– Ależ skąd, nie jestem sama! – odpowiadała Olga – Mam przecież wielką rodzinę! Opowieść o kobiecie …

9 godzin temu

Jakże mogłabym być sama? odpowiadała, śmiejąc się Ależ skąd, mam przecież wielką rodzinę!

Sąsiadki z wioski uśmiechały się tylko i kiwały głowami, a gdy Zofia odchodziła, wymieniały między sobą porozumiewawcze spojrzenia, wskazując palcem przy skroni: Co za dziwactwo, rodzina u niej żadnego męża, żadnych dzieci, sama jak palec, jak zwierzę

Tak, zwierzęta właśnie Zofia nazywała swoją rodziną. Nie przejmowała się tym, co myślą ludzie, którzy uważali, iż zwierzaki trzyma się na gospodarstwie do pożytku: krowę, kury, no i może psa do pilnowania oraz kota, żeby łapał myszy.

A u Zofii mieszkało w domu pięć kotów i cztery psy. Wszystkim im pozwalała spać na miękkich kocach w kuchni, a nie w oborze ani podwórku na przekór opiniom sąsiadów.

Po cichu ludzie mówili między sobą, iż z taką się nie pogada, tylko się wyśmieje i mieli rację, Zofia zawsze żartowała:

Ależ skąd! Nam w domu razem najlepiej, po co im podwórze?

Pięć lat temu Zofia straciła męża i syna jednego dnia. Wracali z grzybobrania, gdy na trasie doszło do tragicznego wypadku i już nigdy nie wrócili do domu.

Kiedy powoli zaczęła dochodzić do siebie, zrozumiała, iż nie potrafi żyć dalej w mieszkaniu w mieście, bo wszystko przypominało jej ukochanych. Nie mogła też chodzić po tych samych ulicach i sklepach, gdzie razem bywający zostawili swoje ślady. W końcu miała już dość współczujących spojrzeń sąsiadów.

Pół roku później sprzedała mieszkanie w Krakowie i wraz z kotką Basią przeprowadziła się do małej wsi pod Wieliczką, kupując niewielki, drewniany domek na obrzeżach. Latem zajęła się ogródkiem, a zimą znalazła pracę w stołówce w gminie.

Wszystkie swoje zwierzęta przyprowadziła do domu w różnym czasie. Jedne spotkała na dworcu kolejowym, inne przychodziły pod stołówkę, szukając ciepła i kromki chleba.

Tak w domu samotnej kobiety zebrała się wielka rodzina, składająca się z dusz podobnych do siebie, kiedyś również samotnych, a niektórych i skrzywdzonych. Dobre serce Zofii leczyło ich rany, a one odwdzięczały się jej miłością i przywiązaniem.

Miłości i ciepła wystarczało dla wszystkich.

Życie nie było łatwe, jedzenia też czasem brakowało, ale Zofia wiedziała, iż nie może bez końca przygarniać nowych pupili. Znów i znów obiecywała sobie, iż to już ostatni raz.

W marcu, po kilku pogodnych dniach, zima powróciła ze śnieżycą. Wiatr wiał lodowato po polach, a Zofia spieszyła na siedemnastą do ostatniego autobusu do wsi. Przed nią dwa wolne dni, więc wcześniej wstąpiła do sklepów, by kupić jedzenie dla siebie i swoich czworonogów, oraz zabrała coś z pracy. Torby miała tak ciężkie, iż ledwo szła.

W myślach powtarzała daną sobie obietnicę nie oglądać się na nowe zwierzęta. Wyobrażała już sobie, jak jej milusińscy czekają w ciepłym domu, i to ją ogrzewało w ten lodowaty wieczór.

Ale, jak to mówią, co serce poczuje, tego nie przeoczysz. Tuż przed przystankiem Zofia nagle się zatrzymała i spojrzała w bok coś ją tknęło.

Pod ławką na przystanku leżała suczka. Patrzyła prosto na Zofię, ale wzrok miała zamglony, jakby już jej tu nie było. Przykryta już śniegiem leżała od dawna.

Ludzie mijali ją w pośpiechu, szczelnie owinięci szalikami i kapturami. Tylu przechodniów, a nikt nie zauważył?

