— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto ci pozwolił trzymać wilka w naszej wsi?

polregion.pl 7 godzin temu

12 stycznia 2024, piątek

Babciu Heleno! zawołał Mateusz. Kto pozwolił trzymać wilka na wsi?

Znowu płaczę. To wszystko przez ten nieszczęsny płot. Ledwo wchodząc do ogrodu, zobaczyłam, iż deski leżą w błocie, a stare, spróchniałe słupki wreszcie się poddały. Ile już razy próbowałam wszystko podreperować, mając nadzieję, iż jakoś przetrwa do wiosny, kiedy z emerytury nazbieram więcej złotówek. Ale nie. Płot się zawalił.

Od dekady radzę sobie sama na gospodarstwie, odkąd mój kochany mąż, Piotr Andrzejowski, odszedł na wieczność. On to miał złote ręce! Póki żył, nie martwiłam się o dom, ogród i zwierzęta potrafił naprawić wszystko bez pomocy obcych fachowców. Sąsiedzi go szanowali za pracowitość i dobre serce. Przeżyliśmy razem 40 cudownych lat o jeden dzień za mało na jubileusz.

Dom był zadbany, ziemia dawała obfite plony, bydło szczęśliwe. Razem ze mną pracował nasz jedyny syn, Igor. Już jako chłopiec chwytał za siekierę, przynosił wodę ze studni, grzał piec, karmił zwierzęta. Gdy wracałam z tuczarni zmęczona, on już kończył wszystkie obowiązki.

Piotr po pracy mył ręce, wychodził na ganek zapalić papierosa, a ja w tym czasie przygotowywałam kolację. Wieczorami siadaliśmy do stołu, śmialiśmy się i rozmawialiśmy. Błogi spokój.

Ale czas płynie Igor dorósł, wyjechał do Warszawy studiować, a potem ożenił się z miastową Martą. Osiedli się w stolicy. Na początku odwiedzał mnie regularnie w wakacje, ale potem, pod wpływem żony, wyjeżdżał na zagraniczne wczasy. Piotr niecierpliwił się jego decyzjami:

Gdzie on się tak zmęczył, nasz Igor? Ta ich nowa moda na podróże, to pewnie przez Martę!

Serce bolało, a potem, gdy Piotr zachorował, zupełnie się załamałam. Nie chciał jeść, chudł w oczach. Lekarze Kazali wracać do domu nic już nie dało się zrobić. Na wiosnę, kiedy szpaki wróciły do sadów, Piotr zmarł.

Igor przyjechał na pogrzeb, szlochał, wyrzucając sobie, iż nie zdążył pożegnać ojca. Został tydzień i wrócił do miasta. Przez kolejne dziesięć lat napisał do mnie tylko trzy listy. Zostałam sama, sprzedałam krowę i owce sąsiadom. Po co mi zwierzęta? Stara Milka godzinami stała pod furtką, słuchając, jak płaczę w domu.

Gospodarstwo powoli niszczało, bo nie ma już męskich rąk. Dach przecieka, deski w ganku pękają, czasem piwnicę zalewa woda. Staram się radzić sobie sama przecież urodziłam się na wsi, wiele wiem. Oszczędzam emeryturę na majstra, czasem sama naprawię.

Ale trudności się piętrzą. Niedawno mój wzrok zaczął się pogarszać. W sklepie ledwo dostrzegam ceny, a po kilku miesiącach nie widzę już szyldu. Przyjechała do mnie pielęgniarka, obejrzała oczy.

Pani Heleno, musi się przebadać! Po operacji wzrok wróci.

Boję się szpitala, odmówiłam. Po roku już prawie nic nie widzę, ale nie przejmuję się tym szczególnie.

Po co mi światło? Telewizji nie oglądam, tylko słucham. Prezenter czyta wiadomości tyle mi wystarczy.

