogę sprowadzić z miasta rasowego owczarka.
Owczarek chyba drogi…
Nie droższy niż życie, babciu Haniu.
No to sprowadzaj.
Hanna policzyła oszczędności i uznała, iż starczy jej na porządnego psa. ale Szymon, człek niepewny, ciągle odkładał wizytę z obiecanym szczeniakiem. Babcia karciła go za gołosłowne obietnice, ale w głębi ducha mu współczuła. Był człowiekiem samotnym, bez rodziny, bez dzieci. Jego jedyna towarzyszka butelka.
Szymon, równolatek jej syna Jerzego, nigdy nie wyjechał z wsi. W mieście czuł się obco. Jego pasją były łowy. Potrafił zniknąć w lesie na kilka dni.
Po sezonie polowań dorabiał, robiąc różne prace u wdów i starszych pań: kopał ogródki, naprawiał sprzęt, stolarzył. Złotówki zarobione u babć gwałtownie przepuszczał na alkohol.
Po piciu wracał w las spuchnięty, chory, skruszony. Po kilku dniach wracał z pełnymi rękami: z grzybami, jagodami, rybami, sosnowymi szyszkami. Sprzedawał wszystko za grosze i znów je przepuszczał. Pijak pomagał też babci Hani za zapłatą. I teraz, gdy płot padł, znów musiała zwrócić się do niego.
Z psem trzeba poczekać westchnęła Hanna Stefańska. Trzeba zapłacić Szymonowi za płot, a pieniędzy brak.
Szymon przyszedł, nie z pustymi rękami. W plecaku, oprócz narzędzi, coś się ruszało. Uśmiechając się, zawołał staruszkę.
Patrz Pani, co przywiozłem. Otworzył plecak.
Staruszka podeszła i wymacała puszystą główkę.
Szymonie, naprawdę szczeniaka mi przyniosłeś? zdziwiła się.
Najlepszego z najlepszych. Rasowego owczarka, pani Haniu.
Szczenię piszczało, próbując wydostać się z plecaka. Hanna Stefańska wpadła w panikę:
Ale mi nie starczy pieniędzy! Ledwie na płot!
Nie będę przecież go zabierał z powrotem, babciu! odparł Szymon. Wiesz, ile tysięcy złotych zapłaciłem za tego psa?
Co robić? Musiała biec do sklepu, gdzie ekspedientka dała mu pięć butelek wódki na kreskę i wpisała jej nazwisko do księgi dłużników.
Do wieczora Szymon skończył robotę przy płocie. Hanna podjęła go obiadem i nalała kieliszek. Pijak, rozbawiony lepszym trunkiem, zaczął wygłaszać nauki, wskazując na szczeniaka skulonego przy piecu.
Trzeba go karmić dwa razy dziennie. Kup mu mocny łańcuch wyrośnie zdrowy i silny. Ja się znam na psach.
Tak w domu Hanny pojawił się nowy mieszkaniec Azor. Staruszka pokochała szczeniaka, a ten odwzajemnił się oddaniem. Gdy tylko Hanna wychodziła do podwórka, by nakarmić Azorka, ten radośnie podskakiwał, gotów polizać twarz gospodyni. Tylko jedno martwiło Hannę Stefańską pies wyrósł olbrzymi, jak cielak, a szczekać nie umiał. To ją gnębiło.
Ach, Szymonie! O, ty łobuzie! Wcisnąłeś mi nieprzydatnego psa.
No ale jak wyrzucić takie dobre stworzenie? Nie miało znaczenia, iż nie szczeka. Sąsiedzkie psy choćby nie śmiały odnosić się nieprzyjaźnie do Azora, który w trzy miesiące urósł babci prawie do pasa.
Pewnego razu do wsi zajechał Mateusz, miejscowy myśliwy, kupić żywność, sól i zapałki przed zimowym sezonem łowieckim, gdy mężczyźni spędzają miesiące w puszczy. Przechodząc obok domu Hanny Stefańskiej, nagle stanął jak wryty na widok Azora.
Babciu Haniu! krzyknął Mateusz. Kto pozwolił trzymać wilka w naszym sołectwie?
Hanna ze strachu splotła ręce na piersi.
O, Jezu! Jaka ja głupia! Ten łobuz Szymon mnie oszukał. Mówił, iż to czysty owczarek…
Mateusz poważnie doradził:
Babciu, trzeba go wypuścić do lasu. Inaczej może być źle.
Oczy staruszki zaszły łzami. Strasznie jej było rozstać się z Azorem. Dobry, łagodny, choć wilk. Ale ostatnimi czasy stał się niespokojny, szarpał łańcuch, rwał się do wolności. Ludzie z sołectwa patrzyli z niepokojem. Nie było wyboru.
