— Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka ze złością patrzyła na Temka, który bez sensu podskakiw…

1 dzień temu

Znowu się wylizuje! Michał, zabierz go stąd!
Ania zirytowana patrzyła na Tadzia, który bez sensu podskakiwał przy jej nogach. Jak w ogóle dali się namówić na takie łobuza? Przecież tyle rozmyślali, wybierali rasę, radzili się hodowców. Doskonale wiedzieli, iż to duża odpowiedzialność. Ostatecznie zdecydowali się na owczarka niemieckiego, żeby mieć wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę. Jak szampon trzy w jednym. A tu obrońcę samego trzeba ratować przed kotami
Ale on jeszcze mały jest. Daj mu czas, jak podrośnie, sam zobaczysz.
No tak, już nie mogę się doczekać, aż to konisko wydorośleje. Wiesz, iż je więcej niż my oboje razem? Jak go wykarmimy? I nie tup tak, matole, dziecko obudzisz! narzekała Ania, zbierając buty, które Tadzio rozrzucił po całym przedpokoju.
Mieszkali na Puławskiej, na parterze starej, powojennej kamienicy, z niskimi oknami prawie stykającymi się z asfaltem. Miejsce byłoby idealne, gdyby nie jeden szczegół. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, pełen wieczornych cieni, zbierających się tam mężczyzn przy trunkach i papierosach, czasem dochodziło do bójek.
Większość dnia Ania była sama w domu z nowonarodzoną Jagódką. Michał z samego rana wychodził do pracy do muzeum na Wilanowie, a wolne chwile spędzał na targach staroci i antykwariatach. Oko doświadczonego historyka sztuki oko-sokół, jak żartowała Ania potrafiło wyłowić z tłumu sztuki, rzadkie księgi czy interesujące przedmioty codziennego użytku. Michał miał wielką pasję do kolekcjonowania. Bez większego zamieszania w domu zgromadził już sporą kolekcję obrazów, a w witrynie z lat sześćdziesiątych stały talerze z Ćmielowa, figurki z okresu socrealizmu i sztućce z początku XX wieku… Ania czuła się nieswojo zostając sama z tym majątkiem i małą córką, zwłaszcza iż w ich bloku już kilka razy okradziono mieszkania.
Aniu, jak myślisz, kiedy wyjść z Tadziem na spacer? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem. I w ogóle to nie moja psia sprawa!
Jednak, gdy Tadzio usłyszał magiczne słowo spacer, rzucił się do przedpokoju, aż się o mało nie wywrócił na zakręcie, schwycił smycz, wrócił i podskoczył aż pod sufit. No, koń, nie pies! Wszystkich kocha, wszystkim rozdaje uśmiechy, każdemu przynosi piłeczkę, choćby gości tylko na próg nie wpuszcza. Otwarta dusza, poczciwiec, ale przecież nie po to go wzięli, żeby się z każdym bratał! choćby za kotami z podwórka nie gania. Podbiega z piłką, szczęśliwy, bo myśli, iż zaraz z kotem się pobawi. No i dostał parę razy po łapach. Koty na ich podwórku to twardziele to może już lepiej je brać na straż… A jutro znów cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na święto malarzy, a ona? No cóż, pilnuj porcelany i wyprowadzaj łbatego, ot i rozrywki. Kłopotu babie mało było
O świcie Michał skradał się cicho, by nie obudzić żony. Ale gdzie tam! Ania słyszała gwizd czajnika w kuchni, szczęk smyczy, jak mąż syczy na Tadzia, by nie piszczał i nie tupał. Przy tych łagodnych dźwiękach znów przysypiała, a kiedy córeczka ją obudziła, Michała już dawno nie było. Dzień zaczął się jak zwykle. Spokojny, zwyczajny dzień. Czy to nie szczęście? Przyjaciółki wzdychały: Oj, Aniu, wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między mężem a córeczką, cały dzień w kuchni, zjadła cię codzienność Ale czy w tym wszystkim nie ma uroku? choćby jeżeli nie wszystko ułożyło się po jej myśli. Częsta nieobecność męża, ciasnota, brak pieniędzy, no i ta jego płomienna pasja, w ogień której idą całe tysiące złotych Teraz przyprowadził jeszcze tego klapouchego przyjaciela, którym trzeba się zajmować. Ale wiedziała, iż ukochanych trzeba kochać i z zaletami, i z wadami. Nikt nie obiecywał jej ideału Gdy sobie tę prostą prawdę uświadomiła, zrobiło jej się lżej i postanowiła cieszyć się tym, co ma, zamiast żałować tego, czego nie ma.