Czasem jednak nachodzi mnie obawa. W naszej wsi coraz więcej nieuczciwych ludzi, złodzieje okradają opuszczone gospodarstwa, wynoszą, co popadnie. A ja nie mam żadnego porządnego psa, który odstraszałby intruzów szczekaniem.

Zapytałam sąsiada myśliwego Szymona:

Nie masz może szczeniaka? Choćby najmniejszego, wychowam go.

Szymon spojrzał na mnie z przekąsem:

Babciu Heleno, po co ci szczeniak husky? To psy leśne. Mogę sprowadzić ci rasowego owczarka miejskiego.

Taki owczarek musi dużo kosztować…

Ale nie więcej niż bezpieczeństwo.

To sprowadź.

Przeliczyłam swoje oszczędności, starczyłoby na dobrego psa. Ale Szymon wciąż obiecywał, a nic z tego nie wynikało. Złorzeczyłam mu, ale w głębi duszy było mi go żal. Samotny, bez dzieci, rodziny; jego jedynym towarzyszem był mocny bimber.

Szymon, mój rówieśnik, nigdy nie wyjechał do miasta. Kocha polowania, znika w lesie na wiele dni. Po sezonie dorabia u mieszkańców kopie ogródki, naprawia narzędzia, stołuje się za drobne. Pieniądze od razu wydaje na alkohol.

Po wypitce wracał chory i przygnębiony, aż znów szedł do lasu, przynosił grzyby, jagody, ryby i orzechy. Sprzedawał za grosze i znowu przepijał. Pomagał mi przy domu za opłatą. Gdy płot runął, musiałam znów poprosić go o pomoc.

Chyba muszę poczekać z psem, westchnęłam. Najpierw zapłata za płot, a złotówki prawie się kończą.

Szymon przyszedł z plecakiem; oprócz narzędzi coś się tam ruszało. Uśmiechnął się, zawołał:

Proszę, babciu Heleno, zobacz, kogo ci przywiozłem.

Zbliżyłam się i wyczułam małą, puszystą główkę.

Szymonie, naprawdę szczeniaka mi dajesz? zdumiałam się.

Najlepszy z najlepszych. Prawdziwy owczarek, pani!

Szczeniak piszczał, próbując się wydostać. Przeraziłam się:

Ale mam tylko tyle pieniędzy na płot!

Nie oddam go z powrotem, babciu Heleno. Sama pomyśl ile za tego psa zapłaciłem?

Co zrobić? Musiałam udać się do sklepu, gdzie sprzedawczyni dała mi pięć butelek wódki na kreskę i wpisała mnie do zeszytu dłużników.

Szymon skończył płot do wieczora. Nakarmiłam go porządnym obiadem i dałam kieliszek. Rozweselony, wskazując na szczeniaka zwiniętego przy piecu, pouczał mnie:

Trzeba go karmić dwa razy dziennie. Kup mu mocny łańcuch urośnie zdrowy i silny. Ja się na psach znam.

Tak w moim domu pojawił się nowy lokator Mikuś. Po kilku dniach pokochałam go całym sercem, a on odpłacał mi wiernością. Zadanie mi dawało tylko to, iż urósł do rozmiarów cielaka, a nigdy nie nauczył się szczekać. To mnie martwiło.

Oj, Szymonie, ty oszuście! Sprzedałeś mi nieprzydatnego psa.

Ale nie wygnam przecież takiego dobrego stworzenia. Poza tym nie trzeba mu szczekać; inne psy choćby nie próbowały na niego warczeć. Po trzech miesiącach sięgał mi do pasa.

Pewnego dnia wpadł do wsi Mateusz, młody myśliwy, po sól i zapałki na sezon zimowy. Zatrzymał się pod moim domem, wybałuszył oczy na Mikusia.

Babciu Heleno! zawołał. Kto pozwolił trzymać wilka na wsi?

Zamarłam. Boże! Ależ byłam głupia! Szymon mnie oszukał, mówił, iż to rasowy owczarek

Mateusz poważnie doradził:

Wilka trzeba wypuścić do lasu. Inaczej może być nieszczęście.

