Żyję samotnie, choć jestem mężatką

polregion.pl 6 godzin temu

Dzisiaj przyszła do mnie sąsiadka, pani Bronisława, z wełniakiem w ręku. Zaczęła od razu: „Włodku, wytłumacz mi to! Żonę masz czy nie? Widziałam wczoraj Anię wychodzącą z twojego mieszkania, a dziś rano spotkałam ją pod stacją metra z jakimś blondynem!”

Westchnąłem, odłożyłem gazetę. Zaprosiłem ją do kuchni, akurat czajnik świstał. „Niech pani siada, Bronisławo. Proszę wybaczyć, ale jest to bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Tak, Ania jest moją żoną. Oficjalnie. Ślub mieliśmy siedem lat temu. Ale… mieszkamy osobno. Każde we własnym mieszkaniu.”

„Osobno?! – wypaliła, siadając mocno na krześle. – Co to za rodzina? I po co w ogóle brałeś ślub?” Postawiłem przed nią kubek herbaty. Za oknem mżył październikowy deszcz, krople spływały po szybie jak łzy. W taką właśnie pogodę siedem lat temu składaliśmy papiery w Urzędzie Stanu Cywilnego.

„Żeniłem się z miłości, oczywiście. Myślałem, iż będziemy żyć jak typowe małżeństwo. Dzieci, działka, wspólne życie pod jednym dachem. No, ale niestety! – Uśmiechnąłem się gorzko. – Po pół roku zrozumiałem, iż jesteśmy jak ogień i woda. Ona uwielbia imprezy, ja wolę ciszę. Ona. Ona zostawia bałagan, ja cenię porządek. Ona potrafi obejść się bez prysznica dłużej, ja bez codziennej kąpieli nie daję rady.”

„No to rozwiedźcie się! – Bronisława machnęła ręką. – Czemu się tak męczyć?”

„A tu zaczyna się gra pozorów. Rozwodu wziąć nie możemy. Mieszkanie mamy jedno, sprywatyzowane na nas oboje jeszcze przed ślubem. Kupowaliśmy je razem, płaciliśmy po połowie. Ania mówi: jeżeli się rozwiedziemy, trzeba sprzedać mieszkanie i podzielić pieniądze. Ale gdzie wtedy pójdziemy? Wynajmować? Nie jesteśmy już pierwszej młodości, mnie stuknęło czterdzieści pięć, jej czterdzieści trzy. Gdzie znaleźć takie pieniądze na czynsz?” Pani Bronisława zamyśliła się i skinęła głową. Problem był jej znany.

„I co wymyśliliście?”

„A oto co. Ania mieszka w tym mieszkaniu. Ja kupiłem sobie małą kawalerkę na Targówku. Skromną, ale własną. Spłacam kredyt, ale mam święty spokój. Ona przychodzi czasem do mnie, kiedy zanudzi się w domu. Siedzimy, rozmawiamy jak dobrzy znajomi. Potem wraca do siebie.”

„I długo tak macie zamiar żyć?” – zapytała sąsiadka, przyglądając mi się uważnie. Pewnie widziała zmęczenie, ale i pewien spokój.

„Nie wiem. Na razie nam to pasuje. Oficjalnie jesteśmy małżeństwem, papierów zmieniać nie trzeba, w pracy nikt nie zagląda za bardzo w zęby. W praktyce każdy żyje swoim życiem.”

Gdy pani Bronisława wyszła, długo siedziałem przy oknie, dopijając ostudzoną herbatę. Deszcz przybrał na sile, a w jego szumie słyszałem echa przeszłości.

Poznaliśmy się z Anią w pracy. Ona była wtedy kierownikiem działu sprzedaży, ja głównym księgowym. Wysoka, postawna, z dobrymi oczami i uśmiechem, który wprost uwodził. Od razu poczułem do niej sympatię.