Siedziała w pokoju dziecięcym, karmiąc córkę, która przy piersi zasypiała i trzeba było czekać, aż się przebudzi i znów zacznie jeść. Zadzwonił dzwonek do drzwi, ale Ania nie otworzyła. Nie spodziewała się nikogo, a przez całe miasto bez zapowiedzi nikt nie przyjeżdżał. Poranne chwile ciszy jakże je kochała! W domu słychać tylko stare zegary w przedpokoju i znajome z dzieciństwa odgłosy miasta: szum trolejbusów i warczenie samochodów, szuranie mioteł po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie ten łbaty? Dziwnie długo się nie pojawia, aż podejrzanie. Oczywiście, Tadzio wcale nie ma klapniętych uszu, sterczą mu jak się patrzy, tylko charakter taki… Łobuziak już z niego, nie pies. Teraz żyj sobie z nim, karm, wyprowadzaj, a zysku żadnego. Lepiej by było maltańczyka wziąć.
Ania z zachwytem patrzyła na córeczkę, która, najadłszy się, odsunęła się od piersi, jak pijawka oderwana od skóry. Ale dziewczyna im się udała! Złotko moje szeptała Ania, odkładając ją do łóżeczka. Rośnij nam! Czego jeszcze trzeba?
W tej chwili z salonu doleciał dziwny dźwięk. Coś jak trzask, coś jak cichy pisk. Ania nasłuchiwała. Trzask się powtórzył. Bezszelestnie ściągnęła kapcie i na palcach ruszyła do salonu. Najpierw zdziwiło ją, iż Tadzio przysiadł skulony za zasłonką oddzielającą przedpokój od salonu. Przykucnięty na wszystkich czterech łapach, napięty jak struna, z wysuniętym jęzorem, wpatrywał się intensywnie w głąb pokoju. Ania podążyła za jego wzrokiem i zamarła: w oknie, a raczej w uchylonym lufciku, sterczała połowa mężczyzny. Typowy bandyta z łysą czaszką: ręce i ramiona już były w pokoju, sapiąc i stękając, wpychał do środka swoje chude, żylaste ciało. Ania nie mogła uwierzyć, iż to się dzieje naprawdę. Co robić? Krzyknąć? Przecież bandyta już prawie cały był w środku! Jeszcze moment i
Zadrżała, gdy rozległ się krzyk. Cień błyskawicznie przefrunął przez pokój i dopiero po chwili zorientowała się, iż to Tadzio. Wskoczył na parapet i wgryzł się włamywaczowi w kark! Aaaaa!!! ryknął facet grubym, ochrypłym głosem, wytrzeszczając oczy jak upiór. Ania pobiegła po sąsiadów, a wtedy już nie była sama. Zbiegli się ludzie, wezwali policję. Każdy starał się pomóc, choć nie było zbytnio jak ale sama ich obecność pomagała najbardziej. Co by zrobiła w pojedynkę? Pokonała strach i podeszła do bandyty: oby Tadzio nie przegryzł mu gardła jeszcze tego brakowało! Ale Tadzio, mądry pies, wgryzł się w kołnierz, trzymał go mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Gdy tylko facet się ruszał, Tadzio zaciskał mocniej szczęki. Facet cichł, udając skruchę: Już nic nie robię, panie władzo, a Tadzio rozluźniał chwyty. Skąd to wiedział? Ot, taki klapouchy z piłeczką, a zachował się jak zawodowiec. Gdy usłyszał hałas, sprawdził, co się dzieje, ale nie zaszczekał choć to byłoby najprostsze. Zamiast tego zrobił zasadzkę za firanką, pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, by dobrze utknął, i wtedy zaatakował. Trzymał go fachowym chwytem: nie dusił, nie ranił byle tylko zatrzymać. Resztę zostawił wymiarowi sprawiedliwości.
Nawet weterani z policji mówili, iż nie widzieli jeszcze, by złodziej tak się cieszył z zatrzymania. Facet nastraszył się porządnie w psich kłach i aż promieniał, gdy przekazano go policji. Pies jednak wciąż się popisywał, tak był dumny ze swej zdobyczy, iż musiał się naprzemieniać z oficerem przewodnikiem psów. Ten tylko komenderował i Tadzio puścił! Wypuściwszy bandytę, usiadł przy oknie i wpatrywał się lojalnie w policjanta, jakby czekał na nowe rozkazy. Tylko honoru nie oddał.
Macie szczęście z takim psem policjant poklepał Tadzia po karku z szacunkiem i westchnął: taki by się nam w wydziale śledczym przydał
Michał wrócił późnym wieczorem. Otworzył cicho drzwi i zamarł ze zdumienia. Było się czemu dziwić. Po pierwsze: Tadzio leżał na kanapie, co było surowo zabronione. Po drugie: wyciągnięty na całą długość, prezentował się w najbardziej bezwstydnej pozie, a Ania głaskała go po brzuchu, przytulała i tylko co nie całowała w nos, powtarzając: Moja radości, kochany koniczku, koniku mały! Rośnij nam zdrowo, ku euforii mamusi i tatusia! A jaka ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się
Tę historię opowiedział mi podczas Kazimierskich Wędrówek sam jej uczestnik. Mam na myśli historyka sztuki. Tadzio pewnie sam opowiedziałby lepiej: jak tropił, jak brał, jak przekazywał w ręce policji. To było dawno. Ale historia ciągle żyła w pamięci, aż czułem, jak Tadzio stuka łapą, domagając się opublikowania Więc dzielę się z Wami.

Idź do oryginalnego materiału