Przez całe życie byłam z alkoholikiem, a miłość czekała na progu
Mam na imię Agnieszka Nowak i mieszkam w małym miasteczku Skierniewice, gdzie województwo łódzkie kryje swoje historyczne pamiątki i urokliwe krajobrazy nad Bzurą. W młodości byłam naiwną marzycielką, łatwo zakochiwałam się, wierząc, iż ten pierwszy, który poprosi mnie o rękę, będzie moim przeznaczeniem. Jakże się myliłam! Musiałam objechać pół świata, by uświadomić sobie, iż szczęście cały czas było u moich drzwi, a ja wymieniłam je na lata łez i upokorzeń z mężem alkoholikiem.
Podobnie jak wiele dziewczyn, wcześnie wyszłam za mąż. Poślubiłam Andrzeja, urodziłam córeczkę Kasię i kręciłam się jak w kołowrotku — uczyłam się, wychowywałam dziecko, ogarniałam dom. Dwadzieścia lat mieszkałam w Skierniewicach, tonąc w smutku z człowiekiem, który pił na umór. Andrzej był moim przekleństwem: przepijał każdy zarobiony złoty, krzyczał, poniżał, doprowadzał do rozpaczy. Bywały noce, kiedy patrzyłam przez okno i myślałam: skoczyć i zakończyć te męki. Ale żyłam ze względu na Kasię. Dla niej nie rozwiodłam się, obawiając się pozostawić ją bez ojca, choć był nim tylko na papierze.
Kiedy Kasia dorosła, wyjechała do Włoch, rzucając mi w twarz: „Ty możesz znosić ten koszmar, a ja nie!”. Jej słowa zraniły mnie jak nóż. Nagle zdałam sobie sprawę, ile lat straciłam, trzymając się iluzji rodziny. Dlaczego nie odeszłam wcześniej? Strach przed oceną sąsiadów, szeptaniem za plecami krępował mnie. Uważałam się za silną, a okazałam się tchórzem, który poświęcił młodość dla pijanego potwora. Wystarczy! Złożyłam pozew o rozwód, pozbyłam się tego brzemienia i, jak tysiące Polaków, wyjechałam szukać lepszego życia za granicą.
Zamieszkałam z córką we Włoszech, w małym mieście pod Mediolanem. gwałtownie znalazłam pracę — opiekowałam się 30-letnią sparaliżowaną dziewczyną, Alessandrą, a dodatkowo prowadziłam gospodarstwo w ich domu. Pensja była dobra jak na nasze realia, ale skromna według włoskich standardów. Ojciec Alessandry, Luka, był uprzejmym mężczyzną, starszym ode mnie o 15 lat. Od razu mnie zauważył — patrzył z ciepłem, zaczął zabiegać o moje względy. niedługo nasza przyjaźń przerodziła się w bliskość. Nie czułam się winna: od dawna mieszkał z dala od żony, a ja spałam w jego domu, sprzątałam jego pokoje, byłam cieniem jego chorej córki. Alessandra mnie polubiła, a ja jej współczułam — praca mnie nie męczyła. Całe życie ciężko pracowałam, więc to było normalne.
Luka nie ukrywał naszych relacji. Na święta obdarowywał mnie drobiazgami — kwiatami, szalikami — i po raz pierwszy od lat poczułam się kobietą, a nie służką. Zabierał mnie na wycieczki, choćby z Alessandrą na wózku, przedstawiał przyjaciołom jako swoją partnerkę. Myślałam: oto mój mężczyzna, moja prawdziwa miłość. Okrzydlona, poprosiłam go o to, by mnie utrzymywał. Przeżyliśmy razem jedenaście lat, ale wszystko runęło, kiedy dowiedziałam się o jego młodej kochance. Trzymał mnie jako gospodynię — do prania, gotowania, opieki nad córką, — a z nią chodził do restauracji, jeździł nad morze. To zdrada złamała mi serce. Spakowałam rzeczy i odeszłam.
Wróciłam do Skierniewic — z pieniędzmi, nadziejami, nową sobą. Kupiłam mieszkanie w centrum, ale większość czasu spędzałam w starym domu z mamą — chorowała, starzała się, potrzebowała mnie. Tam zaczęłam częściej spotykać się z sąsiadem, Jackiem. Znamy się od dzieciństwa: chodziliśmy do tej samej szkoły, zawsze mnie bronił — zarówno przed szkolnymi łobuzami, jak i podwórkowymi. Kiedy wychodziłam za Andrzeja, Jacek wiózł nas swoim samochodem do urzędu. A teraz, po trzydziestu latach, oboje wróciliśmy — postarzali, z rozwodami za sobą, z dziećmi, które rozjechały się po świecie. On miał syna i córkę zamieszkałych w Warszawie, ja Kasię we Włoszech.
Jacek stał się moim ratunkiem. Potrzebowałam męskiej pomocy — zwracałam się do niego. Naprawiał mi gniazdka, kuchenkę, lampy, nigdy nie odmawiał. Zaczęliśmy jeździć na działki — jego samochód, moje paliwo. Kiedyś rodzice uprawiali tam ogródki, a teraz ten ciężar spadł na nas. Co weekend ruszaliśmy tam: on kopał swój ogród, ja swój, które były obok siebie. „Aga, daj, przekopię też twój, a ty ugotuj dżem dla nas obojga” — proponował. Zakasałam rękawy i dzieliliśmy pracę: ja robiłam przetwory, kompoty, a on brał się za łopatę i grabie. Tak niezauważalnie się zbliżyliśmy — nie mijał dzień bez spotkań. Rano wpadał na kawę przed pracą, wieczorem przynosił zakupy, bym nie dźwigała, a ja karmiłam go kolacją — gorącą, domową, bo padał z nóg.
Na emeryturze prawie zamieszkaliśmy na działkach — od wiosny do jesieni. Ale pogoda wszystko psuła: ulewa, wiatr — i nie było się gdzie schować. Wtedy Jacek powiedział: „Zbudujemy domek”. Połowę postawił na swojej działce, połowę na mojej. On wznosił ściany, ja płaciłam — na szczęście włoska emerytura od Luki dawała mi przewagę nad innymi seniorami. Teraz z Jackiem mamy nasz „siedlisko” za miastem. Zimą mieszkamy u mnie w Skierniewicach, jego wynajmujemy — dodatkowy grosz dla wnuków się przyda.
Czasami pytam siebie: po co znosiłam przez dwadzieścia lat pijackie wybryki Andrzeja? Po co poniżałam się przed Luką, skoro szczęście było obok? Jacek zawsze tu był — w dzieciństwie, młodości, dojrzałości. Dotykałam go, widziałam, ale nie zauważałam. Serce ściska się na myśl, iż nie tylko starość, ale i młodość mogła minąć z tym cudownym mężczyzną. On jest moją opoką, przyjacielem, miłością, o której marzyłam, ale jej nie rozpoznawałam. Teraz jestem z nim i każdego dnia dziękuję losowi, iż otworzył mi oczy. Lepiej późno niż wcale.