„Włodzimierzu, czy zechciałbyś mi towarzyszyć w przerwie obiadowej?” – podeszła do mojego biurka w ten pamiętny czwartek. – „Znam świetną knajpkę na rogu.”

Zgodziłem się. Było drugie spotkanie, trzecie. Ania okazała się świetną rozmówczynią, dużo czytała, znała się na sztuce. Gadaliśmy o książkach, filmach, marzeniach o podróżach.

„Jest z panem tak… lekko” – wyznała po miesiącu takich spotkań. – „Rozumiemy się bez zbędnych słów.”

Ja też czułem się przy niej jak w domu. Po rozwodzie z pierwszą żoną minęło pięć lat i prawie straciłem nadzieję na spotkanie bratniej duszy.
Ania była po rozwodzie, dziecka nie miała. Mieszkała sama w dużym trzypokojowym mieszkaniu po rodzicach.

„Za duże jak na jedną osobę” – narzekała. – „Ale sprzedać się nie odważę, przecież to rodzinny dom.”

Przez pół roku się spotykaliśmy, aż Ania przyjęła moje oświadczyny. Wesele mieliśmy skromne, tylko rodzina i paru przyjaciół.

Pierwsze miesiące wspólnego życia minęły w euforii. Zdawało się, iż żaden problem nie jest straszny, a różnice to drobiazg.

Ale powoli drobiazgi zamieniały się w spory.

„Aniu, no nie można zostawiać brudnych talerzy w zlewie!” – krzyczałem kolejny raz, patrząc na stertę naczyń.

„Oj, uspokój się, umyję jutro” – odcinała się, zatopiona w serialu.

„Jutro, pojutrze… A potem to przypali się na amen i nici z mycia!”

„Jesteś strasz
Przygarnęłam Mruczka, gdyż choćby w najciszszych chwilach własnego mieszkania czasem nachodziła mnie myśl, iż cena samotności to te wszystkie wieczory bez czyjegoś ciepłego oddechu obok, i to właśnie jego mruczenie przypominało mi, iż spokój jest tego warty. Choć Szymon znalazł swoje szczęście z Leną, a ja dalej tkwię w tych czterech kątach na obrzeżach Warszawy, to jednak nie żałowałam wyboru – przyzwyczajenie do własnych porządków i ciszy stało się na tyle silne, iż żadna inna forma życia już nie pociągała, choćby jeżeli oznaczała starzenie się w samotności, ale za to bez osiadającego kurzu na duszy. Szymon przychodził wciąż raz na tydzień, czasem z jej ciastem, czasem z jakimś kłopotem z pracy, i za każdym razem, gdy zamykał za sobą drzwi, szedł do swojego życia w Śródmieściu, a ja zostawałam sama, ale z duszą wolną od walki, mogąc odetchnąć pełną piersią we własnym, nieposprzątanym przez nikogo porządku. Tylko Mruczek rozumiał, iż ta moja samotność to nie pustka, ale wybrany spokój, za który płaci się cichymi wieczorami i brakiem czyjejś dłoni w dłoni, ale za to bez żadnych niespełnionych oczekiwań. I tak właśnie żyłem dalej, wiedząc, iż moje pół-małżeństwo z Ireną to najlepsze, co mogło nas spotkać po tych wszystkich latach niezrozumienia – to była nasza własna, dziwna, ale ułożona polska droga do cichej zgody. Dopiero kiedy Mruczek wskoczył mi na kolana, a za oknami Warszawy gasły już światła, zrozumiałem, iż czasem miłość nie umiera, ale zmienia adres, zostawiając miejsce na cenną, wykrojoną samotność dla dwojga osobno żyjących ludzi. I to właśnie jego ciepło na kolanach, gdy w mojej kawalerce przy ulicy Puławskiej gasiłem światło na noc, przypominało mi, iż każdy dzień kończy się tak samo: ciszą, którą wybraliśmy świadomie, płacąc za nią goryczą samotnych poranków, ale budząc się bez bólu serca.

Idź do oryginalnego materiału