Mateusz wywiózł wilka do lasu. Azor pomachał ogonem i zniknął pośród drzew. Nikt już go więcej nie widział.
Hanna tęskniła za swoim ulubieńcem i przeklinała nieuczciwego Szymona. A Szymon sam żałował, bo w sumie chciał dobrze. Kiedyś, włócząc się po puszczy, napotkał ślady niedźwiedzia. Z oddali dobiegł cichy pisk. Szymon już miał odejść, bo tam, gdzie niedźwiadki, niedźwiedzica blisko. Ale dźwięk nie brzmiał niedźwiedzio.
Odchylił krzaki, zobaczył norę. Obok leżała martwa wilczyca, a wokół niej rozszarpane wilczki. Musiał niedźwiedź napaść na legowisko. Jeden malec uszedł z życiem, schowany w norze.
Szymonowi żal było sieroty. Zabrał go ze sobą, potem postanowił zostawić go babci Hani, by się nim zaopiekowała. Myślał, iż jak wilk podrośnie, sam wróci do lasu. A w międzyczasie znajdzie babci prawdziwego psa. W wszystko popsuł Mateusz.
Szymon przez kilka dni kręcił się koło jej domu, nie śmiejąc wejść. Na dworze szalała zima. Hanna paliła w piecu, żeby nie zmarznąć w nocy.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Staruszka pospieszyła otworzyć. Na ganku stał nieznajomy mężczyzna.
Dobry wieczór, babciu. Pozwoli Pani przenocować? Szłem do sąsiedniej wsi, zabłądziłem.
A jak cię zwą, kochany? Źle widzę.
Borys.
Hanna zmarszczyła brwi.
W naszej wsi nie ma żadnego Borysa…
Nie mieszkam tu długo, babciu. Niedawno kupiłem dom. Chciałem obejrzeć, ale samochód utknął. Musiałem iść piechotą, a taka zamieć!
To ty nabyłeś dom po śp. Daniluku?
Mężczyzna skinął głową.
Tak jest.
Hanna wpuściła go do izby, nastawiła czajnik. Nie zauważyła, jak łakomie gość rozglądał się po starym kredensie, gdzie wieśniacy mieli w zwyczaju trzymać skromne oszczędności i rodzinne srebra.
Gdy babcia krzątała się przy kuchence, nieznajomy zaczął szperać w kredensie. Hanna usłyszała skrzypienie drzwiczek.
Co robisz, Borysie?
Reforma walutowa była! Pomagam uporządkować Pani stare złotówki.
Staruszka zmarszczyła czoło.
Bzdura. Nie było żadnej reformy! Kim ty jesteś?
Mężczyzna wyjął nóż, przystawił jej do podbródka.
Siedź cicho, babko. Podawaj pieniądze, złoto, żarcie!
Hannę ogarnął strach. Przed nią stał złodziej, ścigany przez policję. Los jej był przesądzony…
Nagle drzwi się rozwarły. Do izby wpadł ogromny wilk i rzucił się na bandytę. Tamten wrzasnął, ale gruba szalik ocalił go od zębów. Przestępca zamachnął się nożem i zranił wilka w łapę. Azor odskoczył, a złodziej to wykorzystał, by uciec.
W tym czasie pod domem szedł Szymon z zamiarem przeprosin. Na podwórku dostrzegł człowieka z nożem, który uciekał i szlochał. Szymon wpadł do Hanny wewnątrz leżał zakrwawiony Azor. Szymon zrozumiał wszystko, popędził do dzielnicowego.
Bandytę schwytano, dostał kolejną odsiadkę.
A Azor został bohaterem wsi. Ludzie znosili mu jedzenie, witali się z nim. Nie był więcej uwiązany stał się wolny, ale zawsze wracał do Hanny, przychodząc z Szymonem po leśnych wyprawach.
Pewnego dnia przed domem Hanny stanął czarny terenowy samochód. Na podwórku ktoś rąbał drewno. Był to Jerzy, syn Hanny. Zobaczył starego znajomego, rozpostarł ramiona.
Wieczorem cała rodzina zasiadła do stołu, a Hanna promieniała z radości. Jerzy przekonał ją do wyjazdu do Warszawy na operację, by odzyskać wzrok.
No, skoro trzeba… westchnęła staruszka. Latem wnuk przyjedzie, chcę go ujrzeć. Szymonie, przypilnuj domu i Azora, dobrze?
Szymon kiwnął głową. Azor rozłożył się przy piecu, zadowolony, głowę położył na łapach. Jego miejsce było tu, wśród bliskich.
Zostawcie swoje słowa i myśli w komentarzach, by wsparła nas pamięć o tych dawnych czasach.

1 dzień temu