Serce Zofii ścisnęło się z bólu. Zapomniała o autobusie i własnych obietnicach. Rzuciła torby i podbiegła do suczki, kładąc jej dłoń na łbie. Ta tylko zamrugała smutno.

Boże, jednak żywa! szepnęła Zofia Wstawaj, kochanie, chodź do mnie

Szczeniak nie ruszał się, ale i nie protestował, kiedy Zofia delikatnie wyciągała go spod ławki. Widać było, iż już jej wszystko jedno była gotowa odejść z tego świata.

Później Zofia już nie potrafiła sobie przypomnieć, jak udało jej się dotrzeć do poczekalni dworca z tak ciężkimi torbami i psem na rękach.

Usiadła w najdalszym kącie, zaczęła rozcierać wychudzone łapki spaniela, grzejąc je na zmianę w dłoniach.

Obudź się, malutka, musimy jeszcze wrócić do domu. Będziesz naszą piątą psiną mówiła czułym głosem.

Wyciągnęła kotleta z torby i podała psu. Ten początkowo odmawiał, ale po chwili, ogrzany, przeżył nową chęć życia polizał ją po ręce i zjadł wszystko.

Godzinę później, ponieważ autobus już dawno odjechał, Zofia stała na drodze z psem u nogi, który trzymał się jej kurczowo. Z paska zrobiła prowizoryczną smycz, ale sunia, którą nazwała Misia, nie potrzebowała jej szła za swoją wybawczynią krok w krok.

Po dziesięciu minutach zatrzymał się samochód. Kierowca zgodził się zabrać je obie.

Dziękuję bardzo! O, nie martwcie się, posadzę ją sobie na kolana gwałtownie mówiła Zofia.

Nie szkodzi, niech leży na siedzeniu, piesek przecież niemały odparł kierowca.

Ale Misia była tak spłoszona, iż i tak schowała się w ramionach Zofii.

Wie pan, tak nam cieplej uśmiechnęła się.

Kierowca zerknął na przedłużacz z paska i włączył ogrzewanie. Resztę drogi jechali w ciszy Zofia obejmowała nową podopieczną, patrząc zamyślona na wirujące śnieżynki w świetle reflektorów.

Kierowca zerkał ukradkiem na jej profil i Misie wtuloną w ramionach. Domyślał się, iż Zofia uratowała psa i wiezie go do domu. Kobieta wydawała się zmęczona, ale szczęśliwa.

Pod domem pomógł jej z torbami i mocno pchnął furtkę, która niestety w końcu runęła, a zardzewiałe zawiasy puściły.

Proszę się nie przejmować westchnęła Zofia ona już dawno czekała na naprawę.

Z domku dobiegł głośny szczek i miauczenie. Cała czworonożna familia wybiegła, by ją przywitać.

No kochani, już jestem, gdzieżbym mogła pójść bez was! Poznajcie, mamy nową koleżankę Misie!

Misia nieśmiało wyglądała zza nóg wybawczyni. Psy merdały ogonami i ciągnęły noski do torby, którą jeszcze trzymał mężczyzna.

Ależ proszę wejdźcie do środka, jeżeli nie przeraża pana nasza rodzina! Może napije się pan herbaty?

Dziękuję, już późno odparł rodzina czeka na kolację i odszedł w noc.

Następnego dnia w środku dnia Zofia usłyszała stukanie na podwórzu. Wyszła i zobaczyła wczorajszego kierowcę, który montował nowe zawiasy do furtki, a obok niego leżały narzędzia.

Na widok Zofii uśmiechnął się:

Dzień dobry! Wczoraj wam furtkę połamałem, więc przyjechałem naprawić. Nazywam się Władysław. A pani?

Zofia

Czworonożna rodzina z zaciekawieniem obwąchiwała gościa, a on głaskał ich pieszczotliwie, przykucając.

Niech pani nie marznie, idźcie do domu. Zaraz skończę i chętnie napiję się herbaty. Mam też w samochodzie ciasto i drobne przysmaki dla wszystkich waszych pupili.

W życiu najważniejsza jest odwaga, by wyciągnąć rękę do istoty w potrzebie. Niewidzialne rodzinne więzi czasem łączą najzupełniej obcych wystarczy trochę serca i czyny, które ogrzewają nie tylko dom, ale i czyjeś dusze.

Idź do oryginalnego materiału