Moje oczy napełniły się łzami. Jak trudno było się rozstać! Łagodny, wierny choć wilk. Ostatnio stał się niespokojny, rwał się na wolność. Wszyscy bali się go. Nie było wyjścia.

Mateusz zabrał go do lasu. Mikuś pomachał ogonem i zniknął wśród drzew. Już nikt go nie widział.

Tęskniłam za mikusiem, a Szymona przeklinałam. On także się zasępił, bo chciał dobrze. Opowiedział później, jak w lesie spotkał norkę z martwą wilczycą i jej szczeniętami, które zagryzł niedźwiedź. Ocalało jedno wilczek, który schował się w norce. Szymon wziął go i postanowił dać mi pod opiekę, myśląc, iż gdy urośnie, sam wróci do lasu, a ja dostanę innego psa. Ale plany pokrzyżował Mateusz.

Kilka dni krążył wokół mojego domu, wstydząc się wejść. Mróz był dotkliwy, paliłam w piecu, żeby nie zamarznąć nocą.

Nagle ktoś zapukał. Otworzyłam drzwi, w progu stał mężczyzna.

Szczęść Boże, babciu. Można przenocować? Zabłądziłem, szedłem do sąsiedniej wsi.

Jak się nazywasz, kochany? Słabo widzę.

Borys.

Marszczyłam brwi.

Borysów u nas nie ma…

Niedawno kupiłem tu dom, chciałem obejrzeć, auto się zepsuło. Zostawiono mnie w drodze, w śniegu.

To dom po świętym Danilewiczu?

Potwierdził.

Tak jest.

Wpuściłam go, postawiłam czajnik. Nie zauważyłam, jak łakomie patrzył na stary kredens, gdzie trzymam oszczędności i kosztowności.

Gdy krzątałam się przy kuchni, gość zaczął nervowo szperać w kredensie. Usłyszałam skrzypienie.

Co robisz, Borysie?

Przecież była reforma! Pomogę się pozbyć starych pieniędzy.

Zmroziłam się.

Nieprawda. Nie było żadnej reformy! Kim ty jesteś?!

Złapał nóż, przyłożył mi do twarzy.

Cicho, babko! Dawaj pieniądze, złoto, jedzenie!

Zamarłam. Bandzior, uciekinier… Moje życie skończone.

Wtedy drzwi otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł Mikuś, już dorosły wilk, rzucił się na złodzieja. Ten krzyczał, ale gruby szalik uratował go przed ugryzieniem. Złodziej dźgnął wilka w łapę, Mikuś skoczył na bok, a szubrawiec uciekł.

Właśnie wtedy nadchodził Szymon, chciał się przeprosić. Przed domem zobaczył uciekającego mężczyznę z nożem. Wpadł do mnie na podłodze leżał krwawiący Mikuś. gwałtownie pobiegł po dzielnicowego.

Złodzieja złapali. Dostał nowy wyrok.

Mikuś został bohaterem wsi. Dzieci przynosiły mu smakołyki, ludzie go odwiedzali. Nikt go nie wiązał wolny, a i tak zawsze wracał do mnie, szczególnie gdy przychodził Szymon po polowaniach.

Raz przy moim domu zatrzymał się czarny SUV. Ktoś rąbał drewno to był Igor, mój syn. Pobiegłam go przywitać. Wieczorem siedzieliśmy przy stole, a ja promieniała szczęściem. Igor namówił mnie na operację w Warszawie, żeby wrócił mi wzrok.

Jak trzeba, to trzeba, westchnęłam. Muszę zobaczyć wnuka, kiedy latem przyjedzie. Szymonie, dopilnuj chaty i Mikusia. Proszę?

Szymon kiwnął głową. Mikuś ułożył się przy piecu, zadowolony, spokojny. Jego miejsce było tu, wśród przyjaciół.

Śledź moją codzienność i podziel się swoimi myślami każda miła wiadomość rozgrzewa serce.

Idź do oryginalnego materiału